niedziela, 28 czerwca 2015

Sylwia Szwed "Mundra"

Nigdy nie sądziłam, że zainteresuje mnie temat położnictwa. Literatura poświęcona medycynie średnio do mnie przemawia i tym bardziej zdziwiłam się, kiedy wpadł mi do głowy pomysł przeczytania o pracy położnych. Zaskoczyłam samą siebie nawet tym, że nie mogłam się oderwać od czytnika. 


Mundra, czyli mądra - to jedno z wielu określeń stosowanych do kobiet, które pomagały ciężarnym przejść przez poród. I nie jest to przypadkowo wybrany termin; położna to kobieta, która w małej miejscowości niejednokrotnie zastępowała lekarza. Wiedziała wiele o rodzeniu, sprawowaniu opieki nad nowo-narodzonym członkiem rodziny i przede wszystkim - uczyła młode kobiety roli matki. Bez skrępowania charakterystycznego dla ubiegłych stuleci potrafiła nawiązać z rodzącą niezwykle intymną relację. Pomagała, wspierała, radziła, miała potrzebne doświadczenie i niezbędną wiedzę.

Dziś położne to kobiety wykształcone tak fachowo, jak lekarze. Nie są to już te same mundre, co kiedyś, choć dla ignorantów nie różnią się niczym od pielęgniarki, a nawet salowej. Czasem sami lekarze zapominają o tym, że w kwestii odbierania porodów położne są ekspertkami. Rozmówczyniom Sylwii Szwed brakuje powszechnego szacunku i uznania. Ich zawód szczególnie w Polsce traktuje się jako coś gorszego. Zupełnie niepotrzebnie. Położne-bohaterki "Mundrej" to osoby solidnie wykształcone i doświadczone - pracowały m. in. w Skandynawii czy w Afryce, mają porównanie z innymi kulturami rodzenia i w ciekawy sposób przedstawiają te różnice.

Z książki czytelnik dowiaduje się, że środowisko położnych nie jest homogeniczne. Kobiety mają różne poglądy na tematy uważane za drażliwe: porody domowe czy zakres ingerencji w ciało rodzącej. Najstarsze położne, z którymi rozmawia autorka mają dziś ponad dziewięćdziesiąt lat, nie oznacza to wcale, że mają przestarzałe poglądy. Wspólnie z reporterką poruszają tematy religijności, śmierci, badań prenatalnych i aborcji. W rozmowach przewijają się genetyka, embriologia i oczywiście endokrynologia. Bo poród wiąże się z wybuchem różnych hormonów i reakcji chemicznych w ciele rodzącej, które wpływają jednocześnie na przychodzące na świat dziecko. Tak właśnie położne przekonują do porodów naturalnych. Nie znaczy to jednak, że piętnowane są cesarki na życzenie.

Dobre mundre, które czytelnik poznaje podczas lektury łączy zamiłowanie do wykonywanego zawodu, ogromne zaangażowanie w pracę, siła i pewność siebie, dzięki którym są w stanie poradzić sobie z nawet najbardziej spanikowaną przyszłą mamą. Opowiadają o trudach nauki, tajnikach zawodu, ciekawych lub niebezpiecznych sytuacjach związanych z porodem i okazjonalnych nieprzyjemnościach. Dzielą się wspomnieniami z pracy w nieistniejących już izbach porodowych i szpitalach, chwalą się statystykami, opowiadając o dzieciach, które przyjęły na świat. Mówią, naturalnie, również o cieniach tej pracy - wymaganiu ciągłej dyspozycyjności, niskich wynagrodzeniach i braku prestiżu zawodowego. 

