sobota, 31 stycznia 2015

Charles Frazier "Szepty lasu"

W ramach powolnego wyczytywania nagromadzonych na półkach książek, zabrałam się za "Szepty lasu", trzecią pozycję z wydawanej przez Black Publishing serii Kaszmirowej. Charles Frazier znany jest mi i pewnie większości czytelników jako autor "Zimnej Góry", zekranizowanej w 2003 roku pod tytułem "Wzgórze nadziei" (w rolach głównych Jude Law, Nicole Kidman i Renée Zellweger). 


Akcja książki toczy się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, gdzieś w Apallachach. Główna bohaterka imieniem Luce opiekuje się bliźniętami osieroconymi przez jej siostrę Lily. Dzieciaki są, delikatnie mówiąc, dziwne. Być może takie się urodziły, choć możliwe też, że to morderstwo matki odcisnęło na nich piętno. Frank i Dolores wybierają oszczędną komunikację na swój własny sposób, a zabawa musi być niebezpieczna lub brutalna, żeby je zainteresowała.

W pewnym momencie na scenę wkracza niejaki Stubblefield, który postanawia zawalczyć o uczucia osamotnionej Luce i otoczyć ją opieką, której nigdy nie miała. Jednocześnie w miasteczku zjawia się sadystyczny mąż Lily, ojczym bliźniąt oraz osoba, z której rąk zginęła naiwna młodsza siostra protagonistki. Kobieta musi walczyć zarówno o zaufanie siostrzeńców, jak i nauczyć się akceptować obecność zalotnika. Nie spodziewa się nawet, że Bud zechce wtrącić swoje pięć groszy do tej historii i wyrównać rachunki z dziećmi żony.

Trudno w tej książce doszukać się zalet. Właściwie od samego początku wiedziałam, że ta opowieść mnie nie zachwyci, nie porwie i nie  wyróżni się w żaden sposób na tle innych podobnych książek. Pierwszym problemem jest nierównomiernie rozłożona akcja. Sto początkowych stron  nie wnosi zbyt wiele do historii (a jest to cała I część). Poza tym "Szeptom lasu" bardzo zaszkodziły dłużące się rozdziały o niczym, ze zbyt dużą ilością średnio ciekawych wspomnień i dygresji bohaterów. Tu należy wspomnieć o narracji - świat przedstawiony w książce opisany jest z perspektywy Luce, Buda i Stubblefielda. Dzięki temu zabiegowi czytelnik lepiej poznaje postaci i łatwiej mu zrozumieć ich postępowanie, ale właściwie niewiele to zmienia.

Największą wadą jest dla mnie zakończenie. Choć faktycznie było trudne do przewidzenia, to niestety bardzo rozczarowujące. Brakowało w nim dynamicznej akcji i niezbędnego w przypadku tego rodzaju opowieści dreszczyku emocji, co czyni z książki bardzo średni thriller. Co więcej, tytuł wskazywał na to, że przeważająca część akcji będzie rozgrywała się właśnie w lesie, co jeszcze mocniej pobudziło moją ciekawość. Bardzo żałuję, że jest odwrotnie, a jedynie ostatnie sześćdziesiąt stron do niego nawiązuje.

Podsumowując, "Szepty lasu" to dla mnie wielkie rozczarowanie. Akcja rozwija się zbyt wolno, a dodatkowo, mimo wszelkich starań autora, niezwykle ciężko było mi wczuć się w tą opowieść i utożsamić z bohaterami.

Ocena: 5/10

Wydawca: Black Publishing
Premiera: 5.03.14
Strony: 296

wtorek, 27 stycznia 2015

Ewa Winnicka "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów"

Mało który autor podczas pierwszego literackiego spotkania zachwyca mnie swoją twórczością do tego stopnia, że od razu chcę poznać jego pozostałe książki. Jednym z wyjątków jest Ewa Winnicka - niemal natychmiast po lekturze "Angoli" zdjęłam z półki kolejną publikację jej pióra, tym razem poświęconą czasom prohibicji w Ameryce.


Kiedyś Nowy Jork dumnie nosił miano serca Stanów Zjednoczonych. Miasto to na przełomie XIX i XX wieku było prawdziwym rajem dla artystów i biznesmenów. Swoim mieszkańcom stwarzało nieograniczone możliwości rozwoju duchowego, finansowego i towarzyskiego. Samo również kwitło i powiększało się w szalonym tempie. Budynki pięły się w górę, a ludzie porzucali małomiasteczkowe, ograniczone poglądy. Skandal gonił skandal, sukienki dam z wyższych sfer stawały się coraz krótsze, dziewczęta zaczynały się buntować i żądać równouprawnienia. Aż trudno uwierzyć, że rozpędzone lata 20. ubiegłego stulecia były nie tylko erą jazzu, ale też prohibicji.

Bunt nowojorczyków opisany przez Ewę Winnicką dotyczył właśnie uchwalenia osiemnastej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Mówiła ona o zakazie produkcji, sprzedaży i spożywania alkoholu, co dla kochającego swe swobody obywatelskie narodu było szczególnie trudne do zniesienia w metropolii. Prohibicja, skoro została wprowadzona, musiała mieć także swoich zwolenników. Ci, nazywani byli "suchymi" i starali się wszelkimi możliwymi sposobami ograniczyć dostęp do mającego niszczycielski wpływ na ludzi alkoholu, który tak bardzo pokochali "mokrzy". Jak pokazuje historia, średnio im się to udało.

Autorka skupia się przede wszystkim na zmianach kulturowych wynikających z prohibicji, czyli m.in. pojawieniu się pierwszych amerykańskich gangsterów. Jak pisze, większość z nich wywodziła się z mało szanowanych rodzin irlandzkich i włoskich imigrantów, wśród których przez pewien czas prym wiedli.. Żydzi. Rewolucję obyczajową oznacza także powstanie tygodnika New Yorker oraz otwarcie setek teatrów. Rozkwit architektoniczny tak samo mocno odzwierciedla amerykańskie marzenie o byciu na szczycie, szczególnie, że popularne już wtedy drapacze chmur pozwoliły firmom dosłownie wspinać się coraz wyżej.

Nie można nie wspomnieć o szacie graficznej "Nowego Jorku zbuntowanego". Już sama okładka z Fredem Astairem, niesamowicie klimatyczna, od razu przyciąga oko, a przecież i właściwa treść jest równie intrygująca. Ta barwna i wypełniona po brzegi ciekawostkami opowieść o czasach prohibicji opatrzona jest licznymi fotografiami przedstawiającymi jedne z najbardziej charakterystycznych miejsc w mieście i sławnych w tamtych czasach ludzi - polityków, aktywistów czy gangsterów, a także elity artystycznej z Francisem Scottem Fitzgeraldem na czele.

W tym miejscu czytelnikom należy się jeszcze jedno wyjaśnienie. Ten, kto nie pała wielką miłością do "Wielkiego Gatsby'ego" nie zrozumie pasji, z jaką autorka pisze o tamtych czasach. Ewa Winnicka stworzyła niemal hymn pochwalny ku czci tej fenomenalnej książki i jej autora. To właśnie on wraz z żoną Zeldą tworzyli parę pierwszych nowojorskich celebrytów tamtych czasów. W swoich powieściach pisarz opisywał rówieśników oddających się beztroskim zabawom do białego rana przy jazzowych melodiach i niezliczonych butelkach - zakazanych w tym okresie - wysokoprocentowych trunków. Sam żył podobnie intensywnie. Ba, takie życie wiódł cały Nowy Jork w latach 1919-1933.

