poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Buchi Emecheta "The Joys of Motherhood"

Są takie książki, które mimo sporego międzynarodowego sukcesu nigdy nie trafiły na nasz polski rynek książki. A szkoda, bo ja najchętniej liczne zapychacze o niczym miesiącami tkwiące na księgarnianych półkach zastąpiłabym powieściami, których lektura jest nie dość, że przyjemna, to i wartościowa. 


Jest rok 1934, Lagos, czasy kolonizacji brytyjskiej. Nnu Ego w młodym wieku staje się żoną człowieka, któremu nie potrafi dać dziecka, będącego synonimem wartości kobiety w świecie zdominowanym przez płeć przeciwną. Przystojny mężczyzna w swoim rozgoryczeniu i frustracji porzuca główną bohaterkę na rzecz kolejnej małżonki, uprzednio dotkliwie ją bijając. Okryta hańbą i napiętnowana z powodu swej bezpłodności dziewczyna wraca do wioski ojca, który postanawia szybko znaleźć kolejnego zięcia. Tym razem wybór pada na mieszkającego w stolicy Nigerii Nnaife - mężczyznę o odpychającym wyglądzie i nieciekawej, wręcz poniżającej pracy służącego białych panów.

Szczęśliwa - tylko gdy rodzą się kolejne dzieci, spełniona - gdy noworodki okazują się być płci męskiej. Zazdrosna o inne kobiety, niezadowolona z męża i jego słabych zarobków, zajęta wychowywaniem powiększającej się gromadki potomków i dorabianiem drobnym handlem na własne wydatki. Gdy mąż wyrusza do Indii, biorąc udział w nieswojej II wojnie światowej po stronie Wielkiej Brytanii, Nnu Ego staje na czele rodziny. Sama z trudem radzi sobie z dziećmi, pracą i domem, jednak robi wszystko, by nikomu niczego nie zabrakło. Jak życie wynagrodzi jej trudy życia, gdy synowie postawią na edukację, córki dorosną i same staną się matkami, a mąż po raz kolejny opuści rodzinę? 

"The Joys of Motherhood" to niezwykle wciągająca, prawdziwa, dotykająca historia o trudach macierzyństwa w czasach, gdy kobieta była własnością męża. Główna bohaterka ma wiele wad, choć nie można o niej powiedzieć, że nie była całkowicie oddana roli żony i matki. Od razu polubiłam tę buntownicza duszę, której życie nie oszczędzało od kiedy stała się dorosłą kobietą, nie mówiąc już o starości. Wynagrodzeniem cierpień była duża, jednak skromnie żyjąca rodzina, która w kryzysowych sytuacjach zawodziła bardziej, niż obcy ludzie. 

Ironiczny, prowokujący do przemyśleń tytuł skrywa w sobie głęboki przekaz. Kobieta to nie przedmiot, niczyja własność, a wolny człowiek, którego życie powinno być docenianie na równi z męskim. Poświęcenie wolności dla dzieci i męża nie niesie ze sobą żadnych korzyści poza tradycyjnym w kulturze docenieniem płodności jako cechy charakteryzującej prawdziwą kobietę. A na co komu szacunek sąsiadów i przyjaciół, które nie dadzą starej schorowanej matce opieki należnej po latach doświadczania wątpliwej radości macierzyństwa?

Ocena: 8/10

Wydawca: Heinemann Educational Books Inc
Premiera: 1979, 1988 (wydanie V)
Strony: 224

środa, 26 sierpnia 2015

Emma Hooper "Etta, Otto, Russell i James"

Nie wychodzi mi ostatnio trzymanie się z dala od fikcji literackiej. Łatwiejsze okazuje się sięgnięcie po lżejszą powieść, niż kolejny reportaż. Czyżby dawał o sobie znać chwilowy przesyt literaturą faktu? A może to po prostu zasłużony odpoczynek przed wrześniowym czytaniem? Jedno jest pewne - nie zaszkodziło mi wcale to letnie ładowanie akumulatorów. Odkryłam dzięki temu naprawdę fajną książkę, która okazała się idealną lekturą u schyłku lata.


Przyjaźń na całe życie to niedoścignione marzenie wielu ludzi - w końcu od dzieciństwa do starości prowadzi nas długa droga pełna przeszkód. To prawdziwy cud, latami trwać u boku drugiego człowieka niezależnie od jego nastroju. Przyjaźń to też podstawa najtrwalszych związków - takich jak małżeństwo Voglów, choć czasem wydaje się bardziej przeszkodą, której nie sposób pokonać - o czym przekonał się sam Russell.

Dwie sąsiadujące ze sobą farmy na kanadyjskim odludziu prowincji Saskatchewan to cały świat osiemdziesięciodwuletniej Etty. Pewnego dnia zostawia mężowi list, w którym tłumaczy swoje zniknięcie pragnieniem zobaczenia oceanu. Otto obiecuje jej cierpliwie czekać; Russella z kolei niepokoi nieobecność przyjaciółki. Tytułowy James towarzyszy Etcie w drodze, drepcząc u jej boku na swoich czterech łapach. Stroni od ognia i ludzi, wiernie słucha i mądrze radzi.. oraz jest kojotem.

Dla dziennikarzy staruszka przemierzająca pieszo tysiące kilometrów by dotrzeć do oceanu staje się prawdziwą sensacją. Cały kraj kibicuje głównej bohaterce, która najchętniej omijałaby wszelkie ośrodki cywilizacji. W tym samym czasie Otto i Russell po swojemu próbują radzić sobie z brakiem najbliższej ich sercom kobiety, wspominając młodość i czasy wojennej zawieruchy. Początkowo wyraźna granica między przeszłością a wydarzeniami teraźniejszymi wraz z biegiem historii traci na ostrości, by na końcu wprawić czytelnika w konsternację.

Jestem naprawdę zachwycona tą książką, która zgrabnie balansuje na granicy powieści obyczajowej i literatury bardziej ambitnej. Wpleciony w bardzo rzeczywistą historię magiczny realizm nadaje całości niezwykłego charakteru historii uniwersalnej - takiej, która większości czytelników przypadnie do gustu. Z jednej strony trudno przerwać czytanie, pochłania się stronę za stroną, bohaterowie kradną raz za razem serce czytelnika, rozczulają i bawią, a z drugiej subtelne sugestie autorki zmuszają do zwolnienia, zastanowienia się - czy to naprawdę tak, jak nam się wydaje?

Debiutancka powieść Emmy Hooper to odwrócona do góry nogami, cudownie niebanalna historia trójki przyjaciół i ich realizacji obietnic, których należy dotrzymać niezależnie od wieku. Od samego początku dałam się porwać tej przeuroczej opowieści o podróżach, które człowiek musi odbyć w pojedynkę. Najwyższa pora zapomnieć o nudnych obyczajówkach z oczywistym i rozczarowującym zakończeniem. Zamiast nich warto zrobić miejsce na półce na powieść "Etta, Otto, Russell i James", w której nic nie jest zwyczajne i normalne. 

Ocena: 9/10

Wydawca: W.A.B.
Premiera: 352
Strony: 29.07.15

sobota, 22 sierpnia 2015

Książkowe premiery września

Wrzesień dla każdego oznacza co innego: uczniów pochłania szkoła, studentów stresuje sesja poprawkowa, a czytelników.. tradycyjnie zajmuje czytanie. Początek jesieni to dla wydawców niezwykle gorący okres; nowe tytuły pojawiają się na księgarnianych półkach niczym grzyby po deszczu. Szeroka oferta kusi czytelników i sprawia, że trudno ograniczyć wybór do dwóch-trzech tytułów. W moim przypadku nie będzie wcale inaczej; w tym miesiącu zaczaiłam się na aż dwanaście książek - tylko jak to zrobić, żeby je wszystkie przeczytać? 



Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman "KRALL"
Dowody na Istnienie, 1 września

Nie przesadzę, jeśli powiem, że to najbardziej oczekiwana książka tego roku. Uległam presji otoczenia - czego wcale nie żałuję - i również zaopatrzę się w ten tytuł. Świetny projekt okładki to tylko wstęp do fenomenalnej treści.



Włodzimierz Nowak "Obwód głowy"
Dowody na Istnienie, 4 września

Nowe i poszerzone wydanie reportaży o trudnych polsko-niemieckich zależnościach. Minimalistyczna okładka zachwyca; nie mam również żadnych wątpliwości, że treść mnie pochłonie. 



Alysia Abbott "Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu"
Czarne, 9 września

San Francisco jest miastem tak cudownie malowniczym i wielobarwnym kulturowo, że nie mogę odwrócić wzroku od tej książki, której autorka opisuje swą niezwykłą relację z ojcem żyjącym w czasach jednej z ważniejszych rewolucji obyczajowych.



Petr Měrka, "Jestem egzaltowaną lentilką"
Dowody na Istnienie, 8 września

Tytuł rozczulił mnie tak mocno, że nie miałam w ogóle czasu na zastanowienie. Wszyscy chwalą tę serię nowego wydawnictwa Tochmana i Szczygła, a ja postanowiłam właśnie od tego przedziwnego zbioru opowiadań zacząć swą przygodę z prozą od DiN. 


 
Alfred de Montesquiou "Umma. Reporter na Bliskim Wschodzie"
W.A.B., 9 września

Ceniony francuski reporter staje oko w oko z regionem, w którym gorąco jest nie tylko dosłownie, a i w przenośni. A ja muszę w końcu bliżej poznać reportażową serię Terra incognita.



Katarzyna Surmiak-Domańska "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość"
Czarne, 9 września

Reportaż, po który na skrzydłach polecę do księgarni w dniu premiery. Wstyd przyznać, że "Mokradełko" tej samej autorki wciąż wisi nieprzeczytane na czytniku. Temu tytułowi na pewno nie pozwolę tyle na siebie czekać. Aż świerzbią mnie ręce na myśl o literaturze faktu traktującej o tym haniebnym kawałku amerykańskiej historii i - niestety - teraźniejszości.



Sylwia Chutnik "Jolanta"
Znak Literanova, 21 września

Seria Proza PL dotychczas mnie nie zawiodła. Twórczości Chutnik nie znam, ale pisarka wydaje się naprawdę wartą poznania osobą. Zaczynam swą przygodę z jej prozą od tytułu z pastelowym ubraniem i nieco mniej kolorowym środkiem. 



Anthony Doerr "Światło, którego nie widać"
Czarna Owca, 23 września

Powieść Doerra to jedna z tych książek, o których ostatnio naprawdę głośno. Wszyscy o niej mówią i na nią czekają. W końcu i ja uległam jej zachęcającemu opisowi i przewrotnemu tytułowi, choć to okładka początkowo przykuła moją uwagę. Bardzo liczę na obiecywane przez wydawcę zachwyty.



Anne Tyler "Na szpulce niebieskiej nici"
W.A.B., 23 września

Autorka jest laureatką Nagrody Pulitzer - już sam ten fakt wystarczył, bym zainteresowała się tytułem. Opis rozbudził jeszcze bardziej moją ciekawość - uwielbiam historie rodzin wielopokoleniowych, a ta książka wydaje się naprawdę ciekawa i dająca do myślenia.



Bianka Zalewska "Ukraina. Wojna i kobieta"
Dom Wydawniczy PWN, 28 września

Postanowiłam niedawno, że bliżej przyjrzę się korespondentkom wojennym i ich kobiecemu spojrzeniu na konflikty zbrojne. Oby ten tytuł okazał się warty mojego czasu. Podobno PWN-owskie Bieguny to bardzo dobra seria.



Aly Götz "Obciążeni. 'Eutanazja' w nazistowskich Niemczech"
Czarne, 30 września

Temat mówi właściwie wszystko. Ja dodam od siebie, że trochę boję się sięgać po ten tytuł. To będzie trudna, ale warta uwagi lektura. Już czuję emocjonalną rozsypkę wiszącą w powietrzu, ale w czytaniu nie chodzi mi przede wszystkim o rozrywkę, a o poszerzanie wiedzy.



Marta Mazus "Król kebabów i inne zderzenia polsko-obce"
Wielka Litera, 30 września

Druga po "Dysforii" Marcina Kołodziejczyka książka Wielkiej Litery, którą muszę mieć. Wystarczyło, że przeczytałam opis i stwierdziłam, że to tytuł dla mnie. Reportaż o tym, jak obcokrajowcy radzą sobie w kraju, którego mieszkańcy roszczą sobie prawo do zasiedlania całego świata w imię walki o lepszą przyszłość. Abyśmy nie zapominali, że są narody, dla których Polska jest rajem.


Czy Wy też macie taki problem z wyborem wrześniowych nowości?

sobota, 15 sierpnia 2015

Daisy Waugh "Na Hester Street topnieje śnieg"

Sprzątam półki z niedobitków powieści obyczajowych, bo lato to okres szczególnie sprzyjający nadrabianiu zaległości czytelniczych. Tym bardziej, że od września wydawcy planują zasypać czytelników dziesiątkami naprawdę wspaniałych książek, na które koniecznie trzeba zrobić miejsce. 

Jak już kiedyś pisałam, lekka fikcja literacka to dla mnie odskocznia od trudnych tematów poruszanych w literaturze faktu. Nie oznacza to wcale, że każda obyczajówka wypada równie blado w porównaniu z innymi gatunkami. Czasami spośród wielu średnich tytułów można wygrzebać coś wyjątkowego.


"Na Hester Street topnieje śnieg" to historia gwiazdorskiego małżeństwa Beechamów. Ona, Eleanor, to rozchwytywana aktorka, a on, Max, reżyseruje filmy. Ich prawdziwie hollywoodzkie uśmiechy i bajeczna fortuna to przykrywka dla trudnej i bolesnej przeszłości imigrantów żydowskiego pochodzenia, którzy od niczego doszli do niezwykłego bogactwa.

Kiedy kariera obydwojga zaczyna podupadać, a płomienne niegdyś uczucie powoli wygasa, Eleanor doganiają demony przeszłości. Wspomina młodość w Nowym Jorku, lata upływające na walce o każdy cent, morderczą i niewolniczą wręcz pracę przypłacaną zdrowiem. Nie daje jej również spokoju pewna tajemnica, do której małżeństwo dopuściło jedynie garstkę ludzi.

Beechamowie w książce otoczeni są prawdziwymi sławami złotej ery Hollywood; pojawiają się m.in. Mary Pickford, Douglas Fairbanks, Greta Garbo, Buster Keaton, Gary Cooper, Marion Davies czy Charlie Chaplin. Równowagę tej napisanej z iście amerykańskim rozmachem opowieści przywracają fikcyjni bohaterowie - Butch Menken, Matthew Gregory oraz Blanche Williams. Cala opowieść zainspirowana została jednak prawdziwymi wydarzeniami, o których Waugh wspomina w posłowiu.

Wielkim mankamentem niemal każdej obyczajówki są protagonistki bez wyrazu. Same siebie ograniczające, przywiązane do narzuconego przez świat porządku kobiety, dla których całym światem jest mąż. Tu znalazłam wszystko, czego tak bardzo brakuje mi w literaturze kobiecej. Ambitne, nienaciągane wątki, dużo bardziej realistycznie ukazane życie, ciekawe, wielowymiarowe postaci, a przede wszystkim sympatyczniejszą główną bohaterkę, prawdziwą indywidualistkę.

Waugh stworzyła powieść zupełnie inną od wszystkich - gdyby tylko była trochę lepiej napisana, gdyby tak skończyła się pięćdziesiąt stron wcześniej, mogłaby zająć na moim regale miejsce obok książek Sue Monk Kidd i Kathryn Stockett. Zabrakło jej naprawdę niewiele, by znaleźć się wśród moich ulubionych pisarek zajmujących się nieco ambitniejszą literaturą kobiecą. Mimo wszystko, jest o niebo lepiej, niż w przypadku wielu zaliczających się do tego gatunku tytułów. Oby w moje ręce trafiało więcej takiej literatury.

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 3.07.14
Strony: 448

niedziela, 9 sierpnia 2015

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica domu Helclów"

Duety literackie to zawsze gratka dla czytelników, którzy mają okazję sprawdzić jakie cuda  potrafią stworzyć dwa genialne umysły, kiedy przyjdzie im ze sobą współpracować. Okazuje się po raz kolejny, że co dwie głowy to nie jedna. Nieskończone pokłady wyobraźni Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego ukrywające się pod babciowatym pseudonimem Maryla Szymiczkowa wykreowały świetna retro zagadkę kryminalną. 


Wysmakowane gry pozorów wyższych sfer, liczne skandale obyczajowe, soczyste plotki prosto z najważniejszych salonów, głośne wydarzenia towarzyskie - tym żyje Kraków schyłku XIX wieku. Zofia Szczupaczyńska, żona profesora medycyny wykładającego na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest ucieleśnieniem kobiety żyjącej w tamtym stuleciu. Energiczna i  - jak o sobie myśli - światowa, niemal czterdziestoletnia bezdzietna główna bohaterka marzy o odnalezieniu swojego miejsca pośród krakowskiej śmietanki towarzyskiej.

Z zapałem jakiego brakuje niejednej damie, profesorowa angażuje się w dobroczynność - za wszelką cenę chce przez to pokazać, że i ona zasługuje na miano poważanej Krakowianki, z którą należy się liczyć. Jej głowę całymi dniami zaprząta snucie najróżniejszych intryg, które mają zapewnić jej rozpoznawalność wśród innych żon ważnych i zamożnych mężczyzn. Trudno jednak osiągnąć wiele, kiedy na każdym kroku skąpi się pieniędzy. Szczupaczyńska rozrzutnie korzysta za to ze swej pomysłowości i pomocy swej służącej Franciszki.

Kiedy z Domu Helclów w tajemniczych okolicznościach znika jedna z przebywających tam starszych pań, Szczupaczyńska wie od razu, że to dla niej niepowtarzalna okazja, by okryć się sławą jako detektyw amator w okazałej sukni. Kobieta przejmuje z rąk policji nieudolnie prowadzone śledztwo, bezczelnie wdzierając się ze swoim notesikiem w życie pensjonariuszy. Jej spostrzegawczości nie umkną żadne, nawet najdrobniejsze szczegóły, a dociekliwość w dążeniu do rozwikłania zagadki śmierci w domu spokojnej starości zaskoczy nawet ją samą.

Na początku celowo nie określiłam tej książki kryminałem, bo ona zdecydowanie nim nie jest. To bardziej powieść detektywistyczno-obyczajowa, zdecydowanie bliżej jej do komedii niż poważnej historii o brutalnym mordercy, którego główna bohaterka próbuje zdemaskować. Niezwykle trafne jest według mnie porównanie tego tytułu do znanego wszystkim uczniom dramatu Gabrieli Zapolskiej. Najważniejsze postaci obydwu utworów są do siebie bardzo podobne, choć zdecydowanie sympatyczniejsza wydaje się protagonistka Dehnela i Tarczyńskiego.

Satyryczny klimat "Tajemnicy domu Helclów" nadaje całej historii niezwykłej lekkości, wyróżnia ją też na tle wielu okraszonych humorem kryminałów dostępnych na rynku czytelniczym. Komiczne postaci z Zofią Szczupaczyńską na czele okazują się doskonałymi towarzyszami w podróży w  tamte odległe czasy, kiedy kobietom nie wolno było studiować, a ich jedyną rolą było doglądanie ogniska domowego. Głowna bohaterka powieści Maryli Szymiczkowej to prawdziwa buntowniczka, która na swój sposób udowadnia, że jest w stanie dorównać mężczyznom, a nawet prześcignąć ich w dążeniu do prawdy ukrytej pomiędzy zagmatwanymi strukturami krakowskiej socjety.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić wszystkim tę książkę. To naprawdę dobrze napisana historia z ciekawie skonstruowaną akcją i wyrazistymi, zabawnymi postaciami. Lekka, idealna na lato opowieść z trochę zagmatwaną intrygą, czyniącą z niej tytuł obowiązkowy tego lata. Jednocześnie dopisuję Jacka Dehnela do mojej listy pisarzy, których twórczość koniecznie muszę poznać bliżej.

Ocena: 9/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 13.07.15
Strony: 288

czwartek, 6 sierpnia 2015

Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"

Drugie podejście do reportaży Aleksijewicz, tak bardzo wyczekiwane, okazało się bardzo owocne i udane. Teraz nie mam wątpliwości, że będę chciała więcej. Reportaże Białorusinki wciągają i uzależniają. Kto pokocha nieco refleksyjny i mocno nostalgiczny klimat jej książek, ten nigdy nie zdoła się od niej uwolnić.


Awaria elektrowni jądrowej w Czarnobylu wstrząsnęła światem. Europa, Azja, Ameryka drżały na myśl o śmiercionośnym promieniowaniu, które w błyskawicznym tempie zawędrowało w najodleglejsze zakątki świata. Ta katastrofa przeraziła wszystkich, tylko nie władze radzieckie. Te z pełnym rozmysłem, beztrosko, a raczej nieodpowiedzialnie posłały na skażone tereny setki ochotników, którzy mieli za zadanie oczyszczać elektrownię i okoliczne miejscowości. 

Całej operacji towarzyszyła aura tajemniczości, mało mówiło się o faktycznych zagrożeniach, ważniejsze było utrzymanie wizerunku niezwyciężonej potęgi. W mniejszości byli ci, którzy starali się zachować rozsądek, mieli na uwadze zdrowie ludzi przebywających w sąsiedztwie skażonych okolic. Im zamykano usta groźbami utraty pracy, usunięcia z partii.

Białoruś ucierpiała najbardziej; mogła tylko bezsilnie przypatrywać się krążącej w powietrzu, osiadającej na jedzeniu i odzieży, wczepiającej się w futro pupili niewidzialnej śmierci. Niemal dwadzieścia lat zajęło autorce spisanie historii naocznych świadków tych tragicznych wydarzeń, których konsekwencje ciągną się za całym narodem do dziś i odbiją się również na przyszłych pokoleniach. Opowiadają o życiu, stracie, miłości mimo wszystko, cierpieniu swoim i najbliższych, okrutnej śmierci na którą skazały ich absurdalne decyzje polityków.

W "Czarnobylskiej modlitwie" dominują głosy ludzi oddanych Związkowi Radzieckiemu, podążających z zamkniętymi oczami za głosem przywódców, niekwestionujących nawet najbardziej bezsensownych i nielogicznych rozkazów. Bohaterów opowieści o katastrofie czarnobylskiej łączy fakt, że nie zastanawiali się dwa razy zanim coś zrobili, po prostu wykonywali swoją pracę - najlepiej jak potrafili. Do czego to posłuszeństwo ich doprowadziło, dowiecie się z ich druzgoczących relacji z zapomnianego przez świat regionu. 

Spotkałam się z opiniami czytelników twierdzących, że książki Swietłany Aleksijewicz zlewają się w jedno, każda traktuje mniej więcej o tym samym. Ciężko rozróżnić treść poszczególnych tytułów, wiele kwestii się powiela, wiele opowieści brzmi tak samo, więcej tam podobieństw niż różnic i właściwie po co pisać ciągle o tym samym? Ja widzę co trochę inaczej; Aleksijewicz ukazuje różne oblicza homo sovieticusa, człowieka radzieckiego, niezwykle oddanego swej ojczyźnie. To motyw przewodni wszystkich jej książek.

Takie reportaże warto czytać nie dlatego, że są nagradzane i cenione przez miliony czytelników. W książkach Aleksijewicz pojawiają się ludzie, których nikt inny wysłuchać nie chce. Kontakt ze skażonym środowiskiem skazuje likwidatorów, wysiedlonych i dziesiątki innych osób na żywot w samotności, w odosobnieniu, z dala od zdrowych osób, które panicznie boją się radioaktywnej zarazy. Jedni uznają ich za naiwnych, inni traktują jak bohaterów. Prawie nikt nie rozumie czerwonego człowieka, a co dopiero tego, który modli się po czarnobylsku. Jednak prawa do głosu odebrać im nie można. A my nie powinniśmy odbierać sobie prawa do wysłuchania ich - ku przestrodze.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 7.05.12
Strony: 288

wtorek, 4 sierpnia 2015

Anna Marchewka "Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg"

Fakt, że jakiegoś pisarza lub jakiejś pisarki nie znam lub nie kojarzę, nie oznacza bynajmniej braku zainteresowania z mojej strony. Nauka, czy to szkolna czy we własnym zakresie, nigdy się nie kończy - i właśnie dlatego postanowiłam poznać postać, o której wcześniej nie słyszałam. A poza tym dałam się uwieść przepięknie wydanej książce, która swoim wyglądem zachęca do sięgnięcia po nią. Do tego naprawdę genialny tytuł - jak mogłam się oprzeć?


Irena Szelburg (lub też Ewa Szelburg-Zarembina) to niezwykle płodna pisarka tworząca od wczesnych lat dwudziestych do późnych siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Największy sukces odniosły jej książki dla dzieci i młodzieży, choć nie ograniczała się tylko do prozy dedykowanej najmłodszym. Związana była głownie z Nałęczowem, Lublinem i Krakowem - i to tam wyrusza autorka, by odnaleźć ducha nieżyjącej już artystki.