Choć zawód zmienia się równie dynamicznie co cała medycyna, na pierwszym miejscu zawsze będzie rodząca i jej dziecko. Ciekawym zamknięciem tego tytułu jest ostatnia rozmowa - wypowiada się była embriolog, która postanowiła przekwalifikować się i dołączyć do szeregów położnych. Naprawdę warto poświęcić trochę czasu tej książce i poznać jeden z najbardziej niedocenianych zawodów w Polsce.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 15.04.14 
Strony: 304

środa, 24 czerwca 2015

Książkowe premiery lipca

Wydawałoby się, że latem wszyscy bez wyjątku oddają się błogiemu leniuchowaniu, a wydawcy ładują akumulatory przed szalonym rajdem z licznymi wrześniowymi premierami. Przejrzałam strony paru wydawnictw i okazało się, że niezupełnie. Nawet podczas urlopów czytelnicy nie będą mogli narzekać na brak nowości. Choć tematy wydawanych w lipcu książek będą mało wakacyjne i rozrywkowe, to jednak warto będzie wrócić do rzeczywistości z takimi wydawnictwami.


Aleksandra Łojek "Belfast. 99 ścian pokoju"
Czarne, 1 lipca

Konflikt w Irlandii Północnej w teorii przeszedł już do historii, jednak w czasach pokoju na ulicach Belfastu wciąż widoczne są dawne podziały. A pisze o nich Polka, która od paru lat mieszka na Wyspach. I więcej nie potrzeba mówić. Ta książka obowiązkowo dołączy do mojej biblioteczki, szczególnie, że Ewa Winnicka i jej wzmianki na ten temat w "Angolach" na nowo podsyciły moje zainteresowanie tą kwestią.


Bárbara Mujica "Frida"
Marginesy, 8 lipca

Mało jest tak fascynujących i jednocześnie tragicznych postaci kobiecych współczesnego malarstwa. O Fridzie przeczytam tym chętniej, że ostatnio jakiś czas temu przypomniała mi o niej Małgorzata Czyńska. Pora na tytuł, który w całości poświęcony został tej genialnej artystce. Książka ukazała się na rynku polskim już ponad dziesięć lat temu, ale dzięki okropnej okładce zupełnie przeszła mi koło nosa. Marginesy - jak zwykle - dały z siebie wszystko i wkrótce na półki księgarni trafi to cudo.


Beata Chomątowska "Pałac. Biografia intymna"
Znak, 13 lipca

PKiN obchodzi 22 lipca sześćdziesiąte urodziny. Z tej okazji dwie książki mu poświęcone - jedna ze Znaku, druga z Czarnego - oddane zostaną w ręce czytelników. Obydwie muszę zdobyć, porównać i być może dowiedzieć się czegoś nowego o tej najbardziej znanej warszawskiej budowli, z którą wiąże się spory kawałek historii naszej stolicy.


Tilar J. Mazzeo "Hotel Ritz. Życie, śmierć i zdrada w Paryżu"
Znak, 13 lipca

Ten tytuł miałam już okazję przeczytać, ale chętnie zrobię to po raz drugi. Osobliwa biografia architektoniczna i książka historyczna w jednym. Autorka pisze o ekskluzywnym paryskim hotelu przez pryzmat  losów jego stałych bywalców zagubionych w zawierusze wojennej - daje to całkiem ciekawą perspektywę i okazało się niezłym pomysłem na literaturę faktu. Teraz czekam na polski przekład.


Maryla Szymiczkowa "Tajemnica domu Helclów"
Znak Literanova, 13 lipca

Kolejny genialny duet pisarski ukrywa się pod fikcyjnym nazwiskiem. Niesamowicie ciekawi mnie, co wyjdzie z takiego połączenia. Sama historia zapowiada się niezwykle interesująco - kryminalna zagadka z dziewiętnastowiecznym Krakowem w tle. Liczę na dobrą powieść, która rozerwie mnie po tylu prawdziwych historiach.


Wiktor Krajewski, Maria Fredro-Boniecka "Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego"
W.A.B., 17 lipca

Już niedługo znów będziemy mieli okazję przeczytać o kobietach biorących czynny udział w Powstaniu Warszawskim. To właśnie na fali ogromnej popularności publikacji Anny Herbich zaczęły wypływać kolejne kobiece opowieści. Trochę się boję, co z tego wyjdzie, ale jednak żadne obawy nie wygrają z chęcią przeczytania książki o tematyce wojennej.


Monika Sznajderman, Magdalena Budzińska "Jako dowód i wyraz przyjaźni. Reportaże o Pałacu Kultury"
Czarne, 29 lipca

Okładkowo ta pozycja prezentuje się zdecydowanie lepiej niż jej wydana przez Znak konkurentka. Ciekawi mnie, jak obroni się treść. Nie mogę się doczekać aż obydwa tytuły trafią w moje ręce i będę mogła zagłębić się opowieści o czasach, których nie pamiętam.


Peter Pomerantsev "Jądro dziwności. Nowa Rosja"
Czarne, 29 lipca

Jakby mało było tych powtórnych podejść do znanych już tematów, Czarne przygotowuje premierę jeszcze jednego - miejmy nadzieję, że dobrego - reportażu o nowej Rosji. Czeka mnie spojrzenie na inny punkt widzenia, tym razem męski. Czy znów ulegnę urokowi tego dziwnego kraju? Pozostaje mi tylko przekonać się na własne oczy, choć na to będę musiała jeszcze trochę poczekać. 


A jak wyglądają Wasze listy na lato? Skupiacie się bardziej na wypoczywaniu, czy może nie macie zamiaru rozstawać się z czytaniem mimo upalnych lipcowych dni?

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Lidia Ostałowska "Bolało jeszcze bardziej"

Dzięki tegorocznej Nagrodzie im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki, każdy zapamięta nazwisko Michała Olszewskiego i jego relacje z polskich podwórek. To nie jedyny tytuł opisujący niewygodne dla Polaków kwestie na naszym rynku; jest jeszcze wydany w tym roku zbiór Pawła Piotra Reszki "Diabeł i tabliczka czekolady", oraz ostatnio czytana przeze mnie książka Lidii Ostałowskiej, nad którą zdecydowanie warto się pochylić.


Reporterka pisze o biedzie, wykluczeniu, wstydzie, bólu i upokorzeniu. Tłem dla opisywanych wydarzeń jest zarówno opuszczona polska wieś, jak i biedne dzielnice większych miast. Bohaterami poszczególnych rozdziałów najczęściej są młodzi ludzie - uczniowie, studenci, bezrobotni. Pojawiają się matki dzieci ze związków kazirodczych, dzieciobójczynie i kobiety po zabiegach przerwania ciąży. Są dzieje wojny łódzkich klubów piłkarskich, jest także historia trzech chłopaków z Katowic i spektakularnej popularności Paktofoniki. 

Choć tematy poruszane przez Ostałowską zazębiają się z tymi wyróżnionymi przez Olszewskiego, każda książka jest zupełnie wyjątkowa i traktuje o czym innym. Tu nacisk położony jest przede wszystkim na biedę i problemy społeczne. Trudno znaleźć w tych historiach przysłowiowy happy end. Tam, gdzie brakuje pracy, pieniędzy i jedzenia, gdzie jest przemoc ze strony silniejszych i niemoc ofiar próżno szukać szczęśliwych rozwiązań. Sprawiedliwość i równość jest dla wybrańców. Inni mogą obejść się smakiem, mając świadomość swojego beznadziejnego położenia.

Autorka nie ocenia, nie zmusza do przyjmowania określonego punktu widzenia. Pozostawia czytelnikowi wybór, daje możliwość własnej interpretacji, nie narzuca swojego zdania, powstrzymuje się od komentowania. Ludzie, o których pisze wzbudzają mieszane uczucia, od współczucia po brak zrozumienia, czasem nagle obojętność staje się dominującym odczuciem podczas lektury tych niełatwych w strawieniu reportaży. Nie zawsze da się zrozumieć decyzje niektórych bohaterów, a czytając ich zwierzenia, ciężko jest czasem uwierzyć, że ma się do czynienia z prawdziwym życiem. 

Przeraża mnie jedynie fakt, że w tak zastraszającym tempie pochłaniam te przejmujące relacje. Tak to już jest, że dobrze napisany reportaż wciąga czytelnika w sam środek historii, które na co dzień są mu obce. A kiedy już pozwala mu zamknąć książkę i odłożyć na półkę, nagle okazuje się, że poznani bohaterowie zamieszkali w jego głowie i nie chcą z niej wyjść. Proszą jedynie o trochę uwagi, empatii, zrozumienia. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 10.09.12
Strony: 192

czwartek, 18 czerwca 2015

Zadie Smith "Lost and Found. Opowiadania"

Nie lubię, kiedy tytuły książek pozostają nietknięte przez tłumacza. A jednak tym razem jakikolwiek przekład zepsułby cały efekt. Lost and found. Opowiadania. Zadie Smith. To brzmi tak prosto i jednocześnie najlepiej; wygląda obiecująco, zapowiada coś naprawdę ciekawego. W takim razie, co takiego niezwykłego kryje się za tą niekoniecznie piękną okładką?


Bohaterowie opowiadań Zadie Smith to ludzie na życiowym zakręcie, zmierzający do jakiegoś celu, znajdujący się gdzieś pomiędzy. Łączy ich poczucie straty i wyobcowanie. Są obnażeni emocjonalnie, bezbronni, próbują w taki lub inny sposób skleić swoje życie z pojedynczych elementów, które w odpowiedniej kombinacji stworzą spójną całość. Martha zaczyna od nowa, całkiem sama w obcym kraju. Hanwell ogląda się w tył, mając nadzieję, że przeszłość stanie się raz jeszcze jego teraźniejszością. Fatou chce dla siebie lepszego życia. 

Cała genialność tych króciutkich historii dociera do mnie powoli, jakby z opóźnieniem. Im więcej czasu upływa od momentu, gdy skończyłam czytać ten maleńki zbiór, tym bardziej podoba mi się każde z opowiadań - osobno i jako całość. Myślę, analizuję, rozbieram na części pierwsze, zaglądam wszędzie, gdzie mogę i nie wierzę, że tyle treści kryje się w tak minimalistycznej formie. Ileż talentu potrzeba, by umieć w taki sposób opisać fikcyjne postaci, by czytelnikowi wydawało się, że one gdzieś tam faktycznie wciąż żyją! A przecież Zadie zarzeka się, że nie wychodzi jej ta sztuka, że wiecznie w swoim pisaniu się rozwleka. 

Może i trudniej dostrzec piękno w opowiadaniach, ale zdecydowanie warto podjąć tę próbę, by zakochać się w twórczości Zadie akurat w takim wydaniu. Choć ciągnące się przez setki stron opowieści jakoś lepiej mi się czyta, to jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że takie zbiory są nawet lepsze od tradycyjnych powieści. Cały sekret tkwi w wywróceniu do góry nogami klasycznej struktury, wyrzuceniu większości niepotrzebnej w tym przypadku treści i skupieniu się na nieoczywistym. Może dlatego wielu czytelnikom nie przypada do gustu ten rodzaj prozy. Tytuł "Lost and Found" może zatem posłużyć jako motto mierzących się opowiadaniami; szukajcie, a znajdziecie. 


Na koniec parę słów o spotkaniu z autorką podczas Big Book Festivalu w Warszawie. Byłoby idealnie, gdyby nie nieco niefortunny pomysł organizowania go w naprawdę małym pomieszczeniu. Wiadomo, że Zadie to niezwykle lubiana i popularna pisarka, można było przewidzieć dzikie tłumy - nie na co dzień w końcu mamy okazję spotykać takie sławy. Ale poza okropną duchotą i niewygodą, było wspaniale. Cudowny brytyjski akcent sprawił, że mogłabym słuchać jej godzinami. Merytorycznie tym bardziej nie mam zastrzeżeń - właśnie takiej Zadie Smith się spodziewałam. Pięknej, inteligentnej, fascynującej i - wbrew plotkom - niezwykle czarującej i miłej. Tutaj możecie obejrzeć całe spotkanie, jeśli ominęło Was to wydarzenie.

Ocena: 7/10

Wydawca: Znak
Premiera: 1.06.15
Strony: 160

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"

Postanowiłam ożywić nieco szarobure wyobrażenie o Estonii, jakie pozostawiła w mojej głowie książka Sigrid Rausing i sięgnęłam po literaturę piękną. Wyjątkowo okazało się, że dobrze napisana fikcja potrafi dopełnić wiedzę lepiej, niż jakiekolwiek relacje i wspomnienia. Lekturę  "Gdy zniknęły gołębie" połączyłam z uczestnictwem w spotkaniu z autorką na Big Book Festival i tak właśnie to widzę:


Sofi Oksanen mówi o sobie, że jest autorką postkolonialną, a za swoją literacką bratnią duszę uznaje Chimamandę Ngozi Adichie. Po matce Estonka, po ojcu Finka, najmłodsza w historii laureatka Nagrody Finlandia. Proza historyczna to jej specjalność, a szczególnym sentymentem darzy właśnie Estonię, o której pisze w swojej najnowszej powieści. 

Dwa równoległe światy, w których toczy się emocjonująca historia zupełnie obcych sobie krewnych, to pierwsze, o czym warto wspomnieć. Poszczególne części poświęcone są początkowi lat czterdziestych albo pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Główni bohaterowie, czyli Roland i Edgar, toczą ze sobą zażartą walkę - w ogromnym skrócie - o przestrzeń życiową i wolność. Lecz dla każdego z nich dążenie do tych celów oznacza co innego. 

Obydwaj mężczyźni to postaci tak samo silne i słabe, szlachetne i przynoszące rodzinie wstyd, dobre i złe, lecz przede wszystkim - bardzo ludzkie. Na swój własny sposób usiłują poradzić sobie w trudnych czasach - najpierw w latach niemieckiego panowania w Estonii, a później w okresie powojennej radzieckiej okupacji. Jednak w pewnym momencie będą musieli podjąć decyzję ostateczną, a zawrócenie z raz obranej drogi okaże się niemożliwe. Czy kuzyni odpowiednio przystosują się do życia w czasach pokoju?

Siłą "Gdy zniknęły gołębie" jest mnogość silnych kontrastów, ale też płynność granic pomiędzy skrajnościami, brak definitywnych podziałów na dobro i zło. Najlepszy przykład, którym i tak nie zdradzę zbyt wiele z fabuły: Edgar, uznający swoją żonę za obłąkaną, sam obsesyjnie dąży do rozwiązania największej zagadki swojego życia. Świat u Oksanen bywa nie tyle niebezpieczny, co raczej nieprzyjazny i przygnębiający, ale cała historia jest tak wciągająca, że nie ma kiedy znudzić się tą szarością. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 29.04.15
Strony: 368

środa, 10 czerwca 2015

Swietłana Aleksijewicz - "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka"

Nigdy nie pasjonowały mnie książki o współczesnej historii Rosji. Dopiero od niedawna zaczęłam szukać publikacji przybliżających ten osobliwy kraj i jego długi romans z komunizmem. Nie ma lepszego sposobu na dowiedzenie się o tamtych czasach, jak z opowieści ludzi, którzy większość życia spędzili za żelazną kurtyną. 


Swietłana Aleksijewicz podczas swoich podróży po kraju spotyka się z różnymi ludźmi. Jej rozmówcami są ludzie młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, mieszczuchy i mieszkańcy prowincji. Są różnych narodowości; wypowiadają się m.in. Rosjanie, Gruzini, Białorusini, Ukraińcy. Imiona i nazwiska nie są tak ważne, jak to, co ci ludzie chcą przekazać światu: zdecydowana większość nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. 

Wszyscy byliśmy za pieriestrojką. Za Gorbaczowem. Ale nie za tym, co z tego wyszło... 
Upadł Związek Radziecki... No to teraz mamy ofiary tego rozpadu.

Rosja nie wygląda już tak okazale, jak kiedyś. Wspaniała Moskwa stanowi zaledwie kolorową fasadę, za którą kryje się prawdziwy świat. Życie bez komunizmu równa się rozczarowaniom, pretensjom i kolejnym podziałom na lepszych-bogatszych i gorszych-biedniejszych, na kłamców i uczciwych obywateli. Wolna od komunizmu Rosja to nie raj dla ludzi - bo uwypukla kontrasty społeczne, a w szczególności biedę; podkreśla niestabilność materialną i emocjonalną. Bohaterowie reportażu mają żal do władz o zmarnowanie szansy na prawdziwą zmianę. Krytykują nowy ustrój i rzucenie ludzi w sam środek bezlitosnego kapitalistycznego chaosu, nad którym tylko nieliczni są w stanie zapanować.