Wielkie Jabłko zasługiwało na porządną książkę, opisującą te szalone czasy, kiedy wszystko było możliwe, a nikt nie myślał jeszcze o kacu, który miał nadejść wraz z Wielkim Kryzysem. Ewie Winnickiej udało się porwać mnie w pasjonującą podróż w przeszłość, za którą zawsze tęskniłam. "Nowy Jork zbuntowany" to w końcu nie tylko zbieranina suchych danych na temat okresu prohibicji, lecz także fascynująca opowieść o ludziach i mieście, które nigdy nie zasypia, lecz bawi się i pije. Polecam.

Ocena: 9/10

Wydawca: Dom Wydawniczy PWN
Premiera: 6.11.13
Strony: 272

piątek, 23 stycznia 2015

Sue Monk Kidd "Czarne skrzydła"

Zauważyłam ostatnio pewną prawidłowość: książki, które znajdują się na szczycie mojej czytelniczej listy, w moje ręce trafiają na samym końcu. Zawsze znajdzie się jakaś inna pozycja, na którą przychodzi mi ochota i ta bardziej pożądana odkładana jest na później. Teraz nadeszła pora na lekturę "Czarnych skrzydeł", które od października czekały na swoją kolej.


Karolina Południowa, pierwsza połowa XIX wieku. Bogata rodzina plantatorów bawełny wykorzystuje do pracy dziesiątki niewolników. Ci, którzy służą w ich wielkim domu w Charleston, nie są wcale w lepszej sytuacji. Nad ich plecami często zawisa bat, który bezlitośnie rani plecy, przecinając skórę i powodując okropny ból. Ciężka praca, brak pieniędzy i dotkliwe kary za nieposłuszeństwo to nie jedyne zmartwienia niewolników. Szelma, choć jest jeszcze małą dziewczynką, od matki uczy się, że jest warta nie mniej, niż biały człowiek i powinna być - tak samo jak on - wolna. Jedenastoletnia Sara, jako jedna z rodziny Grimké, nie potrafi zaakceptować idei posiadania na własność drugiego człowieka. Niewolnictwo ją brzydzi; jej drugą bolączką jest zniewolenie kobiet, które - choć wolne - są zależne decyzji mężczyzn i całkowicie im poddane.

Sue Monk Kidd w umiejętny sposób łączy losy dwóch kobiet, które w tamtych czasach, w normalnych okolicznościach nie miałyby prawa zaprzyjaźnić się ze sobą. Opisuje małe i większe przejawy buntu czarnej niewolnicy oraz jej białej pani, ukazując nie tylko walkę o lepszą przyszłość, ale też burzliwy okres dorastania. Otaczająca je dziewiętnastowieczna codzienność, pełna jest niezrozumiałych dla dzisiejszych pokoleń konwenansów. Szelma i Sara na każdym kroku sprzeciwiają się bezsensownym prawom, nakazom i zakazom, które ograniczają wszystkich, oprócz białych mężczyzn.

Wątek abolicjonistyczny jest w tej książce szczególnie mocno rozbudowany. Mimo to, autorce świetnie udaje się wpleść w tę historię kobiecą opowieść o dążeniu do szczęścia i spełnienia w niesprzyjających warunkach. Sara, wbrew przyjętemu porządkowi, marzy o karierze prawnika. Szelma, idąc w ślady matki, uczy się sztuki krawiectwa, a jej głowę zaprząta nie młodzieńcza miłość, a głęboka fascynacja historią własnej rodziny. Jak poradzą sobie w swoim dążeniu do wolności - zarówno fizycznej, jak i umysłowej? Tego nie mogę zdradzić, bo popsułabym przyszłym czytelnikom przyjemność z lektury "Czarnych skrzydeł".

Na korzyść książki wpływa niemal całkowite odejście od nudzącego już w powieściach obyczajowych i historycznych wątku miłosnego. Sue Monk Kidd oszczędziła czytelnikom lektury łzawych wyznań, poprzez ograniczenie się jedynie do okazjonalnego wspomnienia o problemach sercowych głównych bohaterek. Dzięki temu, historia ta zyskuje na autentyczności - a przecież warto wspomnieć, że siostry Sara i Angelina Grimké nie zostały stworzone przez umysł pisarki, a faktycznie żyły w dziewiętnastowiecznej Ameryce. Dociekliwym polecam zajrzenie na koniec książki, do posłowia autorki.

Na koniec muszę wspomnieć o tłumaczeniu. Miałam okazję czytać w oryginale zarówno "Sekretne życie pszczół" tej samej autorki, jak i głośną powieść "Służące" pióra Kathryn Stockett. Nietrudno zgadnąć, że wszystkie te historie łączy charakterystyczny język używany przez Południowców oraz szczególna odmiana angielskiego, którą posługiwali się niewolnicy, a w późniejszych latach przejęli ją wolni Afroamerykanie. Miałam ogromne obawy, biorąc do ręki podobną tematycznie książkę, przetłumaczoną na nasz język. Tym razem raczej niepotrzebnie, ponieważ dzięki dobremu tłumaczeniu lektura "Czarnych skrzydeł" okazała się niezwykle interesująca. Gwarantuję, że zachwyci każdego, kto po nią sięgnie. 

Ocena: 9/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 24.09.14
Strony: 485

wtorek, 20 stycznia 2015

Andrzej Krajewski "Moje okładki"

Dla w pełni oddanego książkom czytelnika nie ma nic istotniejszego niż tekst. Ciekawa, wielowątkowa fabuła, naturalny styl autora czy dopasowany do opowieści język - to liczy się dla niego najbardziej. Jednak zanim otworzy książkę i zanurkuje między jej strony, by dać ponieść się porywającej akcji, jego oczom ukazuje się okładka. To ona kusi i przyciąga wzrok w księgarni, sprawia, że czytelnik-kolekcjoner pędzi z nową zdobyczą do kasy, a w domu ustawia nabytek na samym środku półki, by się nim nacieszyć.


Okazuje się, że projektowanie zgrabnego ubranka dopasowanego do tekstu to prawdziwa sztuka, którą do perfekcji opanował Andrzej Krajewski. Z żalem przyznaję, że wcześniej nawet nie obiło mi się o uszy nazwisko tego artysty. Nigdy nie jest jednak za późno na naukę, szczególnie kiedy można dzięki nowym informacjom poszerzyć swoją wiedzę z zaniedbywanych przez nas dziedzin sztuki. Dla mnie malarstwo czy rysownictwo to tereny nie do końca odkryte, dlatego chętnie poznaję nowych artystów i ich dzieła.

Choć sam Krajewski przyznaje otwarcie, że najbardziej ceni sobie plakaty i to one są jego wielką miłością, to w swoim dorobku artystycznym ma już kilkadziesiąt okładek do różnego rodzaju publikacji - od prozy, po poradniki. Wiele z jego pierwszych prac to efekty współpracy z Marią Ihnatowicz, jego ówczesną partnerką, również znaną plakacistką. "Moje okładki" są dwujęzycznym albumem (artysta od połowy lat 80. mieszka w Stanach Zjednoczonych) poświęconym przede wszystkim projektom książkowych kreacji. Na końcu autor zamieścił dodatkowo wybrane projekty płyt winylowych, magazynów i właśnie plakatów.

