czwartek, 30 lipca 2015

Amos Tutuola "Smakosz wina palmowego"

Afryka, Czarny Ląd - ten kawałek świata nierozerwalnie kojarzy nam się z legendami, egzotyczną, zupełnie odmienną od naszej kulturą. Ten kontynent jest na mojej liście miejsc, które kiedyś chciałabym przemierzyć wzdłuż i wszerz. Póki co muszą jednak wystarczyć mi podróże literackie, nie mniej kształcące od tych tradycyjnych.


Amos Tutuola, jeden z najważniejszych pisarzy afrykańskich, dzięki "Smakoszowi wina palmowego" stał się ambasadorem kultury nigeryjskiej na całym świecie. Choć w Polsce jest raczej mało znany, jego twórczość zachwyciła miliony czytelników na całym świecie. Pod wrażeniem pióra Nigeryjczyka był sam T.S. Eliot. Lepszej rekomendacji nie potrzeba. Ale jeśli ktoś ciągle waha się nad tą książką, to proszę o uwagę - będę chwalić.

Tytułowy Smakosz to bohater idealny; jest mądry, ale nie przemądrzały, jest sprytny, ale nie na tyle, by uniknąć licznych przygód. Opętany misją odnalezienia swego zmarłego winiarza przemierza światy i zaświaty, spotyka ludzi, zwierzęta, duchy, demony i bogów. W tej pełnej zaskakujących wydarzeń opowieści rozmywa się i upłynnia granica między żywymi a martwymi, między życiem a śmiercią, między móc a nie móc.

Tutuola czerpał w swej twórczości pełnymi garściami z barwnego folkloru plemienia Jorubów, z którego pochodził. Wyróżniające się w powieści szczególny styl i język, przywodzą na myśl przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści o legendarnych bohaterach, dobrych i złych duchach. Szczypta magii sprawia, że cokolwiek może się zdarzyć, wydarzy się na pewno. Paradoksalnie nie cel podróży, a droga do niego prowadząca, staje się najważniejszym elementem tej historii.

Jeśli zaintrygowała Was książka Weroniki Murek "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", musicie spróbować magicznego realizmu w wydaniu afrykańskim. To zupełnie inna propozycja, ale równie zaskakująca, a do tego napisana niemal siedemdziesiąt lat temu. Niewiarygodnie bogata wyobraźnia Amosa Tutuoli wykreowała świat, z którym nie sposób się rozstać.

Ocena: 8/10

Wydawca: Faber & Faber (w Polsce - Iskry)
Premiera: 3.07.14; 1952 (wydanie I)
Strony: 144

poniedziałek, 27 lipca 2015

Kamil Janicki "Epoka hipokryzji"

Wielu ludzi historia zwyczajnie nie interesuje; utarło się już stwierdzenie, że ta uczona w szkole jest nudna. Z lekcji z trudem wynieśliśmy daty wojen, mało kiedy pamiętamy kto, komu, co i kiedy zrobił, w którym wieku jaki król panował i co zrobił dla narodu. Nikt natomiast nie zaprzeczy stwierdzeniu, że nauczyciele nie wspominali o tym, o czym pisze Kamil Janicki w alternatywnym podręczniku historii przedwojennej.


"Epoka hipokryzji" to naprawdę dokładnie przygotowana publikacja, pełna faktów popartych licznymi źródłami. Dużą część książki stanowią cytaty, które uwiarygodniają to, w co nie chce się wręcz wierzyć. Bo szokuje nie tyle fakt istnienia sfery intymnej pokoleń przedwojennych, a raczej sposób mówienia o niektórych kwestiach związanych z ludzką seksualnością. Część poglądów określilibyśmy dziś mianem średniowiecznych, inne z kolei wyprzedzają naszą, mimo wszystko dość pruderyjną kulturę.

W książce znaleźć można właściwie każdy temat, który ma jakikolwiek związek z seksem. Janicki nie boi się pisać o rzeczach, które wywołują rumieniec na twarzach wielu osób.  Odważnie nurkuje w świat pierwszych wibratorów i onanistów, opisuje zwyczaje seksualne, rozpisuje się na temat podejścia naszych przodków do zdrad małżeńskich. Ukazuje świat i poglądy ówczesnych naukowców, lekarzy i szarlatanów analizujących różnice między kobietami a mężczyznami w kwestiach potrzeb seksualnych. 

Autor pisze o temacie nadzwyczaj ciekawym i modnym (biorąc pod uwagę ogromną i wciąż rosnącą popularność literatury erotycznej), jednak moje wyobrażenia o tej książce były nieco inne. "Epoka hipokryzji" okazała się tytułem, z którego gęsto napakowana treść wylewa się niemal z każdej strony. Nie jest to zdecydowanie jednodniowa lektura, a i zawahałabym się nad stwierdzeniem, że można ją pochłonąć w kilka dni. Przeczytanie jej zajęło mi sporo czasu - po każdej części serwowałam sobie długi i zasłużony odpoczynek potrzebny do strawienia bogatej treści.

Cała seria Ciekawostki Historyczne przyciąga czytelników nietuzinkowymi tematami. Być może ja poległam trochę na lekturze książki Janickiego, bo nie przywykłam jeszcze do jego stylu. Temat mimo wszystko uważam za świetny, ale nadal sądzę, że literatura historyczna w takim wydaniu powinna być oddana w ręce czytelnika w zdecydowanie lżejszej formie. Tymczasem ja czułam się trochę tak, jakbym wróciła do czytania szkolnego podręcznika, co czasem okazywało się nieco męczące.

Mimo wszystko nie będę Wam odradzała tej książki. Warto zajrzeć do niej chociażby po to, by skonfrontować swoją wiedzę o poglądach na erotykę ludzi żyjących w tamtych czasach. Czytając o tamtym odległym dla nas świecie, nie raz stwierdzicie zapewne, że nasze prababki wcale nie grzeszyły niewinnością, a  z kolei pradziadkom zdecydowanie daleko było do prawdziwych dżentelmenów.

Ocena: 6/10

Wydawca: Znak Horyzont
Premiera: 13.05.15
Strony: 480

sobota, 25 lipca 2015

Jonathan Safran Foer "Zjadanie zwierząt"

Nie spodziewałam się zupełnie, że po lekturze "Jeść przyzwoicie" Karen Duve coś jeszcze będzie w stanie mnie zaskoczyć, czy nawet zszokować. Tak było, dopóki nie otworzyłam "Zjadania zwierząt", które całkowicie mnie... zjadło.

Te dwa z pozoru podobne tematycznie tytuły okazały się zupełnie różne. O ile książka Niemki opierała się na analizie autoeksperymentu żywieniowego, o tyle Foer skupia się głównie na etyce i moralności w odniesieniu do świetnie rozwiniętego przemysłu mięsnego. Zagląda w każdy kąt i zaułek, nawet najciemniejszy. Pisze o hodowcach i ich hodowlach, biorąc pod lupę każdy krok produkcji tak chętnie kupowanego przez nas białka zwierzęcego.



W książce autor stosuje podział na ryby, ptaki, świnie i krowy i po kolei opisuje warunki w hodowlach przemysłowych. Osobny rozdział poświęcony jest rzeźniom; tu naświetlone zostają liczne nadużycia i okrucieństwa względem zwierząt w ostatnich chwilach ich pełnego bólu życia. Bo przeznaczone na pokarm ludzki stworzenia dotykają za życia liczne niepełnosprawności spowodowane taką, a nie inną metodą chowu. W publikacji znalazło się też miejsce na długi spis grożących ludziom chorób odzwierzęcych. Tu robi się strasznie, ale przecież nie jest wcale tak, że żyjemy w nieświadomości. Wolimy ignorować fakty, których Foer nie chce przemilczeć.

Dla równowagi pisarz przytacza również parę pozytywnych przykładów zza oceanu, dając głos tym, którzy starają się walczyć z chorymi metodami korporacji rządzących rynkiem mięsnym w Ameryce. Smutna prawda jest jednak taka, że trudno walczyć z czymś, co ma poparcie w prawie stanowym. Na paru stronach pojawiają się cytaty aktywistów walczących o prawa zwierząt - ile prawdy jest w ich sloganach? Czy i tu nie kryje się jakiś ukryty cel? Wreszcie ciekawie wplecione między hodowlane realia statystyki dotyczące smakoszy mięsa w porównaniu do wegetarian, spójnie łączą temat zwierząt i ludzi.

