niedziela, 31 stycznia 2016

Susan Jane Gilman "Królowa lodów z Orchard Street"

Gdzieś pomiędzy stosami nowości zapodziała się ta pokaźnych rozmiarów obyczajówka historyczna i dopiero niedawno udało mi się ją odgrzebać. Ponieważ lubię czasem odpocząć przy lżejszej literaturze, wybrałam właśnie ten tytuł, by w miłej atmosferze ochłonąć po poważniejszych tematach. 

Kiedy pierwszy raz spojrzałam na opis "Królowej lodów z Orchard Street", od razu przypomniała mi się książka Daisy Waugh opisująca mniej więcej te same czasy. Tu również czytelnik znajdzie historie ludzi, którzy uciekli od wielkiej biedy, a swój marny los odmienili dzięki ciężkiej pracy. Tytułowa królowa lodów to dorosła już kobieta, która wspomina odległe czasy swego dzieciństwa i młodości. Chociaż to dosyć często spotykana konstrukcja - sprawdza się w przypadku zdecydowanej większości książek.


Lillian Dunkle jest stereotypową bogaczką w podeszłym wieku. Osiągnęła już tak wiele, że średnio przejmuje się tym, co myśli o niej reszta świata. Znudzona starością wywołuje skandal obyczajowy. Nie rozumie jednak, czemu nagle media nie chcą stać po jej stronie. Chętnie opowiada za to o tym jak doszła do ogromnej sławy i pieniędzy. Zdradza, że jest córką rosyjskich Żydów, którzy na początku dwudziestego wieku całkiem przypadkiem znaleźli się na wyspie Ellis. To zaledwie początek opowieści o wspaniałym amerykańskim śnie.

Częste retrospektywy są podstawą narracji u Gilman i na nich wolę się skupić. To one sprawiają, że aż chce się wracać do opowieści o Lillian i jej włoskiej rodzinie. Autorka serwuje czytelnikom barwne opisy rozrastającego się Nowego Jorku z jego dzielnicami ubogich obcokrajowców. Na wyobraźnię działa również przedstawiony z zachowaniem najdrobniejszych szczegółów żmudny proces produkcji lodów. Wspaniałe czasy gospodarczego rozkwitu kraju odzwierciedlają przemiany zachodzące w głównej bohaterce i jej trudnym życiu w cieniu dwóch wojen światowych.

Gdyby nie te częste powroty do przeszłości w formie wspomnień, nie wiem, czy ta książka by mi się w ogóle spodobała. Niestety, co zauważyłam dosyć szybko, główna bohaterka jako dorosła osoba jest dla mnie postacią trudną do zniesienia, bardzo irytującą. Może inni czytelnicy spojrzą na nią przychylniej, bo ja bardzo męczyłam się, czytając jej wywody. Chociaż ja odczuwam pewien niedosyt po lekturze "Królowej lodów z Orchard Street", wiem, że wielu osobom bardzo się ona spodobała, co potwierdzają też bardzo wysokie oceny, m.in. na portalach Lubimy Czytać czy Goodreads. Istnieje spora szansa, że i Wam ta opowieść sprawi dużo radości.

Ocena: 5/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 4.11.15
Strony: 608

piątek, 29 stycznia 2016

Ziemowit Szczerek "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian"

We wrześniu ubiegłego roku zabrałam się za reportaż Ziemowita Szczerka w podróży, ale po paru rozdziałach przerwałam. Od tego czasu książka wisiała rozgrzebana na czytniku, robiąc mi milczące wyrzuty. Kiedy parę dni temu znów do niej zajrzałam, nie potrafiłam się od niej oderwać.


Na tę książkę składają się pozornie niezwiązane ze sobą rozdziały opisujące podróż autora po Ukrainie. Szczerek przemierza ten pełen absurdów kraj, w poszukiwaniu kwintesencji ukraińskości, ducha Słowian. Próbuje zbliżyć się do tego wyjątkowego stanu umysłu, tej wschodniej egzotyki, do której Polaków z jednej strony bardzo ciągnie, a z drugiej jednak trochę się jej boją. Bo oglądanie z dystansu, przejazdem, jako obcokrajowiec, turysta - to niegroźna zabawa, lekki flirt z przyjaciółką z dawnych lat. Zostać tam na stałe czy na dłuższy czas - nie każdy temu sprosta (jak małżeństwo Amerykanów, opisane w jednym z rozdziałów).

A dalej już była pustka po kres kresów, tu w zasadzie zaczynała się wszechświatowa próżnia aż po Urana, Neptuna i pas Kuipera. Nie ma nic bardziej przerażającego niż próżnia.

Prawdziwa Ukraina jest trochę dzika i nieokrzesana, ale też tęskniąca za stabilnością. Życzliwy i serdeczny, ale też niezwykle pamiętliwy naród, rozdzierany od wieków wewnętrznymi konfliktami, daje się poznać Szczerkowi i czytelnikom z najlepszych i zarazem najgorszych stron. Każdy radzi sobie jak może, nie zawsze uczciwie, często osobliwie, ale zwykle dosyć skutecznie. Alkohol i narkotyki zniekształcają ale i też wyostrzają obraz i tak już powykręcany dla niejednego zachodniego przybysza. Ale właśnie w to "hardkorowe" nieznane każdy koniecznie chce się wybrać. Zła sława tego kraju na świecie tylko przysparza mu kolejnych ciekawskich odwiedzających. 

Słowem - robili to samo, co ja. Robili z Ukrainy burdel na kółkach. Tyle że się do tego nie przyznawali.

Szczerek pisze, jak się nazywa. Szczerze, bez ubierania w ładne słówka. Nie rozczula się tam, gdzie nie potrzeba, dlatego też te nieliczne momenty, kiedy coś go porusza, równie mocno wpływają na czytelnika. Poza tym, nie patyczkuje się z rzeczywistością, nie maluje jej ani nie obchodzi. Bierze świat "na klatę". Może to nie każdemu się spodoba w stylu autora, ale dla mnie takie pisanie jak najbardziej wydaje się przekonujące i godne polecenia. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Korporacja Ha!art
Premiera: 23.04.13
Strony: 222

środa, 27 stycznia 2016

Książkowe premiery lutego

W lutym czeka nas prawdziwy wysyp premier. W związku z przytłaczającą ilością zapowiedzi, należy spodziewać się wielu propozycji na wysokim poziomie. Oto piętnaście - moim zdaniem - najciekawszych książek.