W twórczości artysty wyraźnie dominuje pop-art, natomiast ulubionym stylem malarskim Krajewskiego jest art déco, którym posługiwał się od lat siedemdziesiątych. Okładki doskonale dopasowane są do treści książek, niekiedy przedstawiają główną postać, innymi razy ważny symbol. Jedne z najbardziej znanych projektów widnieją na okładkach wydawanych przez Państwowy Instytut Wydawniczy tytułów wchodzących w skład serii "Klub Interesującej Książki". Zupełnie inne i wyróżniające się prace powstały na zlecenie Państwowego Wydawnictwa Rolniczego i Leśniczego; nie miały charakteru dekoracyjnego, a rzeczowy.

"Moje okładki" są raczej książką do oglądania i pożerania wzrokiem, niż publikacją czysto informacyjną. Zamiast zbędnej pisaniny, w książce umieszczono krótką biografię autora i charakterystykę jego twórczości, co pozwoli zupełnie niezorientowanym w temacie zapoznać się z Andrzejem Krajewskim i jego karierą. Ciężko jest opisywać poszczególne projekty - w końcu każdy sztukę (nawet tą okładkową) będzie widział i interpretował na swój sposób. Jednym się spodoba, innym nie - ja na pewno czuję się dzięki tej publikacji zachęcona do dalszego zgłębiania polskiej sztuki drugiej połowy XX wieku. Z jednym na pewno każdy się ze mną zgodzi - twórczość Krajewskiego idealnie odzwierciedla czasy, w których powstawały poszczególne prace.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, kto dla mnie jest okładkowym mistrzem; może uda mi się dzięki temu rozkochać choć jedną osobę w sztuce projektowania. Moim faworytem wśród projektantów okładek jest Jon Gray, brytyjski twórca małych dzieł, za którymi skrywają się powieści Jonathana Safrana Foera, Zadie Smith czy George'a Orwella.

Nie dziwi mnie wcale to, że bardziej doceniam zagranicznego twórcę - dziś większość polskich wydań książek prezentuje się dużo gorzej od oryginałów wydawanych w krajach anglojęzycznych. Czyżby wydawcy nie wiedzieli, że czytelnicy są wzrokowcami? Andrzej Krajewski musi zdawać sobie sprawę z tego, jak wielkie szkody brzydka okładka może wyrządzić ciekawemu wnętrzu, skoro nawet album poświęcony jego twórczości opatrzony jest rysunkiem, od którego nie sposób oderwać wzroku.

Ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Portalowi Sztukater

Wydawca: Korporacja Ha!art
Premiera: 5.11.14
Strony: 236

niedziela, 18 stycznia 2015

Raimond Gaita "Mój ojciec Romulus"

Pierwsze książki z Czarnego, które przykuły moją uwagę, wchodziły w skład serii Z Domem. Ich opisy tak mocno mnie zaintrygowały, że postanowiłam zebrać wszystkie tytuły. W przyszłym tygodniu ukaże się wznowienie "Wyjścia z Egiptu" Andr Acimana - tym razem jako część cyklu. Na marzec zaplanowana jest kolejna premiera, czyli "Zakopać maszynę do pisania" Carmen Bugan - o dorastaniu w komunistycznej Rumunii. Z tego samego kraju pochodzi ojciec Raimonda Gaity, autora książki będącej przedmiotem dzisiejszej recenzji.


Romulus Gaita pochodzi z Rumunii, jednak dosyć szybko ucieka z opanowanej komunizmem ojczyzny. W Niemczech zastaje go II wojna światowa; tam też poznaje swoją żonę. Małżeństwo, w 1950 roku, wraz z kilkuletnim wtedy Raimondem, emigruje do Australii. Wkrótce rodzina ulega rozpadowi, kiedy Christina zostawia męża i syna. Pomimo licznych prób ratowana związku, to na Romulusie ostatecznie spoczywa obowiązek opieki nad jedynym dzieckiem.

Autor, szczególnie w pierwszej połowie swoich wspomnień, sporo miejsca poświęca matce zmagającej się z licznymi chorobami. Ciągłe podupadanie na zdrowiu uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie jeszcze w Europie. Objawy nasilają się jednak z czasem, aż w końcu leczenie przestaje odnosić skutek. Choć postać matki obecna jest w opowieściach Gaity, to niewątpliwie najważniejszą rolę w ukształtowaniu młodego Raimonda odegrał właśnie Romulus. Jego żona, ze względu na swoje upodobanie do mężczyzn oraz problemy zdrowotne, zupełnie nie nadawała się do odgrywania roli, którą narzuciło jej małżeństwo.

Doszczętnie spaliła mięso, ale ponieważ sam fakt, że przygotowała jakiś posiłek, był tak niezwykły, od tego czasu bardzo lubię smak spalenizny. s. 67

Poprzez swoje wspomnienia, Raimond Gaita dokonuje wnikliwej analizy życia ojca. Opowiada o dorastaniu w cieniu człowieka dobrego i honorowego, o niezwykle silnym charakterze, którego w pewnym momencie łamie choroba psychiczna. Brak szczęścia w miłości i kolejne zawody na kobietach sprawiają, że ojciec autora zaczyna cierpieć na depresję, która już na zawsze go odmienia. Nie zważając na trudy samotnego wychowywania dziecka, Romulus idzie przez życie z wysoko podniesioną głową, a jego wzorowa postawa sprawia, że udaje mu się zaskarbić szacunek i sympatię innych ludzi.

Autor, wychowywany w rozbitej rodzinie, w najistotniejszym z punktu rozwoju psychicznego człowieka czasie musi patrzeć na cierpienie rodziców. Z drugiej strony jego skromne życie na farmie wypełnione jest młodzieńczymi szaleństwami. Ojciec i nauczyciele zarażają Raimonda pasją zdobywania wiedzy, która zmienia małego chuligana i buntownika w filozofa. Drugą istotną postacią, której obecność odciska na chłopcu trwałe piętno jest Hora, przyjaciel Romulusa. To on wspiera ojca i syna w trudnych momentach, choć życie na australijskim pustkowiu nie jest dla niego wcale łaskawsze.

(...) miłość jest namiętnością, której natura i siła pozostają tajemne, i że każdy, kto dostanie się pod jej władzę, powinien być przygotowany na to, że może go ona zniszczyć. Wiedziałem już, że potrafi zrujnować ludziom życie, poniżyć dotąd silnych i dumnych mężczyzn, przywieźć ich do samobójstwa. Fakt, że potrafi skłonić ich także do morderstwa, wydawał mi się drugą stroną tego samego medalu. s. 106

Mimo, że życie rzuca Gaitom pod nogi rozmaite przeszkody, Romulus staje na wysokości zadania - wpaja swojemu synowi najważniejsze wartości, jakimi powinien kierować się każdy poczciwy człowiek. Na swoim przykładzie ukazuje wagę ciężkiej pracy oraz znaczenie szczerości i serdeczności zarówno względem drugiego człowieka jak i zwierząt. Choć osłabia go choroba, mężczyzna starannie szlifuje charakter małego Raimonda. Ponadto, daje mu dostęp do nauki i pozwala rozwijać zainteresowania, co w tamtych czasach nie było szczególnie częstym wyborem wśród prowincjonalnej społeczności.

"Mój ojciec Romulus" hołd ojcu, składany przez wdzięcznego syna; pochwała pracowitości, skromności, dobroci i bezgranicznej miłości rodzicielskiej. Mimo niewielkiej objętości, niesie ze sobą mocny przekaz, zawarty we wspomnieniach osoby, która okazała się zdolna do uniesienia nadludzkiego ciężaru bez słowa skargi. Romulus Gaita otwartością swojego umysłu wyprzedził całe pokolenia ludzi, stwarzając swemu synowi idealne warunki do wyrośnięcia na szlachetnego człowieka.

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarne
Premiera 25.09.13
Strony: 160

czwartek, 15 stycznia 2015

Ewa Winnicka "Angole"

O Ewie Winnickiej pierwszy raz usłyszałam, szukając publikacji poświęconych Nowemu Jorkowi. Wkrótce dowiedziałam się, że spod jej dziennikarskiego pióra wyszli również "Londyńczycy" (nie mylić z serialem!). Opowieść o nowojorczykach buntujących się w szalonych latach 20. ubiegłego wieku odłożyłam na później, gdy w moje w ręce trafiła jej najnowsza książka - "Angole".


Autorka podróżuje po Zjednoczonym  Królestwie i Republice Irlandii, szukając Polaków chętnych do podzielenia się swoją historią. Nie jest to raczej trudne, w końcu Wyspy Brytyjskie od lat "okupują" i "kolonizują" setki tysięcy naszych rodaków. Znaczna część jej rozmówców mieszka w Anglii (stąd tytuł książki), ale Ewa Winnicka odwiedza również Szkocję, Walię oraz obydwie Irlandie. Ile ludzi, tyle historii; każdy ma inne zdanie na temat życia za granicą, równie zróżnicowane są opinie o tytułowych Anglolach.

Pierwsze opowieści napełniają nadzieją. Opisywani imigranci szybko przystosowują się do nowej rzeczywistości, zarabiają duże pieniądze i osiedlają się w dobrych dzielnicach. Na przykład: Dorota i Rafał z Londynu wspominają o sławnym sąsiedzie muzykującym na tarasie swojego rodzinnego domu. Z kolei trzydziestodwuletnia Kasia na obczyźnie doczekała się dziecka, które wychowuje z partnerką. Andrzej miał dostęp do edukacji w jednej z najbardziej prestiżowych londyńskich szkół z internatem i ten okres w swoim życiu wspomina bardzo dobrze.

Już kilka rozmów dalej opowieści o życiu z dala od ojczyzny zaczynają nabierać ciemnych barw. Marcin prestiżową posadę w branży reklamowej w Polsce zamienił na pracę fizyczną przy taśmie - w Dartford segreguje odpady i ledwie wiąże koniec z końcem. Mateusz jest bezdomny - noce spędzał już na ulicach Londynu i Dublinu. Monika z Henley opowiada o Polakach w tarapatach, którym przez jakiś czas pomagała. Każda z jej opowieści wywołuje ciarki. Jacek towarzyszy tym, którzy do Polski wybierają się w ostatnią podróż w drewnianej skrzyni. Losy tych, którzy zmarli na Wyspach nie napawają wcale optymistycznie.

Nie każdego imigranta ze wschodu Anglia wita dobrze płatną pracą. Nie można jednak generalizować i mówić, że z Polski wyjeżdżają tylko ci, którym życie w ojczyźnie się nie udało. Jedni trafiają gorzej, inni lepiej. Trudno jest określić, co sprawia, że komuś wiedzie się na obczyźnie dobrze lub źle. Niekiedy decyduje o tym przypadek, innym razem wszystko odbywa się z planem i uzyskany efekt jest zamierzony. Rozmówcy Winnickiej czasem obwiniają o swoje nieszczęście Angoli, czasem siebie. Niektórzy narzekają i krytykują, inni po prostu akceptują odmienność tubylców. Są tacy, którym przeszkadza Brytyjski snobizm i izolacja od europejskich najeźdźców. Inni podkreślają, że to Polak szkodzi Polakowi bardziej, niż Angol.

Miałam pewność, że zakończenie nie będzie dla mnie żadnym zaskoczeniem. Jednak historie z Belfastu, które pojawiają się jako jedne z ostatnich ukazują zupełnie inny świat. The Troubles w dalszym ciągu rzucają cień na życie codzienne Irlandczyków, stare podziały nadal się utrzymują. Jak Polak radzi sobie między lojalistami a republikanami? Czy oczywistym jest przyznanie się do bycia katolikiem z Polski? A religijność na obczyźnie? Związki, więzy rodzinne i przyjaźnie? Bo przecież praca to nie wszystko. Jest też życie prywatne, o którym Polacy mówią chętnie i barwnie.

Opowieści bohaterów "Angoli" charakteryzuje użycie specyficznego języka. Rozmówcy autorki mimowolnie wplatają w swoje wypowiedzi słowa pochodzące z języka tubylców. Jedni używają wersji spolszczonych, jak karer (carer) czy kliner (cleaner), inni korzystają z oryginalnych określeń angielskich. W przypadku tej książki podobne wtrącenia okazują się niezbędne. Ukazują zachodzące w imigrantach zmiany, wynikające z gwałtownego zanurzenia w innej kulturze. Polski na imigracji staje się językiem zanieczyszczonym anglicyzmami. Jednak w mediach każdego dnia słyszy się "briefing", "deal" i "case" - czym zatem różnimy się od bohaterów "Angoli"?

Muszę przyznać się, że mój entuzjazm związany z możliwym porzuceniem Polski na rzecz przyszłości w którymkolwiek kraju anglojęzycznych znacznie osłabł po lekturze "Angoli". Marzenia są co prawda po to, by je spełniać - jednak nie każdy jest na tyle odporny psychicznie, by utrzymać się na powierzchni podczas sztormu. Ta książka to przede wszystkim przestroga dla tych, którzy lubią ryzykować i wierzą, że skoro innym się powiodło, oni również dostąpią zaszczytu dostatniego życia w obcym kraju. Jak pokazują losy bohaterów reportaży Ewy Winnickiej, czasem warto dokładnie przemyśleć decyzję o porzuceniu ojczyzny. Życie to nie bajka i nie zawsze zakończenie jest szczęśliwe.

Przeczytałam sporo recenzji, których autorzy zarzucają Ewie Winnickiej działania mające na celu zniechęcenie Polaków do emigracji. Wielu czytelników źle oceniło dobór rozmówców, gdyż przedstawione w "Angolach" opowieści ukazują jedynie skrajności. Ci sami narzekają na brak rozmów z przeciętnymi Polakami, które zrównoważyłyby ten reportaż. Mimo to uważam, że autorka postąpiła słusznie, dobierając mocno kontrastujące ze sobą historie. Nie brakuje informacji o rodakach, którym w Angli żyje się w miarę komfortowo, niewiele wiadomo natomiast na temat sytuacji skrajnych. Polecam tę książkę, jako doskonałe źródło mądrych i prawdziwych opowieści o wielobarwnej rzeczywistości migrujących.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 15.10.14
Strony: 304

wtorek, 13 stycznia 2015

Jessie Burton "Miniaturzystka"

Akcja "Miniaturzystki" kończy się dwunastego stycznia 1687 roku. Dziś jest trzynasty stycznia 2015 i nadeszła pora, aby napisać parę słów o magicznym wnętrzu, jakie kryje w sobie piękna okładka. Już sam wygląd książki przywodzi na myśl domek dla lalek, w którym dla czytelniczej przyjemności niewidzialne ręce igrają z ludzkim losem. Co jeszcze ukrywa się między stronami debiutanckiej powieści Jessie Burton?


Dotychczas o Holandii przypominała mi głównie postać Anny Frank i jej wojenny dziennik. Poznałam jednak kolejną postać historyczną, dzięki której kraj tulipanów i wiatraków będę kojarzyła nie tylko z okresem II wojny światowej. Petronella Oortman, barwnie opisana przez Jessie Burton, nie jest bowiem postacią fikcyjną. Żyła w Amsterdamie na przełomie XVII i XVIII wieku i to ona stworzyła domek dla lalek, który zagościł na kartach "Miniaturzystki". Autorka przybliża czytelnikowi jej losy oraz czasy, w których żyła. 

Jesienią 1686 roku Petronella "Nella" Brandt, przybywa do Amsterdamu, do domu swojego nowo poślubionego, dużo starszego męża. Osiemnastolatce pochodzącej z prowincjonalnego miasteczka od początku towarzyszy poczucie wyobcowania; czuje się zagubiona w wielkim świecie kupców i handlu. Razem z małżeństwem w domu mieszka również Marin, siostra Johannesa, która okazuje się surową i wyniosłą kobietą, skrywającą wiele tajemnic. Na domiar złego, mąż Nelli więcej czasu przebywa poza domem i dziewczyna nie może liczyć na jego wsparcie i ochronę przez złośliwą szwagierką. Petronella szuka wsparcia u służby i wkrótce nawiązuje dobre relacje ze swoją rówieśniczką, Cornelią i czarnoskórym Otto. 

Rozczarowana rzeczywistością Petronella usiłuje znaleźć sobie miejsce w domu, którym rządzi inna kobieta. Zapracowany mąż stara się wynagrodzić dziewczynie samotnie spędzane wieczory i znaleźć jej jakieś zajęcie. Pewnego dnia obdarowuje ją pięknym domkiem dla lalek, który jest jednocześnie repliką tego należącego do Brandtów. Nella znajduje adres miniaturzysty, który wkrótce zaczyna przysyłać jej pakunki, zawierające elementy umeblowania oraz nadzwyczaj realistyczne podobizny ludzi i zwierząt. 

Dzięki nowemu zajęciu główna bohaterka ma odnaleźć spokój i usunąć się w cień, nie przeszkadzać "dorosłym", którzy zajmują się poważnymi sprawami. Paradoksalnie, właśnie wtedy uwagę Nelli zaczyna przykuwać przeszłość rodzeństwa. Okazuje się, że każdy z mieszkańców domu ma sekrety, którymi nie chce dzielić się z nikim innym. Na jaw wychodzą sprawy, o których dziewczyna nie chciałaby wiedzieć. Cała trójka musi upewnić się, że nikt inny nie odkryje ich pilnie strzeżonych tajemnic. Życie wymyka się spod kontroli Brandtów, kiedy pojawiają się problemy ze sprzedażą należącego do Meermansów cukru. Czy uda się pogrzebać wszystkie sekrety, zanim ujrzą światło dzienne?

"Miniaturzystka" zaledwie ociera się o prawdziwą historię Petronelli Oortman, bogatej mieszczanki, która własnymi rękami stworzyła miniaturowy świat. Choć jest to powieść historyczna, czytelnik znajdzie w niej więcej fikcji niż faktów. Nie ma w tym absolutnie niczego złego. Mimo to, mam sporo zastrzeżeń do samej treści. Autorka pomija niektóre wątki na rzecz rozwinięcia tych, które nagle zostały włączone do opowieści - m.in. ten związany z pojawieniem się Thei. Książka kończy się, pozostawiając ogromny niedosyt i długą listę pytań bez odpowiedzi. Kim tak naprawdę jest tytułowa miniaturzystka? Dlaczego to właśnie Jack stał się jej posłańcem? 

Chociaż "Miniaturzystka" nie zachwyciła mnie tak, jak miałam nadzieję, że to zrobi, to jednak nie żałuję czasu spędzonego z tą opowieścią. Jessie Burton stworzyła intrygującą historię rodzinną, osadzoną w odległych dla nas czasach. Siedemnastowieczna Holandia znana z obrazów Vermeera ukazuje inne oblicze; to kraj pełen sprzeczności, gdzie religia i pieniądz walczą ze sobą o wpływy, a ludzie starają się podporządkować obydwu, rywalizując zarówno o względy Boga, jak i mamony. Do tego egzotyczny aromat kardamonu, kilka kropel olejku różanego i tradycyjne holenderskie olie-koecken. Autorce wyszło całkiem smaczne ciastko, choć po tym literackim pączku spodziewałam się więcej.

Ocena: 6/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 6.11.14
Strony: 464

czwartek, 8 stycznia 2015

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Bohaterowie reportaży Tochmana przeżyli już jeden konflikt zbrojny, który ich bliskich kosztował życie. Mimo to często kończą swoje wypowiedzi stwierdzeniem, że tylko wojna jest w stanie coś zmienić w Bośni i Hercegowinie. Co zmieniła ta zakończona w 1995 roku? O tym, jak wygląda powojenny krajobraz podzielonego kraju opowiada autor "Jakbyś kamień jadła".


Trudno znaleźć początek i koniec w tej książce. Każdy fragment otwiera nowy wątek, lub służy uzupełnieniu poprzedniego. Taki układ w pełni oddaje chaos, jaki wciąż panuje w Bośni. Mimo podpisanego w Dayton układu pokojowego, względnego spokoju, nowego porządku. Bo jak tu żyć normalnie, kiedy ciała ojców, synów i mężów tkwią wciąż w masowych grobach? 

Losy mieszkańców kraju niekiedy łączą się ze sobą w niespodziewany sposób. Tu jedna z Muzułmanek odwiedza swój rodzinny dom w dzisiejszej Republice Serbskiej, tam Serbka stara się o powrót do zamieszkałych dziś przez obcych ludzi ziem należących przed wojną do niej. Kobiety po wojnie zostały same; mężczyźni zginęli w walce lub zostali zamordowani - jak ci w Srebrenicy. Teraz wdowy siedzą wspólnie w autobusie i jadą szukać wśród ekshumowanych kości swoich bliskich.

Na miejscu od 1996 roku pracuje antropolog sądowa polskiego pochodzenia, Ewa Klonowski. Jak nikt inny potrafi dopasowywać do siebie kości. Z niebywałą dokładnością przeszukuje masowe mogiły i pomaga muzułmańskim kobietom w dopełnieniu spoczywającego na nich obowiązku pochowania zamordowanych członów rodzin. Razem z kośćmi udaje jej się wydobyć ubrania w różnym stanie; czasem w identyfikacji pomagają znalezione przy nielicznych ciałach dokumenty lub zdjęcia. Najbardziej pomocne i pewne okazują się jednak badania DNA. 

Badanie DNA jest z pewnością czymś nowym w historii wojen. Tak jak body bags, komputery, Internet, skomputeryzowane chłodnie, wózki widłowe, brytfanny na kółkach. Poza tym wszystko już było: obozy, baraki, selekcje, getta, kryjówki, ukrywanie prześladowanych, opaski na rękawach, sterty butów po zgładzonych, głód, szaber, pukanie do drzwi w nocy, zniknięcia sprzed domu, krew na ścianach, palenie domostw, palenie stodół z ludźmi w środku, pacyfikacje wsi, oblężone miasta, żywe tarcze, gwałty na kobietach wroga, zabijanie inteligencji w pierwszej kolejności, kolumny tułaczy, masowe egzekucje, masowe groby, ekshumacje masowych grobów, międzynarodowe trybunały, zaginieni bez wieści.

Czystki etniczne doprowadziły do śmierci tysięcy mężczyzn, choć i kobiety wiele wycierpiały z rąk oprawców. Tochman dociera do tych, które przeżyły wojnę domową i dziś opowiadają o swoich poszukiwaniach bliskich, opisują gwałty, tortury i pobicia. Najgorszą karą jest dla nich życie ze świadomością, że nie pozostał im na świecie nikt, a ci, których im odebrano, nie mieli odpowiedniego pochówku. 

Oprawcy żyją obok swych ofiar w kraju, który ma zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne granice. Serbowie kryją się przed kamerami i aparatami. Boją się, że ktoś może ich rozpoznać w telewizji i skończy się ich wolność. Dobrze wiedzą, że żyją z krwią na rękach, a jak wielu zbrodniarzy, cieszą się względnie spokojnym życiem. W przeciwieństwie do nich, bohaterki "Jakbyś kamień jadła", nie zaznają spokoju, dopóki ich bliscy nie zostaną im zwróceni. Ewa Klonowski robi co w jej mocy, by każdemu pomóc.

Zwykle zaczyna od kości miedniczej. (...) Wreszcie znajduje idealnie pasujące do siebie kości skokowe, piszczelowe, strzałkowe, udowe, miednicę. Potem kręgi: lędźwiowe, piersiowe, szyjne. Czaszkę, czasem w częściach, wtedy ją skleja. Wreszcie kości ramienne, łokciowe, promieniowe, kości nadgarstka, palce. Koniec układanki. Człowiek w komplecie. Doktor Ewa nie wierzy, że Bóg istnieje. Wie, że rodziny, dla których to robi, wierzą. Będzie Sąd Boży i Zmartwychwstanie. - Wolałabym - mówi - żeby oni przed tym swoim Allahem stali na swoich nogach, nie na cudzych. I mieli na karku swoją czaszkę. Żeby jakoś wyglądali, kiedy wstaną z martwych.

Mimo pokoju, wzajemna niechęć przeradzająca się niekiedy w nienawiść trwa. Co z tego, że wojna dawno się skończyła? Wciąż tyle zostało do zrobienia. Kraj zieje pustką i biedą, brakuje pieniędzy, pracy i jedzenia. Nie ma żadnych perspektyw na przyszłość. Jest tylko czekanie na wieść, o kolejnych grobach do ekshumacji. Może tym razem znajdzie się ukochane dziecko. 

Teraz czujemy nienawiść do naszych serbskich sąsiadów. Koran uczy, że tak nie wolno. Że trzeba przebaczyć. To będzie trudne. Teraz potrzebujemy Boga bardziej niż kiedykolwiek.

Bośniackie reportaże Tochmana to pozycja obowiązkowa. Bez niej nie będziemy pamiętać o tym, że wojna trwa jeszcze na długo po tym, jak zostanie oficjalnie zakończona. Zostaje w pamięci ofiar i oprawców. Tkwi w ukrytych grobach i kościach porozciąganych po opuszczonych wsiach przez psy i dziką zwierzynę. W ruinach spalonych domów i na zarośniętych krzakami podwórkach. W snach tych, którzy ocaleli i w kolejnych pokoleniach.


Ocena: 9/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 24.06.14
Strony: 136

wtorek, 6 stycznia 2015

Łukasz Orbitowski "Zapiski nosorożca"

Do prawdziwego RPA, przedstawionego jednak w książce, dotarłam jakiś czas temu przy okazji lektury "Bractwa Bang Bang". Tym razem wracam tam prawie dwadzieścia lat później i ląduję w teraźniejszości. Nie jestem już świadkiem niebezpiecznej pracy fotoreportera, a podglądam Łukasza Orbitowskiego podróżującego przez ten tajemniczy kawałek Czarnego Lądu.


"Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki" - ten długi tytuł jest wprost idealnym opisem książki, którą właśnie odłożyłam na półkę "przeczytane". Właściwie więcej o jej treści mówić nie trzeba. Pozwolę sobie bardziej skupić się na tym jak, a nie o czym, pisze Łukasz Orbitowski. Już we wstępie do książki podkreślił, że jego południowoafrykańska opowieść nie powinna być traktowana jak literatura podróżnicza czy reportaż. Dodał ponadto, że gdyby postanowił określić siebie mianem podróżnika bądź reportera, obraziłby "wszystkich zacnych reporterów i podróżników. Nikczemnych również" (s. 6). Zdziwiło mnie jego podejście, jednak już po kilkunastu stronach byłam zmuszona przyznać mu rację. 

Orbitowski opowiada bowiem o swoim pobycie w RPA w niecodzienny sposób. Koncentruje swoją uwagę przede wszystkim na detalach, które niejednej osobie wydawałyby się zupełnie nieistotne. Potrafi w mistrzowski sposób uchwycić człowieka, zwierzę, miejsce i widok, niezwyczajnie je opisując. "Zapiski nosorożca" są osobliwe pod jeszcze jednym względem: to dwie książki w jednej. Podróżnicze refleksje przeplatają się tu z wybranymi legendami afrykańskimi. Autor uchyla przed czytelnikami rąbka egzotycznej tajemnicy obowiązkowo okraszonej magią. Jedną z najciekawszych opowieści okazała się legenda o tricksterze Hlakanyane (s. 83). Przypomina mi historie rdzennych mieszkańców Kanady w interpretacji Thomasa Kinga oraz książkę nigeryjskiego pisarza, Amosa Tutuoli "Smakosz wina palmowego".

Kolejnym mocno rzucającym się w oczy elementem jest użyty przez autora język. Zdecydowanie odbiega od tego, jaki charakteryzuje literaturę podróżniczą i reportaże. Pasuje bardziej do rozmowy przy piwie z przyjacielem - a ja, czytając "Zapiski nosorożca", myślami przeniosłam się do lokalnego południowoafrykańskiego baru. Tylko moje ciało pozostało na swoim miejscu, przez co okrutnie doskwierał mi brak piwa imbirowego. A jednak mowa potoczna, kolokwializmy i - nie oszukujmy się - sypnięte hojnie wulgaryzmy, są tu nie po to, by kłuć językowych purystów i czytelniczych tradycjonalistów w oczy, lecz by odróżnić tę książkę od innych oraz stworzyć potrzebny kontrast pomiędzy osobistymi spostrzeżeniami, a przedstawionym przez autora afrykańskim folklorem.

Lemur jest stworzeniem niemożliwym, zastygłym w pół kroku ewolucji za sprawą izolacji na Madagaskarze. Stanowi połączenie kota i psa, z jasnym wektorem rozwojowym ku małpom, po prawdzie, chciałby zostać pawianem. Rozumiem i doceniam tę słuszną ambicję. (s. 91)
Miarą człowieka jest cel, jaki przed sobą stawia. Wielki cel czyni człowieka wielkim, mały cel małym, a człowiek bez celu jest nikim. Klęska w walce z olbrzymem uczyni mnie większym niż zwycięstwo nad najsilniejszym z ludzi. (Makoma, s. 100)

"Zapiski nosorożca" to raczej zbiór luźnych myśli, uporządkowanych z zachowaniem chronologii wydarzeń (najczęściej, do czego autor przyznaje się na końcu). Kolejne tematy pojawiają się dosyć niespodziewanie, bo każdy widok wywołuje u autora inne skojarzenie, być może zupełnie niezwiązane z poprzednim wątkiem. Tytuł wydaje się zatem idealnie dopasowany do niezwykłego charakteru tej opowieści z południowego krańca świata. Wszystko jest inne, jakby każdy osobny komponent chciał mieć swój wkład w udowodnienie czytelnikowi, że nie trzyma w ręku tradycyjnej relacji podróżniczej. Patrząc na książkę jako całość - mając jednak na uwadze szczególny język, styl, niezwykłą formę i treść - wydaje się spójna i kompletna. Mimo szoku, którego doznałam przystępując do czytania, wciąż jestem bardzo na tak i proszę o więcej.