"Ślady nieobecności" to podążanie urywającymi się co rusz tropami, próba odbudowania portretu kobiety, która rozpłynęła się w świadomości i pamięci ludzi. Strzępki cudzych wspomnień, resztki faktów, niekompletne informacje. Tylko tym dysponuje autorka - i właśnie tym skromnym materiałem operuje, przybliżając czytelnikom postać Ireny Szelburg, wciąż jednak niezwykle tajemniczą, rozmytą, być może nawet trochę niedostępną.

Krok po kroku, opowieść o życiu - również prywatnym - Szelburg, odkrywa przed odbiorcami wizerunek kobiety utalentowanej i pracowitej. Zakochanej w drugim mężu, milczącej na temat czasów pierwszego, krótko trwającego małżeństwa. Żmudna analiza postaci wielkiej nieobecnej byłaby niemożliwa bez uwzględnienia jej twórczości. Bo to właśnie wykreowani przez nią bohaterowie mówią o pisarce więcej, niż zdjęcia, historie znajomych czy jej prywatna korespondencja. Są jednością, zupełnie jakby Irena Szelburg oddawała każdej swej książce cząstkę siebie.

To już druga przeczytana przeze mnie ostatnio historia o kobiecie niesłusznie zapomnianej przez współczesne pokolenia. Dzięki tej niecodziennej biografii postać Szelburg na powrót staje się żywa, nabiera kolorów; legenda wraca na swe należyte miejsce w pamięci ludzkiej. Stanowiące drugą część publikacji fragmenty powieści pisarki to kolejne warstwy, w które Anna Marchewka ubiera postać zupełnie pomijaną przez dzisiejszych czytelników. "Ślady nieobecności" to ciekawa choć - co sugeruje nawet tytuł - niepełna biografia, która urywa się nagle, zupełnie jak nasza wiedza o Irenie Szelburg. 

Ocena: 6/10

Wydawca: DodoEditor
Premiera: 16.08.15
Strony: 352

niedziela, 2 sierpnia 2015

Lipcowe podsumowanie książkowe

Lato w pełni i wygląda na to, że czytanie również. Tak dobrego czytelniczo czasu nie miałam już dawno. A poza tym działo się dużo dobrego, nie tylko na książkowym stosiku, który w lipcu wyglądał tak (oczywiście zapomniałam o Tutuoli..):


1. Magdalena Kicińska - Pani Stefa (272)
2. Weronika Murek - Uprawa roślin południowych metodą Miczurina (144)
3. Aleksandra Łojek - Belfast. 99 ścian pokoju (184)
4. Małgorzata Sobczak - Mali, Boli i Królowa Mrozu (46)
5. Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt (320)
6. Kamil Janicki - Epoka hipokryzji (480)
7. Amos Tutuola - Smakosz wina palmowego (144)
8. Anna Marchewka - Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (352)

Razem: 1942 strony

Udało mi się w jednym miesiącu przeczytać dwie zupełnie różne biografie rekonstruujące losy kobiet nieco dziś zapomnianych i pomijanych przez historię; o Stefanii Wilczyńskiej świetnie opowiedziała Magdalena Kicińska, daleko w tyle zostawiając książkę Anny Marchewki. Odwiedziłam też naprawdę dziwne miasto, jakim jest Belfast - i to właśnie reportaż Aleksandry Łojek najbardziej ze wszystkich przeczytanych ostatnio tytułów mnie zachwycił. A od literatury faktu skutecznie odwiodły mnie szalone opowiadania genialnej debiutantki Weroniki Murek, które musiałam natychmiast doprawić magiczną książką Tutuoli.

Gdyby nie książki, które popchnęły mnie w stronę blogowania, nie doszłoby do skutku kolejne spotkanie. Dziesiątego lipca razem z Natalią z Książką po łapkach byłyśmy na wieczorze autorskim z Magdaleną Kicińską i Weroniką Murek. Okazało się, że autorka "Pani Stefy" już szykuje kolejną niezwykle ciekawie zapowiadającą się publikację - tym razem o losach powojennych sierot. Następnego dnia dołączyła do nas Natalia z Kroniki kota nakręcacza i cały dzień spędziłyśmy na wspólnych plotach i grzebaniu za książkami w antykwariatach. Oby więcej takich spotkań i równie udanych miesięcy!