Moskwa jest rosyjska... kapitalistyczna... A sama Rosja jak była sowiecka, tak sowiecka została.

"Czasy secondhand" opowiadają o ludziach, którzy rozczarowali się nową wspaniałą Rosją. Dla nich zapomniane już dziś ideały są ciągle aktualne; z melancholią wspominają bezwzględny patriotyzm i oddanie niegdyś wielkiej ojczyźnie. Choć wiedzą, że ich kraj nie był idealny, to jednak nie mogą odżałować przemian politycznych i społecznych. Wielka szansa Rosji została zaprzepaszczona. Zostały tylko wspomnienia, i to jakie! Zostały też legitymacje partyjne, stare symbole i przejmująca tęsknota za czasami, które już nie wrócą. 

Mój ojciec dożył dziewięćdziesiątki. Mówił, że nic dobrego go w życiu nie spotkało poza wojną. I to jest wszystko, co potrafimy.

Czy opowieści pochodzą z lat dziewięćdziesiątych, czy spisane zostały dekadę później, wyłania się z nich ten sam obraz narodu rozgoryczonego i niepogodzonego ze zmianami. Tęsknota za przeszłością, za bezpowrotnie utraconym spokojem i poczuciem bezpieczeństwa - to właśnie charakteryzuje ciągle żywego homo sovieticusa. Są też uniwersalne uczucia, przybliżające reszcie świata tego egzotycznego człowieka: rozpacz po utracie syna, który odebrał sobie życie, paniczny strach o córkę-ofiarę zamachu na moskiewskie metro. Konsekwencje znienawidzonych zmian napędzają negatywne uczucia do kraju tak dalekiego od wspaniałego imperium, jakim kiedyś był.

W opowieści Aleksijewicz pojawiają się przede wszystkim historie bardzo osobiste, rodzinne, prywatne. Nierozerwalnie łączą się z historią całego kraju; są różne, ale jednak podobne. Czerwony człowiek jest jeden, ale ma wiele oblicz - to rodzic, dziecko, żołnierz i towarzysz. Nie każdy bohater chętnie mówi o tym, co go boli, ale autorce w subtelny sposób udaje się dotrzeć do najintymniejszych wyznań swoich rozmówców. Sprawia, że nawet najbardziej skryci ludzie zaczynają się otwierać, opowiadać o swoim życiu. 

"Czasy secondhand" to naprawdę ważna i warta uwagi książka; otwiera czytelnikowi oczy na zupełnie inną, równoległą rzeczywistość, ukazuje historie ludzi do połowy zanurzonych we wspaniałej, napawającej dumą przeszłości. Opowiada o świecie, z którego istnienia nie zdawałam sobie nawet sprawy, a przynajmniej - nie miałam pojęcia, że jest tak ogromną częścią rosyjskiej świadomości narodowej. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 8.10.14
Strony: 512

środa, 3 czerwca 2015

Majowe podsumowanie książkowe

Brak mi czasu nawet na odpoczynek, więc dziś kompaktowe i bardzo szybkie podsumowanie maja, czyli: 


1. Anna Herbich - Dziewczyny z Syberii (304)
2. Gillian Flynn - Zaginiona dziewczyna (652)
3. Stephan Talty - Ucieczka z krainy wiecznego śniegu (351)
4. Donna Tartt - Szczygieł (844)
5. Swietłana Aleksijewicz - Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (512)

Razem: 2664 stron

Zdecydowanie najlepszą książką ubiegłego miesiąca okazał się "Szczygieł". Takich historii jest naprawdę niewiele i kiedy pojawi się okazja - warto się nią zainteresować. Zakupy książkowe się udały (na półce pojawiły się cztery książki, dwie koleje są w drodze), plan na Big Book Festival jest - teraz pozostało mi tylko czytać, czytać i jeszcze raz czytać. No i oczywiście - spotkać paru ciekawych autorów.