czwartek, 22 października 2015

Katia Petrowska "Może Estera"

Czasem do sięgnięcia po daną książkę potrafi nakłonić mnie jedna osoba. Podobnie było w tym przypadku, choć początkowo wcale nie byłam pewna, że ten tytuł nadaje się dla mnie. Teraz muszę przyznać z ulgą, że zrobiłam dobrze, biorąc się za tę niezwykłą opowieść rodzinną.


Katia Petrowska, Ukrainka mieszkającą w Niemczech, niewiele wie o swoich przodkach. Zdaje sobie sprawę z ich żydowskiego pochodzenia oraz z tego, że rodzinę miała dużą i rozproszoną po całej Europie. Po latach ignorowania, lub raczej, obojętnego życia obok białych plam w drzewie genealogicznym swojej rodziny, wybrała się w podróż w czasie, śladami dziadków, pradziadków i dalszych krewnych. 

Kobieta, odwiedziła Ukrainę, Polskę i Austrię; przemierzała te same ulice, po których chodziły jej babki w Warszawie, w Mauthausen szukała śladów dziadka, który po czterdziestu latach od zakończenia wojny wrócił do swojej żony. Niezwykłe losy jej pradziadka, Ozjela Krzewina, nauczyciela głuchoniemych dzieci, to jedna z wielu historii, które - choć postrzępione i niekompletne - wciągają czytelnika niczym misternie napisana powieść. 

Tytułowa może Estera nie jest tu wcale centralną postacią, pojawia się pod koniec książki, zaledwie pobieżnie wspomniana przez prawnuczkę. Oprócz niej pojawiają się historie związane z dwiema kwiatowymi babciami Petrowskiej - Roza i Margarita. Autorka pisze o swojej rodzinie z namaszczeniem i niezwykle taktownie. Próbuje zwrócić jej czas, który spędziła zapomniana przez najbliższych. Misterne dzieło, żmudnie budowany pomnik pamięci o tych, których dawno już nie ma - tak najlepiej da się określić ten głośny debiut literacki ostatnich lat.

Nie mogę przemilczeć cisnących mi się na usta (klawiaturę?) porównań z "Panią Stefą". Synowa Ozjela, Helena, zginęła w Treblince w sierpniu 1942 roku, podobnie jak Stefania Wilczyńska. Krzewin prowadził warszawski internat dla głuchoniemych, gdzie żył wraz z rodziną, do której należeli również jego wychowankowie. Nadal trudno mi nadziwić się nad tym, jak bardzo splątane ze sobą mogą być losy pozornie obcych sobie ludzi.

Nie mogę nie myśleć o roszadach losu, o przypadkach w przestrzeni i czasie. Bo wówczas ewakuowany został też Janusz Korczak, sąsiad i kolega ojca Rozy, Ozjela, w Warszawie, tak samo z dwustoma sierotami - również na mocy rozkazu wojennego. Korczakowi proponowano, żeby ratował się sam, bez dzieci. s. 65

Książka Petrowskiej dowodzi, że nie każdą układankę można dokończyć, że nie wszystkie jej części tak łatwo dadzą się dopasować. Zwodnicza i podziurawiona przez upływający czas ludzka pamięć nie jest w stanie odtworzyć wydarzeń sprzed dziesięcioleci. Jednocześnie wcale nie trzeba przeżyć wojny, by czuć ją pod skórą, żyjącą - lecz już własnym życiem. Fale wspomnień nachodzące autorkę niczym sny rozgorączkowanego dziecka odzwierciedla niezwykły język, przypominający ustnie przekazywane opowieści - rzecz rzadko już spotykaną w naszej kulturze.  "Może Estera" to naprawdę świetna książka i uważam, że każdy powinien ją przeczytać.

Ocena: 7/10

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 7.10.15
Strony: 272

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz