czwartek, 31 grudnia 2015

Ian Thornton "O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty, choć wcale tego nie chciał"

Dawno nie czytałam książki, która jest dowcipna, ale nie głupia. Dlatego bez wahania sięgnęłam po debiut Thorntona - już opis obiecywał wiele, a kiedy ją w końcu rozpoczęłam.. Z resztą - sami zobaczycie.

 
Johan Thoms przyszedł na świat w podsarajewskiej wsi, jako drugi syn nauczyciela zimą 1894 roku. Bystry chłopiec szybko zyskał status lokalnej gwiazdy, gdy rozgromił szachowego mistrza w emocjonującym pojedynku umysłowej siły. Niefortunny wypadek jakiego główny bohater doznał wkrótce zapoczątkował serię wydarzeń, które doprowadziły młodego mężczyznę do przyjęcia posady szofera za pośrednictwem bliskiego przyjaciela rodziny. 
 
Pewnego dnia dostępuje zaszczytu kierowania autem, którego pasażerami są arcyksiążę Franciszek Ferdynand i jego ciężarna żona Zofia. Ten dzień - 28 czerwca 1914 roku - na długo zapadnie w pamięc Johana, a cały świat uzna go za bezpośrednią przyczynę wybuchu pierwszej wojny światowej. Okryty hańbą, ucieka z serbskiej stolicy, by uniknąć kary, że kiedyś na pewno go dosięgnie. Jego towarzyszami stają się chorowity chłopiec, który karze nazywać się Cycero i bezpański pies Alfredo. Wspólnie ruszają w świat, by uciec od przeszłości.
 
"O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty.." to książka zabawna i pełna humoru; choć zdarzały się w niej fragmenty obraźliwe, a wręcz obsceniczne - nie raziły tak mocno. Mimo wszystko, nie można odmówić autorowi lekkości pióra i niezwykłej umiejętności konstruowania histori tak angażującej i ciekawie napisanej, że aż żal robić przerwę na sen. Pełni wad, komiczni bohaterowie świetnie wypełniają bogate tło narracji i gwarantuje powieści podbicie niejednego czytelniczego serca.
 
Thornton porywa czytelnika do szalonego świata sprzed ponad stu lat, w którym rozpustny Johan Thoms, amator absyntu i pięknych kobiet w wyniku dziwnych splotów okoliczności przeżywa nieprawdopodobne przygody. W tle toczy się współczesna historia, na czele z pierwszą wojną światową. Szalona akcja prezentuje się jakby dostojniej w towarzystwie klasyki literatury światowej. Autor nie szczędzi czytelnikowi odniesień do innych dzieł, a rytm każdemu rozdziałowi nadaje otwierający go cytat. Książka przywodzi mi na myśl szwedzki bestseller o rozbójnickim stulatku, który dawno temu chwaliłam na blogu - w porównaniu do tego tytułu propozycja Johanssona wypada po prostu marnie. Ian Thornton stworzył powieść satyryczną na naprawdę wysokim poziomie.

Ocena: 8/10

Wydawca: Marginesy
Premiera: 18.11.15
Strony: 416

wtorek, 29 grudnia 2015

Eleanor Catton "Próba"

O Eleanor Catton usłyszałam już przy okazji głośnej premiery jej drugiej powieści zatytułowanej "Wszystko, co lśni". Nie zadowoliłam się samym ebookiem i wkrótce sprawię sobie jej papierową wersję - może to bardziej zmotywuje mnie do lektury. Zaczęłam za to chronologicznie, od debiutu tej urodzonej w Kanadzie nowozelandzkiej autorki, uważanej za prawdziwe objawienie.

 
Za sprawą romansu z nauczycielem, panem Saladinem, siedemnastoletnia Vistoria staje się nagle sensacją niewielkiego miasteczka. Akademicka społeczność, rozemocjonowana nie do końca jasnymi wydarzeniami, próbuje dotrzeć do prawdy i jakoś poradzić sobie z ich konsekwencjami. Rozłam w grupie szkolnych przyjaciółek, spotkania z psychologiem i towarzysząca wszystkim atmosfera tajemniczości - to nowa, obca ale też odrobinę ekscytująca codzienność bohaterów "Próby".
 
Tymczasem studenci lokalnego Instytutu Dramatycznego traktowani są przez swych wykładowców jak obiekty eksperymentu społecznego. Sami świetnie wchodzą w swoje role i pozwalają, by znudzeni życiem dziekani wydziałów aktorstwa oraz ruchu scenicznego kierowali ich losem. Z okazji zakończenia pierwszego roku nauki wystawiają sztukę o licealnej skandalistce. Brzmi plotkarsko, jednak zamiast niespodziewanych zwrotów akcji, Catton serwuje czytelnikom szokująco szczere wyznania.
 
Granica między grą aktorską a faktycznymi wydarzeniami rozgrywającymi się na terenie kampusu jest u Catton mocno rozmyta. Bohaterowie szkolnego skandalu i przyglądający się im aktorzy nawzajem wkraczają w swoje światy - zarówno fizycznie, jak i metaforycznie. Stanley wiąże się z Isolde - siostrą molestowanej licealistki, a bezimienna nauczycielka gry na saksofonie bawi się swoimi podopiecznymi i manipuluje młodym aktorem. Trudno stwierdzić, co jest tylko grą pozorów, a co normalną ludzką interakcją.  
 
Teatralność "Próby" wytrąci z równowagi niejednego czytelnika i wprawi w go zdumienie, by ostatecznie wywołać jego zachwyt. Nie jest to zdecydowanie książka o prostej strukturze, lekka i do szybkiego połknięcia między poświątecznym karpiem a sernikiem. Należy jej oddać całą uwagę, a wtedy ona odwdzięczy się tym samym odbiorcy. Polecam.

Ocena: 8/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 3.12.15
Strony: 384

niedziela, 27 grudnia 2015

Książkowe premiery stycznia

Po leniwym grudniu wydawcy znów rozkręcają się ze swoimi nowościami. Nie będzie nawet czasu, by nadrobić świąteczno-prezentowe lektury. W styczniu czekam na sporo premier, a lista z każdym dniem rośnie. Oto tytuły, które do tej pory mnie zaciekawiły:

Tove Jansson "Córka rzeźbiarza"
Marginesy, 13 stycznia


Autobiografia w formie opowiadań to ciekawa alternatywa dla tradycyjnych wspomnień. To książka,  która skrywa w sobie m.in. pierwowzory muminkowych bohaterów, historie z dzieciństwa i całą magię czasów, w których dorastała Tove Jansson. Zapowiada się interesująco.



Janusz Majewski "Czarny mercedes"
Marginesy, 13 stycznia


Ta książka będzie kolejnym przedmiotem mojego eksperymentu z poznawaniem polskiej prozy. Do lektury szczególnie mocno zachęca sukces poprzednich książek Majewskiego, który jako reżyser stworzył m.in. ekranizację "Excentryków". Kyminalna zagadka w czasach okupacji, wojenne Lwów i Warszawa, podwójni agenci, fałszywe tożsamości i - na co liczę przede wszystkim - fascynująca fabuła, która pochłania czytelnika od pierwszych stron.




Steve Sem-Sandberg "Wybrańcy"
Wydawnictwo Literackie, 13 stycznia


Ta książka jest dowodem, że największe koszmary nie są dziełem wyobraźni pisarzy. Prawdziwa historia wiedeńskiego ośrodka dla chorych psychicznie pokazuje po raz kolejny do jakiego zła zdolny jest człowiek. W "Wybrańcach" autor przedstawia wydarzenia z czasów II wojny światowej, opisując nieludzkie eksperymenty nazistowskich naukowców i lekarzy na pacjentach.




Jürgen Thorwald "Ginekolodzy"
Marginesy, 13 stycznia


Trudno w to uwierzyć, ale nigdy jeszcze nie czytałam książek Thornwalda, choć w Polsce pojawiło się ich całkiem sporo. Pora nadrobić literackie zaległości - zaczynam od tytułu, który zapowiada się niezwykle ciekawie. Dzieje ginekologii, nie mniej fascynujące od innych dziedzin medycyny, czytelnicy będą mogli poznać już w drugą środę nowego roku. Będzie krwawo, rzeźniczo wręcz, ale jak obiecuje wydawca - na wysokim poziomie.




Ed Vulliamy "Wojna umarła, niech żyje wojna"
Czarne, 13 stycznia


Czyżby kolejny fenomenalny reportaż? To całkiem możliwe, bo i wydawca godny zaufania i autor ceniony przez czytelników. Chętnie wrócę literacko na Bałkany, choć po "Jakbyś kamień jadła" Tochmana, trochę obawiam się o swoje nerwy - temat ludobójstwa jest wyjątkowo trudny do przetrawienia.




Pater Carey "Prawdziwa historia Neda Kelly'ego"
Wielka Litera, 27 stycznia

Autora kojarzę dzięki zekranizowanej książce "Oskar i Lucynda"; również film o słynnym gansterze Nedzie Kellym jest mi znany. Za ten tytuł Carey nagrodzony został Bookerem, a więc tym bardziej warto go poznać. Ostatnio literatura australijska nie tylko jest intensywnie promowana, ale też potrafi się obronić - pisarze z tego odległego kawałka świata za każdym razem bardzej zaskakują czytelników.




Majgull Axelsson "Dom Augusty"
W.A.B., 29 stycznia


Do tej autorki przymierzam się od momentu, gdy wydawca wznowił wszystkie jej książki. Chyba najwyższa pora poznać się z panią Axelsson. Historia trzech pokoleń kobiet, których nie oszczędza los to zdecydowanie dobry tytuł na początek. Ciekawa jestem, jak ta książka wypadnie w porównaniu z pełnym kobiecych postaci "Domem z witrażem" Żanny Słoniowskiej. 



Héctor Tobar "Ciemność. Nieopowiedziane historie o trzydziestu trzech mężczyznach uwięzionych pod ziemią i o cudzie, który ich uratował"
Dowody na istnienie, 20 stycznia 2016


Tą katastrofą żył cały świat; gazety rozpisywały się o cudach, eksperci próbowali jakoś wyjaśnić, jak to się stało, że mężczyźni przetrwali ponad dwa miesiące pod ziemią. Bohaterscy górnicy opowiadają Tobarowi o najcięższych chwilach spędzonych w zniszczonej kopalni w Chile.


Na które premiery najbardziej czekacie?

środa, 23 grudnia 2015

Lucy Ribchester "Sufrażystki"

Kiedy uświadamiam sobie, że sufrażystki z trudem wywalczyły dla kobiet pierwsze podstawowe prawa zaledwie sto lat temu, ogarnia mnie przygnębienie na myśl o tym, jak wcześniej wyglądał świat płci zwanej piękną. Cztery ściany, mąż i dzieci, obowiązki pani domu i wszędzie pojawiające się ograniczenia - to dosyć smutny scenariusz. O tym kto i jak walczył z nierównością płci w wyjątkowy sposób opowiada Lucy Ribchester.


Frankie George, dziennikarka o osobliwym wyglądzie chłopczycy, dostaje zlecenie opisania sylwetki tajemniczej akrobatki związanej z ruchem sufrażystek. Tak piękna, jak nieuchwytna dla prasy Ebony Diamond z wyglądu skojarzyła mi się od razu z brutalnie zamordowaną Elizabeth Short, zwaną Czarną Dalią. Prezentująca się publiczności w wymyślnych gorsetach dziewczyna, znika pewnego dnia w trakcie przedstawienia. Ponieważ kariera protagonistki wisi na włosku praktycznie od samego początku, a brak artykułu  na temat zaginionej piękności oznaczać będzie dla niej koniec marzeń o miejscu wśród elity dziennikarstwa, Frankie szczególnie angażuje się w odnalezienie Ebony.

To herb rodowy, czy tak? Piękny. Powinnaś zobaczyć mój. Widnieją na nim barani udziec, kostka mydła karbolowego i koło od taczki. s. 309

Główna bohaterka natrafia na pierwsze ślady spisku w tym samym czasie, gdy policja rozpoczyna śledztwo mające na celu wyjaśnienie dwóch tajemniczych morderstw. Wstawki pokazujące kulisy pracy detektywa Primrose'a sprawiają, że akcja płynnie się rozwija, szczelnie wypełniając luki pozostawione przez narrację ukazująca działania młodej dziennikarki. Chociaż nie jestem fanką powieści detektywistycznych, w "Sufrażystkach" rozdziały wypełnione po brzegi policyjnym śledztwem w ogóle mi nie przeszkadzały.

Brudne ulice Londynu stają się miejscem akcji powieści łączącej w sobie elementy kryminału oraz fabularyzowanej literatury faktu. Autorka przyznaje, że w wielu miejscach naciąga prawdę i zmienia chronologię prawdziwych wydarzeń, by pasowały do jej narracji. Ogólny zarys tamtych burzliwych czasów pozostaje szkieletem, na który Ribchester narzuca kolejne warstwy swojej historii. Ruch sufrażystek, niezwykle aktywny w pierwszych dekadach ubiegłego stulecia, jest tu niezwykle ważny. Kobiety walczące o prawa wyborcze przerażają i fascynują główną bohaterkę, która żmudnie szuka przyczyny zniknięcia znanej artystki, powoli odkrywając szokującą prawdę.

Na wspomnienie zasługuje też szalona Iskierka, współtworząca z Frankie podrzędne artykuły do London Evening Gazette. Jej drobne dziwactwa, specyficzne poczucie humoru i cięty język w połączeniu z burzliwą przeszłością rzekomej kurtyzany czynią tę postać prawdziwym kuriozum. Szczególnie bawi nadanie tak dziecinnego przydomka osobie, która swą młodość ma już dawno za sobą. Sugerujące wdzięk i delikatność imię zupełnie nie pasuje do osoby, którą czasem aż chciałby się określić mianem złośliwego babska. Element komizmu świetnie uzupełnia wątki kryminalne, nieco ożywiając zakurzony gatunek powieści historycznej. Zdecydowanie warto poznać tę książkę.

Według legendy pewien poeta rzucił się z jej powodu do Tamizy, chociaż później zmienił zdanie i dopłynął do brzegu, aby po kilku tygodniach umrzeć na cholerę. s. 46

Ocena: 7/10

Wydawca: Marginesy
Premiera: 4.11.15
Strony: 432

wtorek, 15 grudnia 2015

Richard Flanagan "Ścieżki północy"

Gdy Flanagana ogłoszono kolejnym laureatem Nagrody Bookera, mało kto kojarzył jego nazwisko. Wszystko zmieniło się wczesną jesienią, kiedy ukazał się polski przekład nagrodzonej książki - każdy zapragnął ją mieć. Ja również się skusiłam i nie żałuję swojej decyzji.


W czasie II wojny światowej Dorrigo Evans poznaje piękną Amy, żonę swojego wuja. Krótki, lecz niezwykle intensywny romans przeradza się w trwające całe życie, niemożliwe do zdławienia uczucie. Wspomnienia tych paru tygodni, które para spędziła razem w Adelaide powracają do głównego bohatera, gdy jako jeniec wojenny pracuje przy budowie japońskiej Kolei Śmierci w Birmie. W podeszłym wieku, gdy dla całego świata jest bohaterem wojennym i sławą chirurgii, również nie potrafi wymazać z pamięci kobiety, która na zawsze zmieniła jego życie.

Mimo, że Evans często wraca myślami do tamtych letnich dni, to właśnie wojenna zawierucha i towarzyszące jej trudne decyzje, które musi podejmować jako lekarz, tworzą prawdziwe tło tej historii. Poniżające warunki panujące w obozie, skąpe racje żywnościowe, praca ponad siły, przemoc ze strony japońskich i koreańskich strażników oraz wyniszczające choroby bardzo doskwierają setkom australijskich żołnierzy. By nie wpaść w obłęd, główny bohater ratuje się wspominaniem piękności z czerwonym kwiatem we włosach.