Krystyna Kaplan "Londyn w czasach Sherlocka Holmesa"
PWN, 1 lutego czerwiec 2016


Lubię czytać książki o przygodach Holmesa, choć za nim nie szaleję. Za to o kulturze i historii krajów anglojęzycznych czytać mogę bez końca. Nowojorska propozycja PWN-u sprawiła, że moje oczekiwania względem książki poświęconej stolicy Zjednoczonego Królestwa są naprawdę wysokie.



Paweł Smoleński "Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie"
Czarne, 3 lutego


Mam za sobą dopiero jedną całą książkę Smoleńskiego; w kolejce czekają już dwie inne, a teraz dołączy do nich ta pozycja. O grupie etnicznej, która nie może znaleźć swojego miejsca w regionie odwielu lat ogarniętym konfliktem zbrojnym koniecznie trzeba przeczytać, chociażby po to, by zrozumieć ich punkt widzenia.



Wolfgang Bauer "Przez morze. Z Syryjczykami do Europy"
Czarne, 10 lutego


Kim są ludzie, którzy uciekają od wojny, tłumnie podbijając Zachód? Jak wygląda ich droga i jaką cenę płaci się za wolność? Bauer oraz towarzyszący mu fotograf próbowali podszyć się pod uciekinierów, ale ich plan został zdemaskowany. Jak zapowiada wydawca - nie poddali się, a owocem ich wytrwałości jest właśnie ta książka.



Peter Godwin "Mukiwa. Biały chłopak w Afryce"
Czarne, 10 lutego


Chociaż główną serią Czarnego jest Reportaż, to tę o nostalgicznej nazwie Z domem szczególnie sobie cenię. Historie rodzinne z różnych kontynentów są najpiękniejszym hołdem złożonym rodzicom i ojczyznom. Godwin opowiada o Rodezji z czasów schyłku kolonializmu brytyjskiego. Mam nadzieję, że "Mukiwa" okaże się tak samo dobry, jak inne tytuły z tego cyklu (1, 2).



Donna Tartt "Mały przyjaciel"
Znak Literanova, 15 lutego


Wspaniały "Szczygieł" tak mnie oczarował, że koniecznie musiałam kupić debiutancką powieść autorki; teraz do mojej biblioteczki dołączy druga książka Tartt. Niewyjaśniona zbrodnia sprzed lat skłania główną bohaterkę imieniem Harriet do wyruszenia na poszukiwania morderców swojego brata. Akcja rozgrywa się w Missisipi i bardzo liczę na pojawienie się tego specyficznego klimatu amerykańskiego Południa.



Leonie Swann "Krocząc w ciemności"
Prószyński i S-ka, 16 lutego


Przeurocza "Sprawiedliwość owiec" wciąż nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Detektywistyczno-filozoficzne stadko podbiło moje serce, kiedy parę lat temu słuchałam jego przygód w Trójce. Później zdobyłam książki i wpadłam po uszy. Niesamowicie ciekawi mnie, co też tym razem stworzyła Swann, w roli głównych bohaterów osadzając już nie zwierzęta, a ludzi. Kryminalna historia pełna groteski osnuta londyńską mgłą - to jest to.



Adam Hochschild "Pogrzebać kajdany. Wizjonerzy i buntownicy w walce o zniesienie niewolnictwa"
Czarne, 17 lutego


Do książki o początkach ruchów abolicjonistycznych w Wielkiej Brytanii nie trzeba mnie dwa razy przekonywać. Ten temat od dawna mnie interesuje, dlatego koniecznie sprawię sobie tę lutową nowość.


Marcin Kołodziejczyk "Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne"
Wielka Litera, 17 lutego


Na ten tom autora głośnej "Dysforii" oraz "B" składają się jego teksty publikowane w Polityce. Ukazują zmiany, jakie zachodziły na przestrzeni lat w polskim społeczeństwie, próbującym nadążyć za pędzącym wciąż do przodu Zachodem. Reportaże o tym, jak chcemy być postrzegani i co wychodzi z naszych wielkich planów.



 Jon Krakauer "Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija"
Czarne, 17 lutego


Książka Krakauera o Evereście jeszcze do mnie nie trafiła, ale już wiem, że i ten tytuł warto będzie sobie sprawić. Autor pokazuje ciemne oblicze jednej z najważniejszych amerykańskich religii. Jak pisze wydawca: "Nie każdy mormon jest bestią. Nie każdy jest poligamistą. Ale zbrodnia z lipca ’84 jest faktem". To wystarczyło, żeby przyciągnąć moją uwagę.


Cezary Łazarewicz "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka"
Czarne, 17 lutego


Choć od tych tragicznych wydarzeń minęło już ponad 30 lat, media wciąż elektryzuje historia zabitego maturzysty. Sprawa nie doczekała się rozwiązania, winni nie ponieśli kary. Wciąż więcej jest pytań, niż odpowiedzi. Łazarewicz odtwarza krok po kroku zatrzymanie i śmierć Grzegorza Przemyka, oddając głos rodzinie i naocznym świadkom. Pozycja obowiązkowa w lutym.



Piotr Michalik "Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku"
Czarna Owca, 17 lutego
Wygląda na to, że książka Katarzyny Molędy o Szwecji otworzyła cykl reportaży od Czarnej Owcy. Autor tej lutowej nowości zabiera czytelników do Meksyku - kraju kojarzonego z wojnami narkotykowymi i skrajną biedą. Tam, gdzie tradycja ustępuje czasem nowoczesności, Indianie walczą z GMO, a prostytutki i brutalni gangsterzy modlą się do swoich patronów.

Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"
Wydawnictwo Literackie, 18 lutego


Czy jest tu jeszcze ktoś, kogo nie przekonał do siebie Richard Flanagan? Już wkrótce będzie okazja, by każdy niedowiarek zrobił drugie podejście do twórczości Australijczyka. Autor "Ścieżek północy" w kolejnej powieści pisze o trudnej sztuce przebaczenia. Znów pojawiają się dwie historie, a przeszłość powróci, by zmącić pozorny spokój i pomóc bohaterom podjąć trudne decyzje. Zapowiada się ciekawie.



Ben Shephard "Powrót"
Wielka Litera, 24 lutego


Kolejna pozycja z wojną w tle, a konkretnie, opisująca losy ludzi rozpoczynających na nowo życie w świecie, który dopiero podnosi się z gruzów. Myślę, że będzie to tytuł ciekawie uzupełniający polską perspektywę książki Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój".



Maria Hawranek i Szymon Opryszek "Tańczymy już tylko w Zaduszki. Reportaże z Ameryki Łacińskiej"
Znak Literanova, 29 lutego


Drugi w tym miesiącu reportaż o dalekim świecie zza Pacyfiku. Zapiski podróży po całym południowym kontynencie amerykańskim zapowiadają się na niezwykle ciekawą lekturę, która dla mnie będzie rozgrzewką przed literacką wycieczką w te regiony. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tamtym kawałkiem świata - najwyższy czas to zmienić.



Wojciech Jagielski "Modlitwa o deszcz"
Znak, 29 lutego


To już czwarte wydanie reportażu poświęconego fenomenowi Afganistanu jako ojczyzny terroryzmu. Bo tak właśnie Afgańczyków traktują kraje od lat szukające sposobu, by ostatecznie złamać to dumne państwo, które wcześniej ZSRR i USA ograbiły z wielu bogactw, odbierając mu niezależność. 



A Wy, które nowości macie na oku?

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jürgen Thorwald "Ginekolodzy"

Historia medycyny - już samo to brzmi jak spore wyzwanie. I tak też podchodziłam do mojej pierwszej książki z gatunku literatury faktu poświęconej ginekologii. Nie byłam pewna, co z tego wyjdzie, bo przecież tak trudny temat wymaga naprawdę ogromnych zdolności autora, by uczynić go przystępnym dla przeciętnego człowieka.


Thornwald przeprowadza czytelników zgodnie z chronologią przez historie pierwszych mężczyzn-ginekologów, których misją było uzupełnienie skąpej praktycznej wiedzy akuszerek. Pomimo ograniczonych możliwości zdobywania  doświadczenia, robili wszystko, co było dozwolone, by lepiej poznać organizm kobiety tam, gdzie różni się od mężczyzny. W przypadku ginekologii zmiany zachodziły niezwykle wolno. Absurdalne badania pacjentek  ubranych w prześcieradła z niewielkim otworem przez lekarzy z przesłoniętymi opaską oczami to norma osiemnastowiecznej medycyny.

Kamieniem milowym było przekonanie samych lekarzy do zajrzenia pod krynoliny i prześcieradła oraz badanie pacjentek nie tylko poprzez dotykanie i uciskanie brzucha. Dla pionierów medycyny kobiecej ciągle oznaczało to zaledwie początek walki z konserwatystami i kościołem o akceptację ich nowatorskiego podejścia i eksperymentalnych metod. Ci bardzo długo protestowali, gdy pojawiły się pierwsze środki znieczulające, podawane rodzącym. Operacje rzekomo zaraźliwych nowotworów, usuwanie zniszczonych licznymi porodami narządów, metody zapobiegania kolejnym ciążom i wreszcie prawo do legalnej aborcji - przeforsowanie tych małych-wielkich zmian kosztowało zdrowie miliony kobiet, których życie lekarze o ciasnych umysłach woleli poświęcić w imię wiary.

Autor pisze przede wszystkim o lekarzach europejskich i amerykańskich, ze szczególnym uwzględnieniem Niemców, Anglików,  Holendrów czy Austriaków. Z opisu wydawcy wynika, że Thornwald po raz pierwszy krytykuje lekarzy; rzeczywiście, nie szczędzi ginekologom-zabobonnym sadystom słów krytyki. Chociaż temat nie jest wcale łatwy ani przyjemny, im więcej czasu spędzałam z "Ginekologami", tym bardziej ciekawił mnie rozwój sytuacji.

Przełom dziewiętnastego i dwudziestego wieku oznaczał jeszcze ściślejszą współpracę między ginekologami a chemikami i fizykami. Pojawiły się nowe terapie, a lekarze rywalizowali ze sobą o tytuł autora najskuteczniejszej metody leczniczej. Ten emocjonujący lekarski wyścig o miejsce w historii medycyny sprawił, że z żalem odłożyłam tę książkę na półkę z przeczytanymi tytułami. Thornwald swoją barwną opowieścią sprawił, że już zaczęłam rozglądać się za kolejnymi jego publikacjami.

Ocena: 8/10

Wydawca: Marginesy
Premiera: 13.01.16
Strony: 392

wtorek, 19 stycznia 2016

Kate Atkinson "O świcie wzięłam psa i poszłam..."

Jako umiarkowana fanka kryminałów, ze zdziwieniem przyznaję, że - po pierwsze - tęskniłam za tym gatunkiem i - po drugie -  zapomniałam już, jak fajnie jest czasem przeczytać jakiś cykl czytelniczy.


Dwa lata po wydarzeniach opisanych w "Kiedy nadejdą dobre wieści?" Jackson Brodie wraca do czytelników - znów jako singiel, choć prześladowany przez swoje byłe partnerki.  Równocześnie, ten wypalony prywatny detektyw poszukuje w okolicach Leeds biologicznych rodziców Hope McMaster, swojej klientki, która w wieku dwóch lat wraz z rodzicami adopcyjnymi wyjechała do Nowej Zelandii. W tym samym czasie była policjantka pod wpływem impulsu łamie prawo i wkrótce przekonuje się, że ktoś chce ją za to ukarać.

Atkinson, szczególnie zbliżając się do końca opowieści, wielokrotnie przyprawiła mnie o palpitacje, przerywając narrację w kulminacyjnym momencie, by przejść do opisywania perypetii innej postaci. Na pierwszy plan - co jest całkiem zrozumiałe - wysuwa się Jackson, kluczący wśród urywających się tropów. Drugą ważną postacią jest wspomniana wyżej była pracownica policji, Tracy Waterhouse. Obecni bohaterowie drugoplanowi - Tilly i Barry, to z pozoru zupełnie nieważne osoby, które niby przypadkowo pomagają czytelnikowi dojść do prawdy, czasem zwodząc go wcześniej przez kilka stron.  To ciekawy zabieg, który sprawia, że ciekawość rośnie z każdym akapitem.

Ponieważ wcześniej nie miałam okazji zapoznać się z dwiema pierwszymi książkami z tego cyklu, dopiero przy okazji "O świcie.." zauważyłam te drobne uwagi głównego bohatera, które przypominają wydarzenia z poprzedniego tomu lub sprawiają, że książki zaczynają się ze sobą łączyć. Drobne powiązania między tytułami sprawiają, że aż chce się czytać dalej, w nadziei, że autorka przygotowała dla czytelników jeszcze więcej takich sprytnie ukrytych szczegółów.