Łukasz Orbitowski stworzył książkę, która bardzo mnie zaskoczyła. Miałam chwilami wątpliwości, czy taki sposób pisania o podróżach mi odpowiada. Niemniej jednak świeże, niekonwencjonalne spojrzenie na podróżnicze relacje jest potrzebne. Ma zmusić czytelnika znudzonego klasyczną literaturą tego typu do rozbudzenia przysypiających szarych komórek i przekonania się, że można o wyprawach pisać mniej skomplikowanie, a równie fascynująco. Autor tym samym rzucił rękawicę tradycjonalistom, ceniącym sobie relacje znanych i popularnych podróżników i reportażystów. Czy przemówi do nich ta nowa forma? Ja dołączyłam właśnie do grona fanów twórczości Orbitowskiego, który podbił mój umysł afrykańskimi legendami i swoją bezpośredniością w opisywaniu otaczającego go świata.

Ocena: 7/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 5.11.14
Strony: 288

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Roczne podsumowanie książkowe

Styczeń to czas podsumowań ogólnych, kiedy każdy podlicza przeczytane książki, ocenia i porównuje, a także tworzy listy najciekawszych tytułów. Nie będę wyjątkiem - muszę się pochwalić tym, co wyjątkowo zachwyciło mnie podczas ostatnich dwunastu miesięcy intensywnego czytania.

Zanim jednak przejdę do typowo czytelniczych statystyk, nie mogę pominąć ważnego dla mnie miesiąca jakim był czerwiec. Tak się złożyło, że wszystko co najważniejsze, wydarzyło się w połowie roku. W tym miesiącu wybrałam temat pracy magisterskiej, obroniłam pracę dyplomową na drugim kierunku studiów i - najważniejszy punkt dla mojego życia czytelniczego i towarzyskiego - zaczęłam prowadzić bloga. To z kolei sprawiło, że poznałam dwie wspaniałe Natalie - jedna prowadzi bloga Kronika Kota Nakręcacza, i to ona poznała mnie z drugą - właścicielką strony Książką po łapkach. Teraz mogę spokojnie myśleć o ilości i jakości tytułów, z którymi spędziłam ubiegły rok.

W sumie przeczytałam ponad sto książek, ale nie wygrzebię się spod obliczeń, więc odpuszczę sobie podawanie dokładnej liczby stron. Wolę poświęcić trochę miejsca na wymienienie najciekawszych książek jakie przeczytałam w ubiegłym roku. Nie jestem w stanie wybrać tej najlepszej, ponieważ znajdują się tu zarówno powieści obyczajowe jak i literatura faktu - trudno więc je ze sobą porównywać.

O dziwo, na mojej liście przeważają polscy autorzy - zupełnie się tego nie spodziewałam, biorąc pod uwagę mój stosunek go rodzimej prozy. Wygląda na to, że przestałam się jej bać i zaczynam doceniać polską literaturę.
Za szczególne podejście do tematu wojny, zaraźliwy optymizm bohaterki i zaskakujące wyznania. To zdecydowania pozycja obowiązkowa dla osób zainteresowanych tematyką wojenną, która pozwala poznać niezbyt popularną metodę radzenia sobie z ciężkimi przeżyciami.


Za chwytające za serce opowieści o sile i odwadze kobiet, które ryzykowały swoje zdrowie i życie, by nieść pomoc innym. Dla wszystkich, którzy nie wierzą w istnienie kobiecego uporu i zapominają o tym, że II wojna światowa miała swoje bohaterki.



Jhumpa Lahiri - Imiennik (Prószyński i S-ka, 2007) oraz Zadie Smith - O pięknie (Znak, 2011)
Za klasyczne opowieści o problemach z tożsamością, przynależności kulturowej. O dzieciach hybrydach stworzonych przez emigrację, kruchych więzach rodzinnych i pozycji kobiet w rodzinie. Za umiejętne przeciwstawienie - odpowiednio - Indii oraz Anglii/Karaibów ze Stanami Zjednoczonymi.
Za szczere opowieści o życiu w cieniu Holokaustu. Za świadectwo drugiego pokolenia, które nadal zmaga się z przeszłością rodziców. Za oddanie głosu tym, którzy nie przeżyli wojny, a doskonale ją pamiętają.




Ignacy Karpowicz - Sońka (Wydawnictwo Literackie, 2014)
Za historię z przeszłości, która łączy zupełnie obcych sobie ludzi, budzi ukryte głęboko wspomnienia i przenosi w dawno zapomniane czasy.




Leonie Swann - Sprawiedliwość owiec (Amber, 2006)
Za iście orwellowską opowieść, nie o świnkach, lecz o równie hodowlanych owieczkach, które pod lupę biorą ludzkie zachowania, tropiąc tajemniczego mordercę swojego pasterza. W tej opowieści pełno jest humoru, grozy i wełny, która szczelnie otuli każdego wymagającego czytelnika.
Za opisanie trudnego tematu w formie osobistych zwierzeń o wyobcowaniu w rodzinie. Za matkę, która zamiast miłości, na swoje jedyne dziecko przelewa tylko ból i poczucie zagubienia w nieprzyjaznym świecie.

Na razie myślę o tym roku bardzo ogólnie, w kontekście wyzwania czytelniczego. Wyjątkowo w tym roku zdecydowałam się na taką formę kontrolowania przeczytanych książek i mam nadzieję, że uda mi się część posiadanych już przeze mnie pozycji zaliczyć do wyznaczonych kategorii. Nie wybrałam żadnych książek, które obowiązkowo muszę przeczytać przez najbliższe miesiące, choć postanowiłam sobie, że połowa z ponad stu tytułów, jakie zamierzam pochłonąć w 2015 będzie nowościami wydawniczymi, a połowa - zalegającymi na półkach starszymi lub nowszymi wydawnictwami.

sobota, 3 stycznia 2015

Paweł Smoleński "Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem"

Temat Ukrainy w mediach nie pojawia się już tak często, jak jeszcze parę miesięcy temu. Zainteresowanie sytuacją w Doniecku i Ługańsku gwałtownie spadło i wygląda na to, że cała reszta świata przeszła do porządku dziennego nad ukraińskim problemem z rosyjskimi zakusami na ich terytorium. W pierwszą rocznicę od protestów na kijowskim Majdanie na polskim rynku książki pojawiła się rozmowa Pawła Smoleńskiego z Jurijem Andruchowyczem - poetą, prozaikiem, eseistą i tłumaczem pochodzącym z Iwano-Frankiwska, który razem z tysiącami ludzi brał udział w protestach na Placu Niepodległości (ukr. Majdan Nezałeżnosti)

Podczas IV Salonu Ciekawej Książki, który odbył się w listopadzie ubiegłego roku w Łodzi, miałam okazję wysłuchać opowieści o jego książkach oraz życiu na Ukrainie, w cieniu nieustającej walki o niezależność od Wielkiego Brata. Teraz nadeszła pora na zmierzenie się z poglądami Andruchowycza utrwalonymi na papierze. Muszę przyznać, że spotkanie czytelnicze okazało się równie interesujące, jak to twarzą w twarz. 