Do wegetarian zaliczyć można m.in. tak różnych ludzi jak Tołstoj, Ghandi, Hitler czy syn Martina Luthera Kinga, Dexter Scott King; jest nim też autor książki, Amerykanin o żydowskim pochodzeniu. Mimo to "Zjadanie zwierząt" trudno nazwać podręcznikiem wzorowego jarosza. Lektura ta to po prostu lekcja etyki dla człowieka współczesnego, leniwego, nieświadomego hipokryty. Dla smaku (!) paskudnej jakości mięsnego ochłapu z maltretowanego i schorowanego zwierzęcia ludzkość jest w stanie przymknąć oczy na przemoc, która już w odniesieniu do ludzi byłaby czymś szokującym i niedopuszczalnym w naszych czasach.

Ocena: 8/10

Wydawca: Krytyka Polityczna
Premiera: 19.06.13
Strony: 320

środa, 22 lipca 2015

Książkowe premiery sierpnia

Jeszcze nawet nie ukazały się wszystkie książki, na które czekam w tym miesiącu, ale nie mogłam powstrzymać się przed stworzeniem kolejnej wakacyjnej listy życzeń. W trakcie poszukiwań okazało się jednak, że moja sierpniowa rozpiska skończyła się, zanim zdążyłam na dobre się rozkręcić. Oto trzy tytuły, na które czekam:


Swietłana Aleksijewicz "Cynkowi chłopcy"
Czarne, 5 sierpnia

W końcu ukazuje się książka, której dotąd brakowało na naszym rynku. Temat rosyjskiej wojny z Afganistanem to materiał, który pozwoli po raz kolejny zabłysnąć talentowi reporterskiemu Aleksijewicz. Jestem pewna, że nie zawiodę się i tym razem.


David Ritz, "Respect. "Życie Arethy Franklin"
Czarne, 26 sierpnia

Zastanawiałam się, jaki temat tym razem dołączy do serii Amerykańskiej i uważam, że ten wybór był niezwykle trafny. Wielka postać sceny muzycznej, legenda za życia. Książka o Franklin idealnie pasuje do wydanych już pozycji traktujących m.in. o znakomitych pisarzach i muzykach. Muszę ją mieć.


Luise Vindahl, David Frenkiel "The Green Kitchen. Zielono i zdrowo"
Buchmann, 26 sierpnia

Do stuprocentowej wegetarianki ciągle mi daleko, jednak nieporównywalnie większą miłością darzę warzywa i owoce. Mięso mogłoby dla mnie nie istnieć, a kuchenne eksperymenty z nowymi smakami to coś, czego nie mogę sobie odmówić. Zapowiada się pysznie, sam widok okładki sprawia, że robię się głodna. 


Czy wasze listy na przyszły miesiąc są równie skromne? Czy tak samo jak ja, przygotowujecie się na wysyp jesiennych premier?

poniedziałek, 20 lipca 2015

Małgorzata Sobczak "Mali, Boli i Królowa Mrozu"

Zdarza mi się czasem zapominać, jak fajne są książki dla dzieci. A przecież wiek nie ogranicza wyobraźni, nie sprawia, że możemy czytać tylko poważną literaturę, nie przeszkadza wcale w krótkich powrotach do dzieciństwa. Ostatnio za sprawą baśni o miłości i radzeniu sobie ze stratą przeniosłam się do magicznej wersji naszej normalnej, szarej rzeczywistości. Odświeżone i dopasowane do dzisiejszych czasów treści znane z klasycznych historii zyskują drugie dno, każdy punkt widzenia sprzyja innej interpretacji. 


Nie od wczoraj wiadomo, że najlepszym sposobem na przedstawienie małemu człowiekowi świata we wszystkich jego odcieniach jest literatura dziecięca. Powstają bajki promujące dobre wartości i prawidłowe zachowania, których autorzy podejmują się trudnego zadania przekazania w rozsądny sposób kwestii, nad którymi głowią się rodzice. I tak powstają książki o ekologii, dbaniu o porządek, radzeniu sobie ze śmiercią czy tolerancji dla odmienności. Mimo to niezmienną popularnością cieszy się klasyka, czyli opowieści o kruchych ludzkich uczuciach. 