Kate Atkinson stworzyła cykl łączący w sobie elementy powieści kryminalnej i obyczajowej. Wątki związane z życiem prywatnym postaci są dosyć rozbudowane, jednak nie wydaje mi się, by przeważały nad głównym tematem tropienia złoczyńców, grzebania w niejasnej przeszłości innych ludzi i przywoływania własnych niewygodnych wspomnień. Jeżeli szukacie historii pochłaniających, ale nie męczących, koniecznie sięgnijcie po książki tej autorki. Z mojego doświadczenia wynika, że wcale nie trzeba znać poprzednich części - a to również spory plus tego tytułu.

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 13.01.16 
Strony: 448

sobota, 16 stycznia 2016

Jacek Hugo-Bader "Długi film o miłości.
Powrót na Broad Peak"

Od wielu miesięcy przymierzałam się do zmierzenia z reportażami Hugo-Badera. Miałam zacząć od tytułów poświęconych Rosji, ale nadeszła w końcu prawdziwa zima i za namową paru osób rzuciłam się od razu w głęboką zaspę. Tak wylądowałam na Karakorum. 


Ludzie gór to trudne charaktery; kiedy chcą, uparcie milczą i wtedy trudno coś z nich wyciągnąć. Może właśnie dlatego uciekają od zgiełku i tłumów, od męczącej nudą codzienności tam, gdzie tylko prawdziwi szaleńcy chcą się zapuszczać. Zdobywanie gór, poskramianie natury - to pasja i sposób na życie, zwykle bardzo dobrze płatne hobby. Do odważnych należą najwyższe i najniebezpieczniejsze szczyty, chwała i miejsce w historii. Ale za nieprzeciętną odwagą idzie też wysoka cena, jaką płacić muszą za błędy. Góry nie wybaczają nawet najmniejszych pomyłek.

Pamiętam dobre wieści zasłyszane w radio 5 marca 2013 roku, a kolejnego dnia zamiast radości, ogromny smutek, który już na zawsze miał przyćmić to wielkie osiągnięcie polskich himalaistów. Z czterech zdobywców Broad Peak, podczas schodzenia ginie dwóch: najmłodszy - Tomek Kowalski i najstarszy - Maciek Berbeka. Wkrótce Jacek Berbeka ogłasza wyprawę na szczyt po ciała brata i jego kolegi z zespołu. Hugo-Bader wykazuje się niezwykłą zuchwałością, ale dzięki temu otrzymuje wyjątkową szansę towarzyszenia rodzinie i przyjaciołom tragicznie zmarłych wspinaczy w tej pożegnalnej podróży. To typowo dziennikarskie podejście nie wszystkim się spodobało i "Długi film o miłości" zadebiutował w księgarniach w atmosferze skandalu.

Książkę pochłonęłam tak szybko, że nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do połowy. A później z górki, aż do końca. Niespodziewanie lekko czytało mi się tę relację z najtrudniejszej podróży, jaką może odbyć człowiek - po ciała ukochanego brata oraz syna/partnera życiowego. Przez cały czas, kiedy czytałam te niezwykle osobiste rozmowy, tak oszczędnie ale stanowczo wypowiadane smutki, żale i oskarżenia, towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakbym znalazła się tam przez przypadek, niczym nieproszony gość. Zastanawiałam się wtedy, jak czuł się tam autor, przeżywając to wszystko na żywo, na bieżąco.

Ta relacja miażdży czytelnika, niczym niespodziewanie pojawiająca się lawina. Przygniata ciężarem ciszy i niedopowiedzeń. Każdy z bohaterów tej tragedii ma swoją opinię o wszystkim, co stało się tam na górze. Autor snuje własne przypuszczenia, rozgoryczone rodziny szukają winnych, a ci, którzy czują się obarczeni winą - Bielecki i Małek, dwaj pozostali zdobywcy dwunastego szczytu świata, szukają własnego wytłumaczenia dla siebie. Pomiędzy, oskarżenia rzucane przez ekspertów, innych himalaistów i zwykłych ludzi. Niech każdy z nas sam odpowie sobie na pytanie, która wersja najbardziej do niego przemawia. Bo prawdy nie poznamy już nigdy. Polecam.

Ocena: 9/10

Wydawca: Znak
Premiera: 5.05.14
Strony: 329


Książkę w wersji elektronicznej możecie kupić na Woblink.com!
http://woblink.com/e-book,literatura-faktu-znak-dlugi-film-o-milosci-powrot-na-broad-peak-jacek-hugo-bader,12666
 

czwartek, 14 stycznia 2016

Pociąg do literatury... pięknej i pięknie wydanej

Nie od dziś wiadomo, że dobrze wyglądającej książce łatwiej jest zdobyć zainteresowanie potencjalnych czytelników. Wydawcy stają na głowach, by lepiej zaprezentować swoje perełki, bo piękne wnętrze wymaga wyjątkowej oprawy.

Oto kilka książek, które są nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie piękne. Wybór jest mój, a zatem subiektywny; zapewne wiele osób się ze mną nie zgodzi i zechce dodać coś od siebie, do czego serdecznie Was zachęcam.




Pierwsza książka, której okładka śniła mi się po nocach wiele miesięcy przed polską premierą, to "Światło, którego nie widać". Jej wierzchnie odzienie w intensywnych odcieniach niebieskiego zaprojektował Tal Goretsky, a do naszego wydania dopasowała je Magdalena Zawadzka. W środku równie wspaniale, czego dowodzi zdobyta przez autora Nagroda Pulitzera. Anthony Doerr stworzył piękną historię, w której losy niewidomej francuskiej dziewczyny i niemieckiego twórcy radioodbiorników splatają się nagle podczas II wojny światowej. Ciekawi? Ja nie mogę doczekać się tego, co znajdę w środku.

Pozostając w temacie niebieskich okładek, koniecznie muszę wspomnieć o "Pod osłoną nocy" - jednej z kilku pięknie wydanych w ostatnich latach powieści Sary Waters. Ozdobieniem książek tej autorki, wydanych nakładem Prószyńskiego, zajęła się Anna Pol. Zapowiadający mistrzowską intrygę tytuł opisuje historię trzech kobiet i mężczyzny, których losy splatają się całkiem niespodziewanie w nękanym nalotami Londynie z początku lat 40. ubiegłego stulecia.

Francuskie "Arden" to groteskowa baśń na miarę Grand Budapest Hotel. Bardzo podobna z opisu do oscarowego filmu na podstawie dzieł Zweiga, zaintrygowała mnie również swą okładką. Tę - w oparciu o surrealistyczny obraz René Magritte'a z 1963 roku zatytułowany L'Art de la Conversation - zaprojektował Witold Siemaszkiewicz. Ja wciąż błądzę po ardeńskim raju, ale kiedy z niego wyjdę, na pewno przybędę do Was z recenzją, bo jest o czym pisać.

Fenomenalnego "Szczygła" Donny Tartt zdobi bardzo oszczędnie zaprojektowana przez Keitha Hayesa okładka; Magda Kuc podjęła się przystosowania jej do polskiego wydania. Spod rozdartego papieru zerka na czytelnika fragment tytułowego Szczygła - obrazu siedemnastowiecznego holenderskiego malarza Carela Fabritiusa. W powieści niepozorne płótno doprowadza głównego bohatera (któremu cały czas  towarzyszą skrajne emocje) do podjęcia wielu katastrofalnych w skutkach decyzji. Również u mnie ta książka wywoływała wiele nagłych skoków ciśnienia (recenzja).

Utrzymana w stonowanych szarościach i przełamana czerwienią okładka "Ścieżek północy", którą stworzyła Suzanne Dean a dla nas zaadaptował Robert Kleeman, od razu przyciąga wzrok czytelników. Drugą przynętą jest Booker, który trafił w 2014 roku do Flanagana. Trzecią, a zarazem najważniejszą - niezwykła treść, która uwiedzie nawet najbardziej wymagającego czytelnika. To australijskie dzieło już na zawsze pozostanie jedną z moich ulubionych książek (recenzja).

Ponad dekadę przed zachwycającymi dziełami Tartt i Doerra, jurorów Nagrody Pulitzera olśniło "Middlesex" Jeffrey'a Eugenidesa. Do polskiego wydania wspaniałą rysunkową okładkę zaprojektował Mariusz Banachowicz. Rozciągnięta na przestrzeni osiemdziesięciu lat opowieść ukazuje płynną naturę granic wszystkiego, z naciskiem na nieokreśloną płeć głównej bohaterki - Calliope Stephanides, zwanej również Calem. Kontrowersyjny temat w wydaniu pięknym pod każdym względem - koniecznie musiał pojawić się w mojej biblioteczce.

Ostatnia, prawdziwa czytelnicza grubaska, to druga powieść Eleanor Catton, czyli "Wszystko, co lśni". Okładkę autorstwa Jenny Grigg - która w pomiędzy fazami księżyca umieściła XIX-wieczny obraz - w polskim wydaniu podziwiać możemy dzięki Robertowi Kleemannowi. Akcja powieści osadzona została w czasach gorączki złota, która opanowała Nową Zelandię sto pięćdziesiąt lat temu. Jeśli nie skusi was opis, to może do sięgnięcia po tę pozycję zachęci Was fakt, że autorka jest najmłodszą laureatką Bookera, a jej książka - najdłuższą w historii tej przyznawanej od 1969 roku nagrody literackiej.

Wszystkie są różne, ale każda na swój sposób piękna, prawda? Jest tylko jeden istotny problem: te tytuły świetnie prezentują się na półkach, lecz każda liczy sobie grubo ponad czterysta stron. Do czytania w domu wersja papierowa świetnie się nada. Gorzej bywa z delektowaniem się lekturą w podróży. Jeśli zatem nie zależy Wam aż tak bardzo na posiadaniu nieporęcznego, ciężkiego tomiska - nieważne, jak pięknego - a chcecie po prostu poznać te świetne historie, warto zaopatrzyć się w e-book ważący tyle, co Wasz czytnik; właśnie dlatego...



..specjalnie dla Was, wspólnie z Woblinkiem przygotowałam rabat 30% (od ceny początkowej) obejmujący wszystkie wymienione tytuły. Aby z niego skorzystać wystarczy dodać wybrane e-booki do swojego koszyka, a w wyznaczonym miejscu wpisać kod BOOKLOAF. Możecie oczywiście kupić wszystkie książki, ale musicie umieścić je w oddzielnych koszykach - dopiero wtedy będzie możliwe aktywowanie rabatu. Promocja trwa do 21 stycznia (włącznie).


Wraz z platformą Woblink życzymy Wam udanych zakupów!



wtorek, 12 stycznia 2016

Frank Westerman "El Negro i ja"

Prosta czarno-biała okładka książki najlepiej podsumowuje jej treść. Autorem jest biały człowiek, pochodzący z kraju, który kiedyś - jak wiele innych narodów - przybył do egzotycznej Afryki i postanowił ją zeuropeizować i ucywilizować. Westerman pisze głównie o poszukiwaniu tożsamości czarnego człowieka, który dwieście lat wcześniej nosił zupełnie inne imię, należał do określonego plemienia i miał swoją historię - dziś zupełnie nieznaną. 


W tej opowieści więcej jest znaków zapytania, niż odpowiedzi. Brakuje danych, źródła się gubią, znikają po nich ślady, tropy nagle się urywają. Może dlatego aż tak fascynuje? Im trudniej odkryć prawdę, tym większa jest determinacja, by do niej dotrzeć. Jednak nie zawsze się udaje. Wtedy zaczyna się spoglądanie na daną kwestię z innej strony, z szerszej perspektywy. Tak właśnie stało się w przypadku autora "El Negro i ja".

Poszukiwania drogi, jaką Murzynek przebył z Afryki do Europy rozciągają się na dwie dekady, dwa kontynenty i trzy kraje. To pieszczotliwe określenie, nadane milczącemu bohaterowi książki przez mieszkańców Banyoles, gdzie Westerman po raz pierwszy ujrzał go w lokalnym muzeum w 1983 roku, wywołuje mieszane uczucia. Niewolnictwo zostało już dawno zniesione, a poprawność polityczna nakazuje używać określonych słów. Mimo to, największa atrakcja turystyczna małego katalońskiego miasteczka nie jest uwzględniona w nowym porządku cywilizowanego świata jako człowiek, któremu należy się godne traktowanie po śmierci. W tym pozornie niewinnym zdrobnieniu - które każdy z nas zna od dziecka chociażby z bajek Tuwima - daje się wyczuć krzywdzącą pobłażliwość.

Westerman zaczyna od przeczesywania bibliotek i archiwów w poszukiwaniu śladów człowieka, z którego została tylko czaszka, kilka kości i skóra zniszczona od ciągłego impregnowania jej pastą do butów, by przypadkiem nie zbielała (!). Wtedy okazuje się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Zbierając swoje wspomnienia z czasów, gdy był studentem rolnictwa krajów tropikalnych, przetyka nimi swoje poszukiwania wszelkich informacji o El Negro. Zastanawia się, dlaczego świat postkolonialny wygląda tak, a nie inaczej i co niesie ze sobą pomoc krajom rozwijającym się. Czy nie daje ona więcej pożytku naszej europejskiej, zachodniej potrzebie zbawiania świata przed odmiennością? Czym jest prawdziwy rasizm i jak się objawia? Jak wyglądał kiedyś i jaki jest dziś - kto kogo i gdzie dyskryminuje?

Postkolonializm i rasizm - jedno i drugie to temat-rzeka; Westerman odświeża je dzięki swojej perspektywie człowieka świadomego wszystkich negatywnych stron działań, które w teorii mają nieść pomoc. Bez polityki, wzniosłości i ukrytych zamiarów, bez udawania, że jest inaczej. Boleśnie i dobitnie ukazuje, jak wiele jeszcze musimy się nauczyć my, biali ludzie. Polecam cierpliwym czytelnikom - to naprawdę dobry reportaż.

To był człowiek, wypatroszony i wypchany jak zwierzę. Był więc ktoś, kto to zrobił, a stosunki były oczywiście takie, że preparator musiał być białym Europejczykiem, a obiekt - czarnym Afrykaninem. Sytuacja odwrotna była nie do pomyślenia. Zrobiło mi się gorąco i poczułem mrowienie we włosach - chyba z nieokreślonego wstydu. s. 17

Ocena: 8/10

Wydawca: Dowody na Istnienie
Premiera: 21.10.15
Strony: 258

niedziela, 10 stycznia 2016

Christopher W. Gortner "Mademoiselle Chanel"

Dziś przypada 45. rocznica śmierci genialnej projektantki, której niecodzienne pomysły zrewolucjonizowały świat mody i wywróciły do góry nogami zawartość kobiecych garderób. Na przestrzeni lat postać Gabrielle "Coco" Chanel obrosła taką legendą, że ciężko czasem zobaczyć w tej osobistości zwykłą kobietę.


Gabrielle w tej historii poznajemy, gdy ma zaledwie kilka lat. Jest młodszą siostrą dla Julii i starszą dla Antoinette i dwóch braci. Przez wzgląd na pracę Alberta Chanela, rodzina często się przeprowadza. Gdy ojciec Coco Chanel porzuca rodzinę, matka stopniowo podupada na zdrowiu. Siostry pomagają jej w opiece nad dziećmi do momentu, gdy Jeanne Chanel umiera na zapalenie oskrzeli. Rodzeństwo zostaje rozdzielone, a dziewczynki trafiają do domu sierot prowadzonego przez zakonnice. To tam młoda Gabrielle pielęgnuje swój talent krawiecki. Dopiero pierwszy romans otwiera przed nią prawdziwe możliwości. Młoda kobieta staje się łamiącą wszelkie konwencje skandalistką, swoim beztroskim zachowaniem gorszącą inne damy.

Niezwykły upór i duma Chanel przyczyniły się do wielu sukcesów, ale też przysporzyły jej licznych problemów. Często zmieniała kochanków, którzy traktowali ją dobrze, dopóki nie okazywała zbytniej niezależności. Dla mężczyzn, przywykłych do pasywnej roli kobiety, wolna i żywiołowa Coco była prawdziwym wyzwaniem. Jej figlarny charakter, ogromny talent i emanujący od niej blask prawdziwej gwiazdy świata mody, przyciągał wielu adoratorów, nie tylko bogatych. Gdy sama zyskała rozgłos, a jej kariera rozwijała się w szalonym tempie, pomagała m.in. rosyjskim elitom, które po pierwszej wojnie światowej znalazły schronienie w Paryżu. Autor kończy swą opowieść, gdy po latach życia poza granicami Francji, Coco powraca na salony z nową kolekcją. 

"Mademoiselle Chanel" przybiera formę wspomnień, które Chanel zaczyna snuć, gdy ma już ponad siedemdziesiąt lat. Ponieważ jest to powieść oparta na faktycznych wydarzeniach, mało jest w niej zapierających dech w piersi rewelacji i zwrotów akcji. Kto interesował się wcześniej projektantką, może potraktować tę książkę jako próbę tchnięcia życia w kobietę, która zmarła wiele lat temu i dla wielu pozostaje ciągle ogromną zagadką. Bo kim, oprócz bogini mody była Coco Chanel? Czy świat widział w niej trofeum bogaczy, czy też może oni stanowili ozdobę tej i tak barwnej już kobiety? Czy faktycznie była niemieckim szpiegiem? Komu sprzyjała, a kogo nienawidziła? Czy jest ktoś, kogo się bała? O tym wszystkim spekuluje autor, oddając głos wykreowanej przez siebie wersji Chanel. Gdzieś tam na pewno mija się z prawdą, w innym fragmencie być może jest jej bardzo blisko. Nigdy nie dowiemy się już wszystkiego, ale czy tak nie jest właściwie lepiej? Niektóre tajemnice najlepiej zostawić w spokoju.

Gortner posiłkował się wieloma źródłami, by jak najdokładniej odtworzyć portret Coco Chanel - nie tylko wielkiej projektantki, ale też skromnej młodej dziewczyny, namiętnej kochanki, buntowniczki i przyjaciółki elit artystycznych. Zupełnie nie spodziewałam się, że ta książka tak mnie zainteresuje. Bardzo ostrożnie podchodzę do powieści historycznych, bo tylko nieliczne potrafią spełnić moje oczekiwania. Ta okazała się nielicznym wyjątkiem; wcześniej tak bardzo pochłonęła mnie tylko "Madame Hemingway" Pauli McLain. W końcu pojawiła się książka, która zdołała ją przyćmić. Polecam.

Ocena: 9/10

Wydawca: Między słowami
Premiera: 7.10.15
Strony: 592

środa, 6 stycznia 2016

Roczne podsumowanie książkowe

Kolejny rok za nami, znów całkiem niespodziewanie uciekł spod stóp, wymknął się palcom i pobiegł tam, gdzie jego miejsce - do podręczników historii. 