Tytuł "Szcze ne wmerła i nie umrze" zawiera pierwsze słowa ukraińskiego hymnu państwowego, a w połączeniu z drugim członem tworzy - co przyznał sam Andruchowycz - zgrabne połączenie między naszymi krajami. Autor książki jest Polakiem, jego rozmówca - Ukraińcem. Wspólnie próbują opowiedzieć czytelnikowi o Ukrainie i jej związku z Rosją, o obywatelach tej pierwszej i tej drugiej, o propagandzie służącej walce o władzę, fałszerstwach, manipulacjach i politycznych morderstwach. 

Przykro mówić, ale dzisiejszy Donbas zasiedlają orwellowscy prole. Nie ma tam ludzi zdolnych do refleksji i do buntu, rządzą nimi bandyci. Prole mogą wyjść na ulice, a nawet przejechać w zorganizowanych kolumnach do Kijowa, mogą demonstrować i bić oponentów, ale tylko na rozkaz swoich naczelników i kiedy im się za to zapłaci. s. 120

Andruchowycz niezwykle emocjonalnie opisuje przebieg Majdanu z przełomu 2013/2014 roku. Trudno dziwić się jego ostremu, bezpośredniemu językowi - w końcu mówi o swojej ojczyźnie, która nie po raz pierwszy znalazła się na skraju przepaści, kiedy to władza w geście paniki, zwróciła się przeciwko rozżalonym jej decyzjami ludziom. Zresztą nie tylko w pierwszej części pisarz nie przebiera w słowach. Jego wściekłość i rozgoryczenie skomplikowaną sytuacją polityczną i niemocą narodu, który biernie musi przypatrywać się jak politycy drepczą dookoła Putina, wybrzmiewa na każdej stronie "Szcze ne wmerła..".

A na Kremlu siedzi ten złośliwy mały gnom. I nie wiadomo, co zrobi. s. 170 
Rosja chce jeszcze więcej i więcej, nieprzytomnie mocno, i nie czuje, że może się zadławić. Jest nienażarta, to prawda. Znów wróciło myślenie, że "kurica nie ptica, Polsza nie zagranica". Bójcie się, bo macie czego. s. 159
Ciągle wielka ta Rosja, ale się sypie. Stroszą więc piórka, odgrywają przed światem, że są najsilniejsi. Ale niech coś pęknie w środku. Wtedy Putin też nie pomoże, choćby żył sto dwadzieścia lat. s. 161

Podczas rozmowy Paweł Smoleński usuwa się w cień Jurija Andruchowycza, pozwalając mu prowadzić monolog. Sporadycznie zadaje pytania, służące rozwinięciu danego tematu lub odejściu od określonego wątku. Taki zabieg pozwala na dokładniejsze opisanie uczuć rozmówcy, choć niekiedy sprawia, że rozmowa wymyka się spod kontroli i ciągnie - szczególnie odczuwalne jest to w pierwszej części książki. W rozdziałach poświęconych ogólnej sytuacji politycznej na Ukrainie oraz w Rosji, choć nadal jest poważnie, zauważalny jest większy porządek myśli i wypowiedzi, a opowieść porywa czytelnika aż do ostatniej strony. 

Historia relacji ukraińsko-rosyjskich jest niezwykle zagmatwana. Dodatkowo specyficzna mentalność obydwu narodów sprawia, że trudno o proste wyjście ze skomplikowanej sytuacji. Pod rządami kiepskich polityków sterowanych przez Putina, Ukraina zdaje się całkowicie zniewolona i stłamszona przez Rosję. Bierność Europy i reszty świata połączona z agresywnym postępowaniem rosyjskiego prezydenta odbiera temu krajowi szansę na jakąkolwiek zmianę. 

Ukraina jako kraj pomiędzy Rosją a Zachodem, zona buforowa, zderzak. s.171
Dotychczasowe ukraińskie rozczarowania kładą się cieniem na wszystkim, co robimy. Dlatego wielu z nas patrzy na ostatnią rewolucję i niekoniecznie muszą być z niej zadowoleni. Może trzeba było mocniej, ostrzej, głębiej? Może coś zostało spaprane już na samym początku? s. 125

Choć tytuł książki brzmi optymistycznie, to jednak ma wydźwięk zdecydowanie pesymistyczny. Choć Ukraina ciągle walczy i nie chce się poddać, jest w poważnych tarapatach. Mimo to, nadzieja na lepsze jutro trwa w sercach Ukraińców i nie pozwala się poddać. Oby tym razem nie skończyło się podobnie, jak po pomarańczowej rewolucji. Polecam gorąco wszystkim zainteresowanym tym tematem.

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 21.11.14
Strony: 176

piątek, 2 stycznia 2015

Grudniowe podsumowanie książkowe

W końcu udało mi się poświęcić sporo czasu na czytanie. Grudzień okazał się wyjątkowo czytelniczy, a i dobór lektur sprawił, że bardzo produktywnie spędziłam ostatni miesiąc w roku i początek wcale-nie-takiej-strasznej zimy. Oto lista tytułów, które zagościły w grudniu 2014 roku na blogu:


1. Paula Daly - Gdy przejdziesz przez próg (456)
2. Greg Marinovich, João Silva - Bractwo Bang Bang (306)
3. Jennifer Clement - Modlitwa o lepsze dni (320)
4. Darien Gee - Uśmiech Madeline (632)
5. Carla Montero - Złota skóra (376)
6. Karol Lewandowski - Busem przez świat. Ameryka za osiem dolarów (336)
7. Magdalena Tulli - Szum (192)
8. Karen Duve - Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment (334)
9. Michał Olszewski - Najlepsze buty na świecie (256)
10. Mikołaj Grynberg - Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne (304)

Razem: 3512 stron

Muszę przyznać, że zdecydowanie lepiej czytało mi się w drugiej połowie miesiąca, a literatura faktu zdołała skuteczniej przyciągnąć moją uwagę. Wyjątek wśród historii fikcyjnych stanowił fenomenalny "Szum" Magdaleny Tulli. Do literatury podróżniczej wrócę niejeden raz w styczniu, klasyczne powieści obyczajowe będę natomiast starała się omijać jak najszerszym łukiem - chyba, że znajdę jakąś naprawdę wybitnie interesującą pozycję.

Żeby było jeszcze pozytywniej, udało mi się trafić na wszystkie trzy zaplanowane już w listopadzie spotkania z autorami. Na książkach znalazły się podpisy i dedykacje od Magdaleny Tulli, Andrzeja Stasiuka, a także Karola Lewandowskiego i Oli "Alex" Ślusarczyk. 


Podobno jaki ostatni dzień starym roku, taki cały kolejny. Moje lektury z końcówki miesiąca okazały się naprawdę dobre. Oby tak dalej, a będę naprawdę spełnioną czytelniczką. W końcu w czytaniu chodzi mi nie tyle o odpoczynek, a o naukę. Książka musi być dobrze napisana i wartościowa.