wtorek, 12 stycznia 2016

Frank Westerman "El Negro i ja"

Prosta czarno-biała okładka książki najlepiej podsumowuje jej treść. Autorem jest biały człowiek, pochodzący z kraju, który kiedyś - jak wiele innych narodów - przybył do egzotycznej Afryki i postanowił ją zeuropeizować i ucywilizować. Westerman pisze głównie o poszukiwaniu tożsamości czarnego człowieka, który dwieście lat wcześniej nosił zupełnie inne imię, należał do określonego plemienia i miał swoją historię - dziś zupełnie nieznaną. 


W tej opowieści więcej jest znaków zapytania, niż odpowiedzi. Brakuje danych, źródła się gubią, znikają po nich ślady, tropy nagle się urywają. Może dlatego aż tak fascynuje? Im trudniej odkryć prawdę, tym większa jest determinacja, by do niej dotrzeć. Jednak nie zawsze się udaje. Wtedy zaczyna się spoglądanie na daną kwestię z innej strony, z szerszej perspektywy. Tak właśnie stało się w przypadku autora "El Negro i ja".

Poszukiwania drogi, jaką Murzynek przebył z Afryki do Europy rozciągają się na dwie dekady, dwa kontynenty i trzy kraje. To pieszczotliwe określenie, nadane milczącemu bohaterowi książki przez mieszkańców Banyoles, gdzie Westerman po raz pierwszy ujrzał go w lokalnym muzeum w 1983 roku, wywołuje mieszane uczucia. Niewolnictwo zostało już dawno zniesione, a poprawność polityczna nakazuje używać określonych słów. Mimo to, największa atrakcja turystyczna małego katalońskiego miasteczka nie jest uwzględniona w nowym porządku cywilizowanego świata jako człowiek, któremu należy się godne traktowanie po śmierci. W tym pozornie niewinnym zdrobnieniu - które każdy z nas zna od dziecka chociażby z bajek Tuwima - daje się wyczuć krzywdzącą pobłażliwość.

Westerman zaczyna od przeczesywania bibliotek i archiwów w poszukiwaniu śladów człowieka, z którego została tylko czaszka, kilka kości i skóra zniszczona od ciągłego impregnowania jej pastą do butów, by przypadkiem nie zbielała (!). Wtedy okazuje się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Zbierając swoje wspomnienia z czasów, gdy był studentem rolnictwa krajów tropikalnych, przetyka nimi swoje poszukiwania wszelkich informacji o El Negro. Zastanawia się, dlaczego świat postkolonialny wygląda tak, a nie inaczej i co niesie ze sobą pomoc krajom rozwijającym się. Czy nie daje ona więcej pożytku naszej europejskiej, zachodniej potrzebie zbawiania świata przed odmiennością? Czym jest prawdziwy rasizm i jak się objawia? Jak wyglądał kiedyś i jaki jest dziś - kto kogo i gdzie dyskryminuje?

Postkolonializm i rasizm - jedno i drugie to temat-rzeka; Westerman odświeża je dzięki swojej perspektywie człowieka świadomego wszystkich negatywnych stron działań, które w teorii mają nieść pomoc. Bez polityki, wzniosłości i ukrytych zamiarów, bez udawania, że jest inaczej. Boleśnie i dobitnie ukazuje, jak wiele jeszcze musimy się nauczyć my, biali ludzie. Polecam cierpliwym czytelnikom - to naprawdę dobry reportaż.

To był człowiek, wypatroszony i wypchany jak zwierzę. Był więc ktoś, kto to zrobił, a stosunki były oczywiście takie, że preparator musiał być białym Europejczykiem, a obiekt - czarnym Afrykaninem. Sytuacja odwrotna była nie do pomyślenia. Zrobiło mi się gorąco i poczułem mrowienie we włosach - chyba z nieokreślonego wstydu. s. 17

Ocena: 8/10

Wydawca: Dowody na Istnienie
Premiera: 21.10.15
Strony: 258

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz