środa, 30 września 2015

Sue Monk Kidd "Opactwo świętego grzechu"

Wspaniała Sue Monk Kidd podbiła moje czytelnicze serce swoją wrażliwością na tematy delikatne i niezwykle często pomijane przez społeczeństwo. Jej pierwsza powieść "Sekretne życie pszczół" opowiadała o walce z dyskryminacją i segregacją rasową w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Najnowsze, wydane w ubiegłym roku "Czarne skrzydła" to historia ruchów abolicjonistycznych schyłku dziewiętnastego wieku. Traktująca o współczesności powieść "Opactwo świętego grzechu" właśnie doczekała się nowego, zdecydowanie ładniejszego wydania. Co znajdziemy w środku?


Jessie, artystka ze sporym stażem jako żona oraz matka, przechodzi kryzys wieku średniego. Tak często kojarzony z mężczyznami, wyśmiewany i potępiany gdy objawia się niewiernością, przytrafia się własnie kobiecie. Tęsknota za córką, która opuściła rodzinny dom, wypalenie zawodowe, znużenie wieloletnim małżeństwem z Hugh - wszystko to sprawia, że główna bohaterka nie czuje się już szczęśliwa. Ze stanu odrętwienia wyrywa ją niespodziewany telefon z wyspy, na której dorastała. Jessie wraca tam z niechęcią, by zająć się skłóconą z nią matką. Przeszłość dogania kobietę tam, skąd z wielką ulgą uciekła lata wcześniej. Tajemnica śmierci ojca nie daje jej spokoju, a chęć do życia budzi w niej miłość, która nie powinna była narodzić się między mężatką a zakonnikiem.

Główna bohaterka zupełnie nie wzbudziła we mnie pozytywnych uczuć, nawet wtedy, gdy wykazywała się ogromną inteligencją i niezwykłą intuicją. Przez większość akcji Jessie była dla mnie mało rozgarniętą i nudnawą kobietą, która przez znaczną część życia sama siebie ograniczała. Gdy w końcu postanowiła zażyć wolności, wbiła przysłowiowy nóż w serce człowieka, który zrobiłby dla niej wszystko. Z całej historii najbardziej spodobało mi się zakończenie, jednak nie wypada mi go zdradzać. Powiem tylko, że było bardzo dobre i naprawdę potrzebne, by choć trochę zatrzeć niemiłe uczucia utrzymujące się podczas lektury wcześniejszych rozdziałów. 

Mam też wiele zastrzeżeń nie tylko do płytkich i mało ciekawych postaci, ale do samego stylu autorki. Odniosłam wrażenie, że tę książkę napisała na śpiąco, jakby jej niesamowity talent nagle się ulotnił. Brakowało mi tego polotu, który charakteryzował jej debiutancką powieść, a dziwny zlepek wątków religijnych i obyczajowych  (a nawet erotycznych) działał na mnie odpychająco, za każdym razem, gdy sięgałam po "Opactwo świętego grzechu". Dużo lepiej czytałoby mi się książkę łączącą w sobie tematy kreolskiej kultury z typowo celtyckimi tradycjami, które właściwie zostały ledwie muśnięte przez Sue Monk Kidd.

Już dawno nie oceniłam tak negatywnie żadnej książki. Niska nota wynika raczej z rozczarowania faktem, że moje oczekiwania nie zostały spełnione. Kidd zdążyła już przyzwyczaić mnie do powieści na innym poziomie. Pozostałe jej historie były wyjątkowe, a sposób ich przedstawienia wyróżniał prozę autorki na tle innych książek o podobnej tematyce. Tym razem dostałam do ręki ckliwe romansidło, którego zupełnie się nie spodziewałam. Jeśli mam być szczera, wolałabym, żeby pisarka nie angażowała się tak bardzo emocjonalnie w poruszane tematy, próbując przemycić między wierszami osobiste odniesienia, które sugeruje opis z tyłu książki.

Oby "Opactwo świętego grzechu" okazało się jednorazowym potknięciem w karierze Sue Monk Kidd. Pozostaje mi teraz tylko czekać na kolejne książki, którymi autorka udowodni mi, że nie na darmo uznałam ją za jedną z lepszych twórczyń literatury lżejszego kalibru. Wielce żałuję, że tym razem nie czuję się usatysfakcjonowana lekturą. Może następnym razem będzie lepiej. 

Ocena: 5/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 8.10.15
Strony: 344

poniedziałek, 28 września 2015

Hanna Krall "Na wschód od Arbatu"

Hanna Krall, matka polskiego reportażu, pojawiła się jakiś czas temu wśród moich czytelniczych zdobyczy. Wygląda na to, że po latach przerwy wrócę do jej twórczości - i to w jakiej odsłonie. Dowody na Istnienie wydają od pewnego czasu jej stare teksty, które w nowej oszczędnej szacie graficznej prezentują się niesamowicie.


Ze "Zdążyć przed Panem Bogiem" pięć lat temu pisałam maturę. To dzięki rozmowie z Markiem Edelmanem, którego uwielbiam, mam do Krall ogromny sentyment. Bez wahania kupiłam "Na wschód od Arbatu", gdy tylko pojawiła się okazja. Rosja również od pewnego czasu niezwykle mnie pociąga, więc tym chętniej zabrałam tę niewielką książeczkę na urlop.

Hanna Krall pisze o miejscach przez pryzmat ludzi, to ich historie pomagają nakreślać obrazy miast i wsi, bez nich nie byłoby żadnych opowieści. Najbardziej urzekła mnie ta o fizykach i o ich akademickiej enklawie; nie mogę się od niej uwolnić. I chyba o to chodziło autorce, by nie dać czytelnikowi zapomnieć o swoich mistrzowskich tekstach, zmącić spokój i wywołać gwałtowną burzę myśli.

Ona wie jak pisać, by oszczędnie przekazać to, co najważniejsze. Z pozoru zwykłe reportaże o rosyjskiej codzienności, kryją w sobie podtekst, który tylko najuważniejsi czytelnicy są w stanie dostrzec. Udaje jej się wydobyć na światło dzienne wszelkie skrywane w ciemnych kątach prawdy, obnażające słabości wielkiego Związku Radzieckiego. Za świetny przykład takiego "przemycania" zakazanych treści służy m.in. reportaż o szachistach.

Krall balansuje sprawnie na cienkiej linii oddzielającej dosłowność od niejasności, a mimo to zwyczajnie opisuje świat takim, jaki naprawdę jest. W swoich reportażach oddaje głos ich bohaterom, pozwalając im wprowadzić czytelnika w zupełnie inną rzeczywistość. Tym bardziej obcą, gdy tę książkę czyta się dzisiaj, w zupełnie innym kontekście kulturowym, patrząc na "Na wschód od Arbatu" za pozycję historyczną.

Do Kapuścińskiego jeszcze się nie przekonałam, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że warto czytać książki Hanny Krall. I to właśnie radzę zrobić każdemu, kto jeszcze nie zna jej twórczości.

Ocena: 7/10

Wydawca: Dowody na Istnienie
Premiera: 15.10.14
Strony: 128

piątek, 25 września 2015

Książkowe premiery października

Nie wiadomo kiedy i jak, uciekł mi prawie cały wrzesień, a więc pora najwyższa na planowanie październikowych wydatków. Nie będzie to proste zadanie, zważywszy na pewną prawidłowość - z miesiąca na miesiąc lista interesujących zapowiedzi podejrzanie się wydłuża. Jak ja znajdę czas na te stosy świetnych książek? Mimo wszystko, nie zaszkodzi pomarzyć, że uda mi się każdą z nich przeczytać, nawet jeśli są to plany na odległą przyszłość.

Oto najciekawsze tytuły, które udało mi się wygrzebać na stronach wydawców:


Agnieszka Wojcińska "Mur. 12 kawałków o Berlinie"
Czarne, 2 października

Trzynastu świetnych reporterów i spisane przez nich historie ubrane w zdjęcia autorstwa Filipa Springera. Kto nie kupi ten straci naprawdę wiele. Berlińskie opowieści o wciąż obecnych śladach niewidocznego już muru to pozycja obowiązkowa tej jesieni.
 


C. W. Gortner "Mademoiselle Chanel"
Między słowami, 5 października

Paula McLain i jej "Madame Hemingway" skutecznie udowodniły mi, że powieści historyczne odtwarzające życie znanych ludzi mogą być naprawdę wciągające. Dlatego nie zastanawiałam się zbyt długo, gdy dowiedziałam się o nowej powieści C. W. Gortnera, znanego czytelnikom za sprawą powieści o najbardziej znanych brytyjskich władczyniach. Sporo pisało się już o Coco Chanel, ale ten temat trudno wyczerpać. W końcu kobieta, która postawiła na głowie modę, to postać niezwykle barwna i fascynująca. 



Donna Tartt "Tajemna historia"
Znak Literanova, 5 października

Naprawdę mocno pokochałam "Szczygła" i jestem przekonana, że kolejne opasłe tomisko, a konkretnie nowe wydanie debiutanckiej powieści Tartt, również mnie zachwyci. Wizualnie prezentuje się niesamowicie, ale to zawartość najbardziej mnie ciekawi. Tu także sztuka błądzi gdzieś w cieniu moralnego upadku głównego bohatera. Skoro miało miejsce przewinienie, oczekiwana jest także kara. Ktoś musi odpowiedzieć za śmierć innego człowieka, a ja koniecznie muszę wiedzieć, kto i z niecierpliwością wyczekuję premiery.



Michael Booth "Skandynawski raj"
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 7 października

Byłam tam i mogę potwierdzić, że Skandynawia to naprawdę rajski zakątek świata. Może nie pod względem pogody, bo ta jest raczej mało atrakcyjna, ale styl życia mieszkańców chłodnej północy od dawna mnie fascynuje. Ich podejście do świata i organizacja społeczeństwa może służyć przykładem reszcie świata, który w porównaniu wypada marnie ze swoim nieidealnym chaosem. Jak pokazuje autor, nie do końca jest to prawdą. I tym właśnie mnie zaintrygował.



Marcin Kącki "Białystok. Biała siła, czarna pamięć"
Czarne, 7 października

Reportaże zwykle wzbogacają naszą wiedzę o miejscach, które są nam całkiem obce. Okazuje się jednak, że i na własnym podwórku nie brakuje materiału na ciekawe książki o zapomnianych lub celowo spychanych na margines świadomości tematach. Białystok był i wciąż jest dla mnie takim nieodkrytym miastem, którego historię zamierzam poznawać dzięki nowej propozycji Czarnego.



Tommi Kinnunen "Cztery Drogi"
W.A.B., 7 października

Ze względów czysto zawodowych postanowiłam poznać lepiej fińską kulturę i literaturę. Oceny na Goodreads sugerują, że warto zainteresować się tym autorem i jego debiutancką powieścią, której zawdzięcza najważniejsze literackie nagrody w swym ojczystym kraju. "Cztery Drogi" to saga rodzinna pełna tajemnic w iście skandynawskim klimacie. Kojarzy mi się z powieściami norweżki Wassmo, które również na mnie czekają.



Richard Flanagan "Ścieżki północy"
Wydawnictwo Literackie, 8 października

Przyszła pora poznać ubiegłorocznego laureata międzynarodowego Bookera, o którego twórczości czytałam sporo naprawdę skrajnych opinii. Wojenna Australia jako tło wspaniałej historii o utraconej kobiecie i sile wspomnień? Biorę w ciemno, wręcz nie mogę nie chcieć, jako fanka literatury postkolonialnej. Cudowna okładka dopełnia całości i skusi niejednego niezdecydowanego czytelnika.



Jhumpa Lahiri "Zagubieni wśród hiacyntów"
Albatros, 16 października

Po poruszającym "Imienniku" nadszedł czas na odkrycie ostatniej książki amerykańskiej pisarki o indyjskich korzeniach. Lahiri nominowana była za nią do Man Booker Prize, National Book Award for Fiction i Baileys Women's Prize for Fiction. To dopiero druga powieść autorki, która sławę zyskała dzięki fenomenalnemu zbiorowi opowiadań "Tłumacz chorób", nagrodzony Pulitzerem.



Helen Rappaport "Cztery siostry. Utracony świat ostatnich księżniczek z rodu Romanowów"
Znak Literanova, 19 października

Rodzina Romanowów nigdy nie przestanie mnie fascynować. Ich tragiczne losy przyciągają mnie mocniej niż najlepsza fikcja literacka, dlatego "Cztery siostry" przeczytam bez wahania. Bardzo czekam na tę książkę, szczególnie, że pod piękną okładką kryje się świetnie spisana historia, co sugerują bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach związanych z promocją literatury.



Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"
Świat Książki, 21 października

Wszyscy o nim mówią, więc przedstawianie tego tytułu jest zbędne. Tym bardziej warto najpierw zapoznać się z książką, by później porównać ją z zapowiadaną już od miesięcy ekranizacją, która pojawi się w amerykańskich kinach w przyszłym roku. Ciekawi mnie, czy ta propozycja wyrośnie na hit na miarę "Zaginionej dziewczyny".



Bartek Sabela "Wszystkie ziarna piasku"
Czarne, 21 października

Sahara Zachodnia to odgrodzone od kamer dziennikarzy wielkim murem więzienie. Jest również ostatnią kolonią w Afryce, terenem od lat okupowanym przez wojsko marokańskie. Śmiertelnie niebezpieczne warunki, krwawa wojna i polski reporter, który z wielkim zaangażowaniem, narażając własne życie, opisuje koszmarną rzeczywistość, której reszta świata stara się nie zauważać.



Janus Leon Wiśniewski "I odpuść nam nasze..."
Od deski do deski, 22 października

To już trzecia - i równie elekryzująca co poprzednie - propozycja od młodego, ale świetnie zapowiadającego się wydawnictwa. Z muzyką Andrzeja Zauchy spędziłam całe dziecięce lata; sentyment pozostał. Fabularyzowana powieść o jednym z najgłośniejszych zabójstw lat dziewięćdziesiątych musi trafić w moje ręce.


A jak długie są Wasze listy? Na które książki najbardziej czekacie?

środa, 23 września 2015

Szymon Kubicki "Facet i kuchnia. Smacznie, kreatywnie i bez glutenu"

Moją najnowszą kulinarną fascynacją jest książka autora bloga o gotowaniu Facet i Kuchnia. Przyznam szczerze, że dopóki nie dowiedziałam się o planowanej premierze wydawniczej, nie wiedziałam, że gdzieś w otchłaniach internetu facet z brodą gotuje różne zdrowe pyszności. Teraz już go znam i mogę śmiało powiedzieć, że adres, pod którym rezyduje, dołączy do mojej sporej i ciągle rosnącej listy ulubionych stron o gotowaniu.


Od zawsze zazdrościłam Amerykanom ich wspaniale wydawanych książek kucharskich. Dobra oprawa graficzna stoi u nich na równi z wartością i użytecznością samych przepisów. Na szczęście od paru lat na naszym rodzimym rynku zmienia się wiele w kwestii poradników kulinarnych. Są równie piękne, co inne gatunki, a może nawet o niebo od nich lepsze, bo na widok przykuwających wzrok fotografii jedzenia od razu chce się gotować.

Na stronę wizualną "Faceta i kuchni" nie mogę narzekać. Jest piękna, pełna soczystych barw, taka właśnie, jaka powinna być kuchnia - nie tylko smaczna, ale świetnie wyglądająca na talerzu. Fotografia gra tu rolę równorzędną do przepisów, a autorką zdjęć jest żona autora Małgorzata Napiórkowska-Kubicka. 




Książka jest w przeważającej części wegetariańska, choć znalazło się w niej miejsce na dwa mięsno-rybne rozdziały. Układ tematyczny, widoczny w spisie treści, uważam za niezwykle trafiony. Zamiast podziałów na typy posiłków (śniadania, zupy, dania główne, przekąski, wypieki), przepisy ułożone zostały w grupach, według wiodącego składnika. To naprawdę wygodne, bo moje gotowanie zaczyna się zwykle od ochoty na określony produkt. Dziś, na przykład, chodził mi po głowie szpinak. W części poświęconej daniom z nim lub/oraz jarmużem (który wielbię równie mocno), znaleźć można trzy ciekawe dania obiadowe i jedno śniadaniowo-przekąskowe.


Motywem przewodnim książki przede wszystkim unikanie glutenu i pustych kalorii, które dostarcza. Jak pisze autor, chodzi o urozmaicenie diety i kreatywniejsze podejście do żywienia. Nie choruję na celiakię, ale właśnie rezygnacja z mąki pszennej czy żytniej to dla mnie najrozsądniejsze podejście do odchudzania. Nie diety cud, głodówki czy odmawianie sobie kolacji, a makaron ryżowy zamiast zwykłego na obiad, podobnie jak śniadaniowa frittata jako alternatywa dla tradycyjnej kanapki. 


Same przepisy są pyszne, pełne smaków i aromatów, kolorowe, kuszące, kreatywnie proste i naprawdę uniwersalne - można nimi uraczyć zarówno najbliższych jak i gości. Wszyscy będą zachwyceni, bo tak dobrze wyglądające i smakujące dania przypadną do gustu każdemu. Chyba, że jest się wyjątkowo wybrednym człowiekiem, choć również na takich autor znalazł sposób - przykładem jest wytrawna nutella dla tych, którzy nie przepadają za owocowymi deserami.


Kuchnia gotującego faceta idealnie wpisuje się w moje upodobania kulinarne. Większość składników - szczególnie pochodzenia roślinnego - uwielbiam i często używam w gotowaniu, choć znajdą się też pojedyncze przypadki, gdzie będę musiała wtrącić swoje trzy grosze. Książka zawiera sto trzydzieści przepisów i na pewno sporo czasu zajmie mi przekopanie się przez całość, ponieważ nie ma tam dania, którego nie chciałabym przyrządzić w domu.

Jedno jest pewne - nie zabraknie mi pomysłów na obiady przez kilka kolejnych miesięcy. Takie książki kucharskie naprawdę warto mieć na swojej półce - po części również jako alternatywę dla lansujących się w mediach profesjonalnych szefów kuchni. Przede wszystkim jednak cieszę się z jej posiadania, bo lubię eksperymentować w kuchni, a to właśnie umożliwią mi przepisy gotującego brodacza. Szczerze polecam, nawet największej kuchennej sierotce - tak przejrzyście opisanych przepisów nie da się zepsuć!

Ocena: 9/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 23.09.15
Strony: 320

poniedziałek, 21 września 2015

Kate Atkinson "Kiedy nadejdą dobre wieści?"

Czytelnicze zwyczaje innych ludzi mogą zadziwiać. Oprócz tradycjonalistów, znam osoby, które nie zaczną książki bez sprawdzenia jej zakończenia. Są też czytający cykle od środka, do których grona mogę zaliczyć siebie. Skusiłam się na kryminały Kate Atkinson, bo uwielbiam książki, w których losy różnych bohaterów w ciekawy sposób się ze sobą splatają. Jakie są moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne.


Najlepiej tę historię opisał w blurbie wydawca, dlatego tym razem wyjątkowo odejdę od standardowego skrótu początku fabuły. Czarna Owca zachęca do lektury w następujący sposób:

W spokojnym, wiejskim zakątku Devonu sześcioletnia dziewczynka jest świadkiem wstrząsającej zbrodni. Trzydzieści lat później morderca wychodzi z więzienia.

W Edynburgu nadkomisarz Louise Monroe szuka zaginionej osoby. Niebawem znów spotka na swojej drodze danwego znajomego - detektywa Jacksona Brodiego.

Szesnastoletnia Reggie pracuje jako niania. Pewnego dnia jej pracodawczyni znika z dzieckiem. Reggie wydaje się jedyną osobą zaniepokojoną tym faktem.

Wkrótce ich losy nieoczekiwanie się splotą...

Trzecia część cyklu o detektywie Jacksonie Brodie wciągnęła mnie bez reszty już od pierwszych stron. Dosłownie przylepiła mi się do rąk i nie byłam w stanie sie od niej oderwać. Co jeszcze lepsze, nie odczuwałam zupełnie, że czytam kontynuację, a przy tym mój apetyt na wcześniejsze tomy wzrastał w miarę czytania.

Styl Atkinson jest na tyle naturalny i lekki, że wzrok dosłownie płynie po kolejnych stronach, aż nagle dociera się do końca. Bohaterowie, choć nie bez wad, od razu dają się polubić. Ich skomplikowane historie łączy wspólny mianownik w postaci doskwierającej samotności i poczucia wyobcowania. Kolejne śmierci bliskich im osób czynią z Louise, Reggie, Joanny i Jacksona prawdziwych indywidualistów.

Przeplatające się wątki świetnie budują napięcie i sprawiają, że z chęcią wraca się do danego bohatera, oczekując kontynuacji jego losów. Czytanie ani trochę się nie dłuży, choć nie mogę powiedzieć, że opowieść zmroziła mi krew. Mimo braku napięcia, nie uważam tej książki za źle napisaną. Od strony konstrukcji bohaterów autorka świetnie sobie poradziła, wynagradzając mi niedostatki emocji.

Nie spodziewałam się zupełnie, że ten tytuł tak mnie wciągnie, ale właśnie dla takich czytelniczych niespodzianek poznaję nowych autorów i daję szansę mniej docenianym przeze mnie gatunkom. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że "Kiedy nadejdą dobre wieści?" zachęciła mnie do sięgnięcia po poprzednie części i, naturalnie, po czwartą, która - jeżeli wierzyć internetowi - powinna ukazać się jeszcze w tym roku.

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 29.07.15
Strony: 432

poniedziałek, 14 września 2015

Marc Pastor "Cienie Barcelony"

Przez ostatni tydzień niekoniecznie "czytałam, czytałam, czytałam", jak obiecywałam w poprzednim wpisie. Tak się złożyło, że więcej pisałam o książkach, zamiast je pochłaniać. Na szczęście to już za mną i z ulgą wracam do mojej ulubionej formy obcowania z lekturą. Udało mi się przedwczoraj dokończyć książkę, na którą dosłownie się rzuciłam, gdy do mnie dotarła. Rozdarłam kopertę, niczym jakiś potwór, i zasiadłam do czytania. A teraz trochę o niej opowiem, bo jest o czym.


W "Cieniach Barcelony" czytelnik znajdzie wszystko, czego potrzeba w dobrym kryminale. Jest mocno doświadczony przez życie detektyw oraz jego równie barwny partner. Naturalnie obecny jest też poszukiwany zbrodniarz, a konkretniej potwornie zła kobieta, nazywana "wampirzycą z ulicy Pontent". Nie ma ciał, choć bohaterowie wyraźnie odczuwają brak ofiar, w tym przypadku dzieci. Potrzebny jest też irytujący przełożony, który bagatelizuje i zamiata sprawę pod dywan, ponieważ matkami zaginionych są często prostytutki. To jeszcze bardziej motywuje do działania korzystającego z ich usług Moisésa Corvo.

Najważniejszy cichy bohater tej historii to Śmierć, częściowy narrator, niewidzialny komentator wydarzeń, ujawniający się pozostałym postaciom w różnych odsłonach. Odkąd dawno temu przeczytałam fenomenalną książkę Markusa Zusaka z kostuchową narracją, marzyłam o podobnym tytule. Ciekawym rozwiązaniem okazało się równoległe prowadzenie opowieści z dwóch perspektyw - z punktu widzenia detektywa i morderczyni, których drogi z biegiem czasu się krzyżują. Smaczku całości dodaje również fakt, że książka oparta jest na faktycznych wydarzeniach, które miały miejsce na początku ubiegłego wieku w Barcelonie.

Nawet jeśli cała historia, a konkretnie sposób jej opowiedzenia, nie do końca spełniły moje oczekiwania, to zakończenie wynagrodziło mi wszelkie wcześniejsze braki. Można było się go spodziewać, to prawda, ale świetnie dopełniło całości. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie mocniejszego zwieńczenia tej powieści. Jak już kiedyś pisałam, nie ma lepszych historii niż te prawdziwe. Autor "Cieni Barcelony" udowodnił, że takie tematy wcale nie ograniczają wyobraźni pisarza, dodając od siebie postać kostuchy. To świetne posunięcie sprawiło, że proza Marca Pastora na długo zapadnie mi w pamięć.

Ocena: 6/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 26.08.15
Strony: 304

sobota, 5 września 2015

Sierpniowe podsumowanie książkowe

Za oknem słońce, ale temperatura wskazywana przez mój kuchenny termometr sugeruje nieubłagany koniec lata. Sierpień (a było to jakieś 20 stopni Celsjusza temu) upłynął mi pod znakiem odsuwania od siebie ważnych spraw i planowania wrześniowego urlopu, który właśnie zaczęłam. Znalazłam oczywiście czas na czytanie oraz na literackie wycieczki śladami przeszłości. Choć do końca bieżącego miesiąca zostało jeszcze dużo czasu, ja już intensywnie myślę o październiku.


1. Swietłana Aleksijewicz - Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (288)
2. Maryla Szymiczkowa - Tajemnica domu Helclców (288)
3. Daisy Waugh - Na Hester Street topnieje śnieg (448)
4. Buchi Emecheta - The Joys of Motherhood (224)
5. Emma Hooper - Etta, Otto, Russell i James (352)
6. Hubert Klimko-Dobrzaniecki - Preparator (232)

Razem: 1832 strony, czyli wynik dosyć marny. Bywało lepiej, ale chyba trochę się ostatnio rozleniwiłam. 

Tym razem wyjątkowo nie spotkały mnie żadne czytelnicze rozczarowania, wręcz nie obyło się bez niespodzianek. Polubiłam się znów z literaturą bardziej obyczajową, choć miesiąc otworzyły i zakończyły książki traktujące o dosyć trudnych tematach. Nawiązałam także trzy ciekawe współprace z wydawcami, czego owocem będą pojawiające się częstsze recenzje tytułów z Czarnej Owcy, Od Deski do Deski oraz W.A.B.u.


W ostatni sierpniowy weekend wybrałam się na wycieczkę, którą w ogromnym skrócie obrazuje powyższe zdjęcie. Dokładna relacja u Natalii na blogu Kronika kota nakręcacza. Zwiedzanie tego, co pozostało po Miedziance oraz oglądanie książki w wersji teatralnej było naszym głównym celem wyjazdu na Dolny Śląsk. Wzięłyśmy również udział w zaplanowanym spotkaniu z Filipem Springerem. W wolnych chwilach rozkoszowałyśmy się smakiem bezalkoholowego piwa o wdzięcznej nazwie Cycuch Jabłkowy. 

I tak minęły całe wakacje, a przed nami kolejne czytelnicze wyzwania, niekończące się listy premier i - mam nadzieję - sporo spotkań autorskich. Oby pogoda dopisała - nic nie komponuje się z książkową okładką lepiej niż jesienne liście. Czas wyjąć z szafek kuchennych herbaty z cynamonem i kardamonem, zawinąć zmarznięte stópki w koc i czytać, czytać, czytać.. 

czwartek, 3 września 2015

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Preparator"

Moje chwilowe oddalenie od literatury faktu trwa w najlepsze. Tym razem postanowiłam jednak jedną nogą wrócić do rzeczywistości i zabrać się za powieści fabularyzowane oparte na prawdziwych historiach. Nowe, świetnie zapowiadające się wydawnictwo Od Deski Do Deski przygotowało serię Na F/aktach, skupioną na historiach głośnych zbrodni popełnionych na przestrzeni ostatnich dekad. Zaczęłam od "Preparatora", którego pierwowzór - jak i książkowy odpowiednik - mieszkał w Łodzi, "moim" mieście.


Bezimienny, anonimowy, przeciętny do bólu - taki jest tytułowy preparator. Ma rodziców, młodszą o trzy lata siostrę, żonę i trójkę dzieci. Daty poszczególnych wydarzeń z życia podaje raczej ogólnie, nie skupia się też zbytnio na opisach miejsc. Dokładnie nakreśla jednak swemu rozmówcy (dziennikarzowi) wielowymiarowe tło, ukazując skomplikowaną siatkę wpływów bliskich mu ludzi na jego życie.

Wspomnienia głównego bohatera przyjmują formę swoistej spowiedzi, opowieści o genezie zła w najczystszej postaci. Potwór w tym człowieku wykluwa się powoli, pod wpływem różnych czynników, m.in. z braku rodzicielskiej miłości, z powodu dojmującego uczucia wyobcowania i samotności w wielkim mieście, jako konsekwencja bezustannego odczuwania niesprawiedliwości ze strony matki. Liczne dygresje pozwalają czytelnikowi w pewnym sensie oswoić się z głównym bohaterem, poznać go od ludzkiej strony; kontrowersyjne poglądy przeplatają się tu z bardzo osobistymi wyznaniami.

"Preparator"rozczaruje na pewno każdego, kto liczył na historię kryminalną, opisy morderstw i szokujące wyznania. Tych ostatnich w zasadzie trochę się pojawia, ale poraża bardziej nie sam fakt, a sposób w jaki główny bohater o nich mówi. Z jego opowieści bije niesamowity spokój. Ewidentny, przebijający się przez monolog brak emocji daje czytelnikowi do zrozumienia, że ma do czynienia z osobowością psychopatyczną. Główny bohater swoimi słowami wprawi niejedną osobę w osłupienie; jego zawód to wystarczający powód, by czytelnik zaczął odczuwać dyskomfort obcując z fikcyjną postacią. Cała otoczka, wszystkie czynniki wpływające na charakter preparatora bezlitośnie wciskają się do ludzkiego umysłu, mącąc spokój, burząc równowagę.

Na myśl o tej książce nadal przechodzą mnie ciarki. Wyobrażam sobie, że ktoś taki chodził kiedyś po moim mieście i zaczynam bać się śmierci. Jednocześnie - jak to bywa z podobnymi tematami - kusi mnie niezmiernie sprawdzenie, jak wielki wpływ na przedstawioną przez autora fikcję miały autentyczne wydarzenia. Seria Na F/aktach rozpoczęła się niezwykle obiecująco i pozostaje mi tylko żywić nadzieję na kolejne, równie dobrze napisane publikacje.

Ocena: 8/10

Wydawca: Od Deski Do Deski
Premiera 30.03.15
Strony: 232