wtorek, 6 stycznia 2015

Łukasz Orbitowski "Zapiski nosorożca"

Do prawdziwego RPA, przedstawionego jednak w książce, dotarłam jakiś czas temu przy okazji lektury "Bractwa Bang Bang". Tym razem wracam tam prawie dwadzieścia lat później i ląduję w teraźniejszości. Nie jestem już świadkiem niebezpiecznej pracy fotoreportera, a podglądam Łukasza Orbitowskiego podróżującego przez ten tajemniczy kawałek Czarnego Lądu.


"Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki" - ten długi tytuł jest wprost idealnym opisem książki, którą właśnie odłożyłam na półkę "przeczytane". Właściwie więcej o jej treści mówić nie trzeba. Pozwolę sobie bardziej skupić się na tym jak, a nie o czym, pisze Łukasz Orbitowski. Już we wstępie do książki podkreślił, że jego południowoafrykańska opowieść nie powinna być traktowana jak literatura podróżnicza czy reportaż. Dodał ponadto, że gdyby postanowił określić siebie mianem podróżnika bądź reportera, obraziłby "wszystkich zacnych reporterów i podróżników. Nikczemnych również" (s. 6). Zdziwiło mnie jego podejście, jednak już po kilkunastu stronach byłam zmuszona przyznać mu rację. 

Orbitowski opowiada bowiem o swoim pobycie w RPA w niecodzienny sposób. Koncentruje swoją uwagę przede wszystkim na detalach, które niejednej osobie wydawałyby się zupełnie nieistotne. Potrafi w mistrzowski sposób uchwycić człowieka, zwierzę, miejsce i widok, niezwyczajnie je opisując. "Zapiski nosorożca" są osobliwe pod jeszcze jednym względem: to dwie książki w jednej. Podróżnicze refleksje przeplatają się tu z wybranymi legendami afrykańskimi. Autor uchyla przed czytelnikami rąbka egzotycznej tajemnicy obowiązkowo okraszonej magią. Jedną z najciekawszych opowieści okazała się legenda o tricksterze Hlakanyane (s. 83). Przypomina mi historie rdzennych mieszkańców Kanady w interpretacji Thomasa Kinga oraz książkę nigeryjskiego pisarza, Amosa Tutuoli "Smakosz wina palmowego".

Kolejnym mocno rzucającym się w oczy elementem jest użyty przez autora język. Zdecydowanie odbiega od tego, jaki charakteryzuje literaturę podróżniczą i reportaże. Pasuje bardziej do rozmowy przy piwie z przyjacielem - a ja, czytając "Zapiski nosorożca", myślami przeniosłam się do lokalnego południowoafrykańskiego baru. Tylko moje ciało pozostało na swoim miejscu, przez co okrutnie doskwierał mi brak piwa imbirowego. A jednak mowa potoczna, kolokwializmy i - nie oszukujmy się - sypnięte hojnie wulgaryzmy, są tu nie po to, by kłuć językowych purystów i czytelniczych tradycjonalistów w oczy, lecz by odróżnić tę książkę od innych oraz stworzyć potrzebny kontrast pomiędzy osobistymi spostrzeżeniami, a przedstawionym przez autora afrykańskim folklorem.

Lemur jest stworzeniem niemożliwym, zastygłym w pół kroku ewolucji za sprawą izolacji na Madagaskarze. Stanowi połączenie kota i psa, z jasnym wektorem rozwojowym ku małpom, po prawdzie, chciałby zostać pawianem. Rozumiem i doceniam tę słuszną ambicję. (s. 91)
Miarą człowieka jest cel, jaki przed sobą stawia. Wielki cel czyni człowieka wielkim, mały cel małym, a człowiek bez celu jest nikim. Klęska w walce z olbrzymem uczyni mnie większym niż zwycięstwo nad najsilniejszym z ludzi. (Makoma, s. 100)

"Zapiski nosorożca" to raczej zbiór luźnych myśli, uporządkowanych z zachowaniem chronologii wydarzeń (najczęściej, do czego autor przyznaje się na końcu). Kolejne tematy pojawiają się dosyć niespodziewanie, bo każdy widok wywołuje u autora inne skojarzenie, być może zupełnie niezwiązane z poprzednim wątkiem. Tytuł wydaje się zatem idealnie dopasowany do niezwykłego charakteru tej opowieści z południowego krańca świata. Wszystko jest inne, jakby każdy osobny komponent chciał mieć swój wkład w udowodnienie czytelnikowi, że nie trzyma w ręku tradycyjnej relacji podróżniczej. Patrząc na książkę jako całość - mając jednak na uwadze szczególny język, styl, niezwykłą formę i treść - wydaje się spójna i kompletna. Mimo szoku, którego doznałam przystępując do czytania, wciąż jestem bardzo na tak i proszę o więcej.

Łukasz Orbitowski stworzył książkę, która bardzo mnie zaskoczyła. Miałam chwilami wątpliwości, czy taki sposób pisania o podróżach mi odpowiada. Niemniej jednak świeże, niekonwencjonalne spojrzenie na podróżnicze relacje jest potrzebne. Ma zmusić czytelnika znudzonego klasyczną literaturą tego typu do rozbudzenia przysypiających szarych komórek i przekonania się, że można o wyprawach pisać mniej skomplikowanie, a równie fascynująco. Autor tym samym rzucił rękawicę tradycjonalistom, ceniącym sobie relacje znanych i popularnych podróżników i reportażystów. Czy przemówi do nich ta nowa forma? Ja dołączyłam właśnie do grona fanów twórczości Orbitowskiego, który podbił mój umysł afrykańskimi legendami i swoją bezpośredniością w opisywaniu otaczającego go świata.

Ocena: 7/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 5.11.14
Strony: 288

4 komentarze:

  1. W tej książce bardzo podoba mi się to, że autor wyraźnie napisał ją dla samego siebie i przez to jest opowieścią naprawdę ciekawą. Czasem tylko irytował mnie język.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak, język jest bardzo specyficzny.. A te legendy!

      Usuń
  2. Ogólnie lubię książki o podróżach i chętnie zapoznałabym się z tą pozycją, zwłaszcza że zdaje się być inna niż typowe książki podróżnicze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest zupełnie inna, w ogóle nie przypomona tradycyjnych relacji z podróży :)

      Usuń