Małgorzata Sobczak napisała baśń luźno opartą na znanych z "Królowej Śniegu" Andersena, której główne postaci, Mali i Boli, żyją w swym niemal rajskim gniazdku, otoczone wzajemną miłością i szacunkiem. Silne i z pozoru stabilne więzi wystawione zostają na próbę, gdy w idylliczną opowieść o partnerstwie i miłości wkrada się zła i egoistyczna Królowa Mrozu. Dla tej podstępnej kobiety nie ma rzeczy niemożliwej, z dziwną pasją zaraża napotkanych na swojej drodze ludzi chłodem płynącym z wyśpiewywanych prosto ze skostniałego serca pieśni.

Streszczenie całej książki nie miałoby sensu, bo bez towarzyszącej czytaniu interpretacji ta historia może wydawać się taka, jak wszystkie inne. Nie chcę też pozbawiać przyszłych czytelników przyjemności z lektury, która z każdą stroną okazuje się większą niespodzianką. Bohaterowie tej krótkiej, lecz pełnej treści historii, podobni są do każdego z nas, nie są jednoznacznie źli lub dobrzy - i tym różnią się od typowych bajkowych postaci. Również zakończenie bliższe jest naszym realiom, co jednak wcale nie odbiera mu uroku, którego na pewno dodaje tej baśni wszechobecna magia. 


Sama historia mogłaby świetnie uzupełnić znaną i lubianą przez dzieci klasykę, a motywy z niej zaczerpnięte sprawią, że czytelnicy - również dorośli - zakochają się w tej opowieści od pierwszej strony. Ta niekonwencjonalną opowieść o tradycyjnych wartościach i uniwersalnych uczuciach trafi do każdego, kto otworzy na nią umysł. Na uwagę zasługuje ponadto oprawa graficzna - baśń Małgorzaty Sobczak została wspaniale zilustrowana przez Paulinę Kozicką, studentkę Akademii Sztuk Pięknych. Kiedy książkę zarówno przyjemnie się czyta, jak i ogląda, nie pozostaje nic, jak tylko zachęcać innych do częstszego sięgania po podobne publikacje.

Ocena: 8/10

Wydawca: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Premiera: 18.06.2015
Strony: 46

czwartek, 16 lipca 2015

Aleksandra Łojek "Belfast. 99 ścian pokoju"

Jeżeli czytaliście "Angoli" Ewy Winnickiej, to z pewnością pamiętacie Olę z Belfastu, która opowiadała o swoim życiu w Irlandii Północnej. Niecały rok później już jako Aleksandra Łojek wydała reportaż, który rozwija wiele istotnych kwestii opisanych w tamtym krótkim, ale jakże ciekawym rozdziale. Jestem pod ogromnym wrażeniem również tej publikacji.


W Belfaście niemal sto tzw. ścian pokoju ma za zadanie studzić zapał oddanych sprawie Brytyjczyków i Irlandczyków. Ci pierwsi to zwykle potomkowie Szkotów lub Anglików, protestanci, lojaliści i unioniści, oddani Królowej i opowiadający się za przynależnością do Zjednoczonego Królestwa. Ci drudzy to najczęściej katolicy i republikanie, walczący o przyłączenie kraju do Republiki Irlandii i niezależność od znienawidzonych Anglików. Z wyglądu niczym się nie różnią; jedynym, co ich łączy, jest wzajemna niechęć, a w skrajnych przypadkach, o których pisze Łojek - nienawiść. Choć znane całemu światu Kłopoty to już przeszłość, czasy pokoju wcale nie są prostsze. Ludzie wciąż giną, bo podziały trwają w najlepsze.

Rytuał dnia policjanta jest zawsze ten sam (...) przed wyjściem do pracy zawsze zagląda pod auto - czy nie ma tam materiału wybuchowego. s. 81

Gdy czytelnik zagłębia się w świat miasta podzielonego i fizycznie i poglądowo, odkrywa wiele zaskakujących faktów na temat mechanizmów rządzących jego mieszkańcami. Na przykład: kryminaliści i uznawani za terrorystów członkowie organizacji paramilitarnych, wyszli z więzień na mocy porozumienia wielkopiątkowego oficjalnie kończącego konflikt północnoirlandzki. Dziś cieszą się życiem na wolności, zamiatając pod dywan prawdę o swej przeszłości; część z nich jest czołowymi politykami, inni piszą swoje biografie lub występują w filmach. Ale są i tacy, którzy za złe uczynki sprzed lat pragną odpokutować w inny sposób. Pomagają niepokornej młodzieży, wyciągają pomocną dłoń do zbłąkanych równolatków - to im najtrudniej jest odnaleźć się w innej rzeczywistości.

Może gdyby lata temu zaproszono do mojego domu kultury katolików, gdybym mógł wysłuchać, co lubią robić, co lubią jeść, może wtedy nie byłoby we mnie takiej nienawiści? s.53

Aleksandra Łojek pisze przede wszystkim o tych, którzy po Kłopotach wciąż nie potrafią się pozbierać. Z problemami, uzależnieniami, nieciekawą przeszłością, ciągotami do złego, zepchnięci są na margines. Starają się jak mogą, by zmienić życie swoje i innych. Rozmawia zarówno z przedstawicielami lojalistów, jak i republikanów. Nie dzieli ich na złych i dobrych, nie faworyzuje nikogo, ale też nie potępia żadnej ze stron; oddaje im głos po równo. Są więc opowieści mediatorów, paramilitarnych, taksówkarzy i policjantów. A wszyscy oni święcie wierzą, że mają rację, że słusznie walczą z drugą stroną, lub - w przypadku tych ostatnich - starają się nikomu zanadto nie podpaść.

- Jesteś z telewizji? - pyta ośmiolatek, który taszczy potężny kamień. Idzie na zamieszki. (...)
- Nie, piszę książkę o Irlandii Północnej.
- O, super. Napisz, że nazywam się Jimmy McCornick i że idę rzucać kamieniami w policję, a potem w te śmiecie, pieprzonych protestantów - chwali się z dumą.
s. 59

"Belfast" dokumentuje głownie czasy współczesne, choć nie brakuje tam ciekawych historii z przeszłości. Dzięki temu osoby mniej zorientowane w temacie mogą nadrobić braki w wiedzy; całość nie sprawia jednak wrażenia przytłaczającego ilością faktów szkolnego podręcznika. Jest wręcz odwrotnie - wplatane w rozmowy z ofiarami i oprawcami z czasów Kłopotów rozdziały dotyczące m.in. brutalnych Rzeźników z Shankill, tworzą spójną i przyjemną (!) w odbiorze całość. Brzmi to dziwnie, ale tak jest - Aleksandrze Łojek w niezwykły sposób udało się połączyć lekkość stylu z ciężkością tematu. Powstał reportaż idealny, porywający czytelnika, przejmujący i prawdziwy, a do tego na wysokim poziomie.


Ocena: 10/10
Wydawca: Czarne
Premiera: 1.07.15
Strony: 184

poniedziałek, 13 lipca 2015

Weronika Murek "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina"

Dziś opowiem trochę o mojej nowej ulubionej o kaczce dziwaczce i do tego debiutantce. Będzie krótko, abstrakcyjnie i zgodnie z treścią omawianej lektury. Mocno przytwierdzonych do rzeczywistości proszę o zrozumienie dla pokrętnego świata marzycieli.


Naprawdę chciałam napisać normalną recenzję, taką od A do Z, od krótkiego streszczenia do subiektywnej opinii, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafię się do tego zebrać. Nie wypada również przemilczeć tak ciekawą książkę. W mojej głowie, już na samą myśl o tym niewielkim objętościowo zbiorze opowiadań, kłębi się i kotłuje od porównań, określeń i podsumowań.

Zupełnie niezapowiadający tego, co czyha na czytelnika w środku tytuł sprawił, że po tę książkę sięgałam z lękiem. Jednak obawa o to, że zaraz zza okładki wyskoczy nudna rozprawa botaniczna, rozproszyła się na widok kompletnie abstrakcyjnej okładki. Jej związek z tytułem czy treścią również wydaje się zupełnie przypadkowy. Ale przypadki zwykle mają to do siebie, że są celowe, niczym wyjątki potwierdzające regułę.

Nierealna rzeczywistość pełna zwykłych dziwolągów - tak właśnie mogłabym streścić każde z opowiadań Weroniki Murek. Choć to otwierające zbiór i jednocześnie najdłuższe jest moim ulubieńcem, to jednak cała reszta krótkich historyjek bez ładu i składu da się polubić. Kto nie pokocha nerwowo chorych i ich marchewki gryzionej a'la gra na harmonijce, żywej-nieżywej Marii, chłopca z mięsa czy polskiego kosmonauty na falach radiowych?

"Uprawa roślin południowych.." to przede wszystkim niedorzeczne sytuacje, w których nieprawdopodobne postaci wygłaszają swe absurdalne opinie o świecie; całość zamknięta oczywiście w nieszablonowej formie półpłynnej. Wszystko umyka tu czym prędzej przed jakimikolwiek ramami i ograniczeniami. Nie ma jednej etykietki, którą można przykleić do miczurinowych historii. A i dziesięć nie wystarczy, by w pełni opisać, co czeka czytelnika, który odważy się zajrzeć do świata wykreowanego przez autorkę. W głowie się nie mieści - niech te słowa służą za rekomendację.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 12.02.15
Strony: 144

piątek, 10 lipca 2015

Magdalena Kicińska "Pani Stefa"

Kto nie zna Janusza Korczaka, lekarza, pedagoga, pisarza i społecznika? A kto kojarzy Stefanię Wilczyńską, jego bliską współpracownicę? No właśnie. Ja też nie bardzo wiedziałam cokolwiek o tej kobiecie, a jak się okazuje, była wspaniałym człowiekiem, który nie zasługuje na wieczne zapomnienie.


Mało zachowało się śladów życia Stefy. Gdyby nie mgliste wspomnienia żyjących jeszcze wychowanków i garstka zdjęć, parę dokumentów czy zachowane listy, dziś nikt nie wiedziałby, że Janusz Korczak był jednym z dwóch kierowników Domu Sierot w Warszawie. Jak pisze autorka, więcej jest niewiadomych; potwierdzone informacje to jedynie kropla w morzu mnożących się pytań i niedopowiedzeń.

Choć z czasem dało się jej we znaki wypalenie zawodowe i drogi Wilczyńskiej i Domu Sierot zaczęły się rozchodzić, życie postanowiło związać ją na zawsze z pracą. Ale to wiemy z historii. Znamy tragiczne zakończenie. Co było pomiędzy - to właśnie najbardziej zaciekawiło Magdalenę Kicińską i sprawiło, że ruszyła w świat, by szukać wszelkich pozostałych jeszcze na świecie śladów Stefy.

Stefania Wilczyńska pojawiająca się w książce to kobieta z krwi i kości, nie jakaś odrealniona bohaterka, o której mówi się w samych superlatywach. Miała swoje wady i zalety, była wspaniałym pedagogiem, ale była również tylko człowiekiem. Myliła się, czym czasem krzywdziła dzieci, nie wszystkie jednakowo lubiła, ale była też niezastąpiona. Jak mama.

Trudno jest stworzyć porządny kawałek reportażu z naprawdę niewielu informacji. Dzięki wspomnieniom i korespondencji pomiędzy Stefą i m.in. jej wychowanką i wieloletnią przyjaciółką, Fejgą Lifszyc, autorce udało się choć częściowo odrestaurować pokruszony i niekompletny wizerunek Wilczyńskiej. Zanim ostatni pamiętający ją odejdą, a wraz z nimi znikną dowody na istnienie Pani Stefy.

Kiedy patrzę na tę książkę, na myśl przychodzi mi inna podobna publikacja, czyli "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa". Te same czasy, splątane losy dorosłych i dzieci z wojenną zawieruchą w tle, domy sierot. Trudna sztuka ułożenia w całość historii, w której brakuje wielu elementów. Tak samo "Pani Stefa", to trudna, ale niezwykle wartościowa lektura.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 26.05.15
Strony: 272

środa, 8 lipca 2015

Marian Izaguirre "Tamte cudowne lata"

Podobają mi się takie książki-niespodzianki jak ta. Lubię, kiedy moje przypuszczenia się nie sprawdzają i wbrew oczekiwaniom zakochuję się w historii, do której podchodzę z wielką ostrożnością. Czym Marian Izaguirre podbiła moje czytelnicze serce?


Główną bohaterką powieści jest tajemnicza starsza kobieta imieniem Alice, która niepostrzeżenie zakrada się w spokojne i skromne życie Loli i Matíasa. Właściciele podupadającego antykwariatu nawiązują z kobietą bliską relację, która odmieni życie całej trójki. Tu właściwie można zakończyć skrót treści. Po prostu trzeba tę książkę samemu przeczytać, by nie popsuć sobie niespodzianki. Dlatego bez zbytniego zagłębiania się w fabułę, pozwolę sobie krótko opisać wszystko, co najlepsze "Tamtych cudownych latach".