U mnie działo się sporo, bo i pierwsza prawdziwa praca i koniec studiów i dwie przeprowadzki, w tym jedna nieudana. Ale oprócz tego było bardzo książkowo, choć nie bez wyzwań; bo jak tu czytać w autobusie, ściśnięta niczym śledź pomiędzy zakupami jakiejś starszej pani i wielkimi plecakami uczniów podstawówek? Ale i na jednej nodze można, o czym parę miesięcy temu pisała Natalia z KKN. Czytnik bardzo się przydał, choć jakoś mniej z niego korzystałam, na nowo rozkochana w papierze.

Jeśli już mowa o wyzwaniach, to moje ubiegłoroczne postanowienie, by powtórzyć imponujący wynik z 2014 roku trochę mi nie wyszło. Z różnych względów nieco się rozleniwiłam i zamiast ponownego przebicia setki, ledwie przekroczyłam siedemdziesiątkę. Co za tym idzie, nie udało mi się zaliczyć planowanej pięćdziesiątki spośród kategorii proponowanych przez portal Popsugar. Tych dziesięć brakujących tytułów to naprawdę były książki, za które ciężko było mi się wziąć, a sprawy wagi superciężkiej wygrały z moim pociągiem do książek. Chyba muszę sobie wybaczyć to ociąganie i zmobilizować wszystkie siły, by teraz nie mieć powodów do narzekania. Ale i w 2015 nie było tak źle, a poniżej kilka powodów, dla których ten rok mogę uznać za niezwykle udany.

W czerwcu odwiedziłam Warszawę i w doborowym towarzystwie spędzałam czas na festiwalu Big Book, który jest dla mnie takim literackim Open'erem. To z niego pochodzi moje zdjęcie z ubiegłoroczną noblistką.


Do domu wróciłam z masą nowych książek i wieloma autografami. Tych ostatnich sporo się nazbierało, również z innych spotkań autorskich. Choć za stolicą Polski nie przepadam, to zachwyciły mnie Wrzenie świata i uroczy wróbelek, który bez cienia strachu umilał nam kawową przerwę - obowiązkową po wykańczających moje nerwy i portfel zakupach książkowych. :)

W lipcu już we trzy, z Natalią N-L z Książką po łapkach, grasowałyśmy po Łodzi i żałowałyśmy, że nie mamy okazji do częstszych spotkań plotkarskich. Tu również skończyło się na zasileniu biblioteczki, choć książkami już raz używanymi, ze wspaniałego antykwariatu Book się rodzi.


Pod koniec sierpnia wybrałam się z Natalią Sz. do Miedzianki, by w ruinach poszukać duchów przeszłości i nasycić się spokojem lasu. Znalazłyśmy tam Filipa Springera i dałyśmy się ponieść świetnej sztuce wystawionej przez zielonogórski teatr.


Wrzesień to wyczekiwany urlop, który poprzedził szalony czytelniczo-twórczy maraton z magisterką. Tym większą ulgę czułam, kiedy w końcu mogłam wsadzić nos w lekki kryminał i niczym się nie przejmować; może jedynie kamienistymi plażami w Chorwacji, od których aż bolały plecy.



Jeśli zaś chodzi o książki - choć nie było ich tak wiele, ale przeszło mi przez ręce sporo tytułów, które zdecydowanie wyróżniały się na tle reszty. Oto najlepsza piętnastka 2015 roku, z podziałem na fikcję i literaturę faktu:

 

Chimamanda Ngozi Adichie - Fioletowy hibiskus (Harper Perennial)
Ta magisterkowa lektura porwała mnie do brutalnego świata złych mężczyzn, którzy mimo wszystko nie triumfują. 

 
Eleanor Catton - Próba (Wydawnictwo Literackie)
Niezwykle teatralna, choć bez hollowoodzkiego rozmachu. W jej skromności i oszczędności tkwi ogromna siła. Niepostrzeżenie zdobyła moje uznanie.

 
Richard Flanagan Ścieżki północy (Wydawnictwo Literackie)
Wspaniała. Jedyna w swoim rodzaju. Boleśnie prawdziwa, pełna zła, nienawiści i.. namiętności. Niezapomniana, wyjątkowa książka.

 
Stefan Hertmans - Wojna i terpentyna (Marginesy)
Bez patosu, ale pełna szacunku, miłości i pięknych wspomnień pisanych ręką człowieka, który bardzo kochał swego dziadka.

 
Petr Měrka - Jestem egzaltowaną lentilką (Dowody na istnienie)
Szalona lentilka, surrealistyczna, artystyczna i cyrkowa. Zwariowana, szczera do bólu i bezpruderyjna. Trochę straszna, ale świetna.

 
Łukasz Orbitowski - Inna dusza (Od deski do deski)
Przerażająco dobra. Napięcie rośnie, choć brak tu taniej sensacji. Przeraża budzący się w głównym bohaterze potwór, zwykle mocno uśpiony w każdym z nas. Tym straszniejsza, że oparta na prawdziwych wydarzeniach.

 
Donna Tartt - Szczygieł (Znak Literanova)
Cudowny hołd sztuce. O trudach dorastania bez rodziców, miłości i niszczycielskiej sile ludzkiej obsesji. Poruszająca, bardzo dobrze napisania. Słusznie chwalona przez tysiące czytelników na całym świecie. 



 

Swietłana Aleksijewicz - Czasy secondhand  (Czarne)
Bolesna i trudna lektura. Opowieść o świecie obcym, ale jednocześnie bliskim, o tym jak ten sam fragment historii różnym ludziom jawi się zupełnie inaczej niż nam.  

 
Michael Booth - Skandynawski raj (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego)
Błyskotliwie, z brytyjskim humorem opisany mroźny raj, który marzy się niejednemu człowiekowi. Nie bez wad, ale wciąż niemal nieskazitelny obraz wspaniałej Skandynawii.

 
Karolina Domagalska - Nie przeproszę, że urodziłam (Czarne)
Wzruszająca, słodko-gorzka opowieść o spełnianiu rodzicielskich aspiracji. O trudnościach, przeciwnościach losu, bólu i rozgoryczeniu. O wątpliwościach, kwestiach moralności i zwykłym ludzkim rozsądku. Bardzo dobra.

 
Aleksandra Łojek - Belfast. 99 ścian pokoju (Czarne)
Wciąż żywe historie z ulic, na których konflikt między lojalistami a republikanami wciąż trwa. Może nie tak otwarcie jak kiedyś, ale coś nadal wisi w powietrzu, czai się za rogiem.