Na pierwszy plan wysuwa się tak lubiana przeze mnie w literaturze pięknej kompozycja ramowa. Spójnie łączy historię z przeszłości zawartą w opowieści o teraźniejszości. Książka w książce to motyw, który pokochałam dzięki twórczości Jeanette Winterson. Izaguirre świetnie dała sobie radę z taką konstrukcją i sprawiła, że już od pierwszych stron trudno było oderwać się od tej historii.

Tajemnica - nie byle jaka i na pewno nie tandetna, sensacyjno-obyczajówkowa. Dzięki solidnie zawiązanej akcji, obydwa wątki zdają się tak samo ważne i potrzebne. Choć zdecydowanie ciekawszy wydał mi się ten związany z zagadkową postacią Rose Tomlin, to i drugi z biegiem czasu zdołał mnie do siebie przekonać.

Narracja. Opowieść toczy się przede wszystkim dzięki Alice, ale pojawia się także osoba trzecia, która relacjonuje czytelnikowi wydarzenia z życia Loli i jej męża. Dzięki temu zabiegowi czytelnik szybko przywiązuje się do wszystkich pierwszoplanowych bohaterów i lepiej ich poznaje. Szczególnie życie księgarzy oglądane z kilku perspektyw, zwyczajniejsze od dziwnych losów dziewczyny o włosach jak len, nabiera nowych barw i okazuje się na swój sposób fascynujące.

Zakończenie. Proste, piękne, klasyczne rozwiązanie wątków. Zwyczajnie wzruszające. Czego chcieć więcej od dobrej wakacyjnej lektury? Polecam wszystkim tym, którzy szukają czegoś ambitniejszego, ale ciągle lekkiego. Nie rozczarujecie się.

Ocena: 8/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 21.08.14
Strony: 408

poniedziałek, 6 lipca 2015

Czerwcowe podsumowanie książkowe

Upalne lato w pełni. Im cieplej, tym ciężej skupić się na nawet najciekawszej książce. Ja jednak na moje wakacje będę musiała jeszcze trochę poczekać. Pozostaje mi czytanie w drodze do pracy i przed spaniem. Znalazłam też czas na czytelnicze zakupy, odwiedziłam Warszawę i wcale nie planuję zwolnić tempa w lipcu. Czas na statystyki i czerwcowy stos papierowych czytanek. 



1. Sofi Oksanen - Gdy zniknęły gołębie (368)
2. Zadie Smith - Lost and Found. Opowiadania (160)
3. Lidia Ostałowska - Bolało jeszcze bardziej (192)
4. Sylwia Szwed - Mundra (304)
5. Marian Izaguirre - Tamte cudowne lata (408)

Razem: 1432 strony

Pięć strasznie wolno czytanych tytułów. Literatura piękna tym razem nieco mniej z boku w stosunku do królującego zwykle reportażu. Trudno wybrać najciekawszą pozycję, każda była na swój sposób wyjątkowa. Brak rozczarowań treścią cieszy.

Mało kiedy piszę o swoich zakupach, bo wolę skupić się bardziej ogólnie na comiesięcznych premierach. Tym razem nie mogłam odmówić sobie zdjęcia stosu, jaki wrócił ze mną z Warszawy po Big Book Festivalu. Jedynie Sofi Oksanen towarzyszyła mi również w drodze do stolicy, pozostałe tytuły kupiłam na miejscu; wszystkie z podpisami autorów dumnie prezentują się już na półkach.

O samym festiwalu wiele osób już pisało, a po takim czasie dokładanie swoich pięciu groszy jest chyba zbędne. Żałuję tylko cenowego zdzierstwa na stoiskach - dziesięciopocentowy rabat nie jest żadną atrakcją na tego typu imprezach. Poza tym było świetnie, co potwierdzi pewnie Natalia z Kroniki Kota Nakręcacza, która w tamten weekend była moim przewodnikiem i (kocią :) ) mamą.



W lipcu planuję trochę odpocząć od czytania dla przyjemności, więc nie spodziewajcie się mnie zbyt często na blogu. Będę leniwa tylko blogowo, zamierzam intensywnie pracować i planować. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Póki co plan na najbliższy weekend zakłada spotkania autorskie z Weroniką Murek i Magdaleną Kicińską, której "Pani Stefę" właśnie kończę. Od tego paplania o niczym zaraz spoci mi się klawiatura. Lepiej pójdę poczytać i Wam radzę zrobić to samo.