 
Jarosław Mikołajewski - Wielki przypływ (Dowody na istnienie)
O braku nadziei na lepsze jutro, o tkwieniu pomiędzy piekłem, a niespełnionymi marzeniami i wreszcie o niesieniu pomocy mimo wszystko.

 
Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt (Wydawnictwo Krytyki Politycznej)
Otwiera oczy i szokuje. Po prostu trzeba ją przeczytać. Te upiorne historie wciąż tkwią w mojej głowie i nie pozwalają pozbyć się wyrzutów sumienia.

 
Wojciech Tochman - Jakbyś kamień jadła (Czarne)
Potwornie mocna, smutna relacja z powrotu do piekła, po ukochanych mężów, ojców i synów. O tych, którzy przeżyli bałkański konflikt etniczny i wciąż leczą na nowo rozdrapywane rany.

 
Ewa Winnicka - Nowy Jork zbuntowany (PWN)
Szalone lata swingu i prohibicji. Czasy świetności Fitzgeraldów i nielegalnych destylarni. Piękna, pełna informacji i niezwykle ciekawa.


 
Jak widać po zestawieniu, nie wybierałam tylko książek wydanych w ubiegłym roku - parę tytułów miało swoje premiery już wcześniej. Choć recenzuję ostatnio prawie wyłącznie nowości, patrzę na całokształt moich rocznych osiągnięć czytelniczych. Nowa czy stara - to wciąż dobra i wartościowa książka. 

To już koniec podsumowania, choć pewnie wiele jeszcze ominęłam i zapomniałam o nich wspomnieć. Pora wrócić do teraźniejszości i rzucić się w wir czytelnictwa.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Jean-Christophe Brisard, Claude Quétel
"Dzieci dyktatorów"

O ile książki autorstwa Anny Herbich należą do moich ulubionych tytułów w serii, o tyle po zawodzie sprawionym przez nienajlepsze "Najpiękniejsze" Małgorzaty Czyńskiej bardzo ostrożnie podchodzę do podobnych publikacji. Tym razem ciekawy temat niełatwego dzieciństwa w cieniu dyktatorskich rządów skusił mnie do sięgnięcia po jeszcze jedną propozycję z cyklu Prawdziwe historie.


Losy dyktatorskich potomków są tak różne, jak charaktery ich ojców. Jedni porywczy i niecierpliwi, swoje frustracje wyładowują na rozpieszczonych córkach i krnąbrnych synach. Inni w domu stają się kochającymi rodzicami, spełniającymi wszystkie zachcianki swych pociech. Mimo pieniędzy i przywilejów, za błędy i przewinienia głów państw płacą również żony i dzieci - choć mało kiedy nie są winni kary, jaką ponoszą za zbytnią pewność siebie i poczucie wyższości względem reszty społeczeństwa. Niewyobrażalne bogactwo i chciwość ściągają na rodziny rządzących zemstę przeciwników politycznych i rozgoryczonych obywateli uciskanych krajów.

Brisard i Quétel nie są autorami wszystkich tekstów tego zbioru, pełnią raczej rolę redaktorów. Każdy rozdział napisany został przez innego autora zainteresowanego określonym tematem. To ciekawe posunięcie, choć style poszczególnych części znacznie się od siebie różnią. Nierówna jakość tekstów czasem wprawiała mnie w konsternację; jakby autorzy nieszczególnie dbali o zachowanie spójności w stosunku do pozostałych rozdziałów.

Mimo wszystko, ciekawie jest zacząć poznawanie losów dyktatorskich rodzin od takich dosyć ogólnych opowieści o ich codzienności. Jeżeli czytelnik mało zna temat, wątpliwe jest, że zgubi się w informacyjnym gąszczu, bo seria Prawdziwe historie to pierwszy krok ku zdobyciu wiedzy o danym temacie. Zbalansowana i nieprzeładowana wiedzą, dostarcza ciekawostek, których nie doszukamy się w podręcznikach do historii. "Dzieci dyktatorów" tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że o tych ludziach warto wspominać jedynie w kontekście ostrzegania kolejnych pokoleń przed podobnymi scenariuszami.

Ocena: 6/10

Wydawca: Znak Horyzont
Premiera: 5.10.15
Strony: 368

sobota, 2 stycznia 2016

Grudniowe podsumowanie książkowe

Szybkie grudniowe podsumowanie czas zacząć - jeszcze będzie co czytać, kiedy opublikuję wpis o całym ubiegłym roku. Na stosiku z przeczytanymi książkami pojawiło się sporo ciekawych lektur i pięknie się razem prezentują:



1. Jamil Ahmad - Wędrowny sokół (152)
2. Katarzyna Molęda - Szwedzi. Ciepło na północy (352)
3. Richard Flanagan - Ścieżki północy (473)
4. Lucy Ribchester - Sufrażystki (432)
5. Eleanor Catton - Próba (384)
6. Christopher Moore - Najgłupszy anioł (poległam przed połową i jej nie wliczam)
7. Ian Thornton - O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty, choć wcale tego nie chciał (416)

Razem: 2209 stron

Dwie książki nie przypadły mi zupełnie do gustu. Grudzień zaczęłam od chaotycznego Ahmada, którego ledwie zmęczyłam i już prawie w ogóle go nie pamiętam, bo kolejne książki bez większego wysiłku przyćmiły tę marną książkę. Drugi niewypał to tytuł, z którym usiłowałam zaliczyć jeszcze jedną kategorię ubiegłorocznego wyzwania książkowego. Na lekturę świąteczną wybrałam "Najgłupszego anioła" i przeczytałam może jedną trzecią, po czym poddałam się bez większego żalu. Tak żenującej książki dawno nie miałam w rękach. Na szczęście honor humorystycznej literatury uratował Ian Thornton. 

Z rzeczy innych, okołoliterackich - długo wyczekiwany Puls Literatury okazał się jak zwykle świetny pod względem doboru gości. Niestety organizatorzy nie spodziewali się chyba takiej frekwencji na spotkaniach autorskich; zrezygnowałam z wieczoru z Ziemowitem Szczerkiem, bo tłumy chętnych posłuchać pisarza wylewały się poza łódzki Dom Literatury. Za to spotkanie z Hanną Krall, Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem stanowiło świetne zakończenie tego literackiego tygodnia. W grudniu obchodziłam też urodziny i aż muszę się pochwalić, co dostałam. Nowa zakładka i moje własne ex libris, na zdjęciu wraz z podpisaną "KRALL":


Czy i Was zadowoliły grudniowe wyniki czytelnicze?