W "Ścieżkach północy" najważniejszy jest chyba ten niesamowity kontrast pomiędzy pięknymi, chwytającymi za serce i pełnymi stonowanego romantyzmu opisami romansu Dorriga z Amy, a brutalnymi, pozbawionymi martyrologii obrazami nieludzkich cierpień, którym poddawani byli jeńcy wojenni. Już dawno nie czytałam książki, która wzbudzałaby we mnie aż tyle sprzecznych uczuć - od szczerego wzruszenia, przez śmiech, po obrzydzenie czy przygnębienie. Naciąganie przez Dorriga norm moralności to jeden z ważniejszych elementów tej historii; świadomość krzywdzenia żony nie powstrzymuje głównego bohatera. Silne uczucie, którym  darzy tę drugą kobietę jednocześnie niszczy go i motywuje do działania.

Choć ta opowieść miejscami jest tak szczera, że aż odpychająca, to jednak z czystym sumieniem mogę nazwać ją jedną z najpiękniejszych książek wydanych w tym roku. Składa się na to zarówno niezwykły język i styl autora, jak i kreacja głównego bohatera - człowieka nie do końca dobrego, ale jednak wzbudzającego sympatię czytelników. Misternie skonstruowana narracja z licznymi zakrętami i subtelnymi zwrotami akcji tworzy dzieło wyjątkowe. Potrzeba ogromnego skupienia i spokoju, by w pełni móc cieszyć się tą historią, ale obiecuję każdemu niezdecydowanemu, że naprawdę warto poznać prozę Flanagana.

Ocena: 9/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 8.10.15
Strony: 473

środa, 9 grudnia 2015

Katarzyna Molęda "Szwedzi. Ciepło na północy"

Szwecja kojarzy mi się przede wszystkim - jak każdemu na świecie - z Ikeą. Od paru lat również ze studenckimi wakacjami, świąteczną "colą", wszechobecną lukrecją, cukrzycotwórczymi słodyczami i pchlimi targami, na których za grosze można kupić fajne płyty i ubrania. A jak widzi ją osoba, która w tym kraju przebywa na stałe?
 

Katarzyna Molęda od wielu lat żyje w Sztokholmie, ale pisze nie tylko - choć przede wszystkim - o stolicy Szwecji. Przybiera naszą polską perspektywę, opisując jak wygląda życie za morzem. Dzięki temu zabiegowi udało jej się wybrać i przedstawić ciekawostki ważne z naszego punktu widzenia; porównuje też często sytuację Szwedów z życiem Polaków.

Na pochwałę zasługuje pomysł połączenia określonych zagadnień pod bardzo ogólnymi tytułami rozdziałów; o tradycjach świątecznych, formach wypoczynku w dni ustawowo wolne od pracy czy popularnych potrawach serwowanych podczas konkretnych świąt autorka wspomina w części Szwed świąteczny. Łączenie z pozoru niezwiązanych ze sobą kwestii i zagadnień nie pozwalało czytelnikowi na nudę. Sporo ciekawostek pokrywa się z moją wiedzą o tym kraju pochodzącą z własnych doświadczeń lub innych publikacji, co tylko uwiarygodniło w moich oczach tę pozycję.
 
Jedyne, co przeszkadzało mi podczas lektury, to sposób rozmieszczenia fotografii - tak, że ich centralna część znikała w zagięciu książki. Trudno ogląda się zdjęcia, gdy spory ich fragment jest zupełnie niewidoczny. Zdecydowanie lepszym posunięciem byłoby umieszczenie ich na pojedynczej stronie, zamiast na dwóch - nawet kosztem mniejszego rozmiaru. Mimo wszystko, sam pomysł dodania do tekstu odpowiadających mu obrazów jest bardzo dobry.

Katarzyna Molęda pisze ciekawie i przystępnie. Jej książkę można określić swego rodzaju opowieść skierowaną do znajomego, który zainteresował się kulturą szwedzką. Dobrze czyta się ten dosyć lekki, potoczny wręcz język, bardziej pasujący do narracji ustnej, niż tekstu. Nie jest to jednak poradnik, jak przetrwać w  zupełnie obcym obyczajowo kraju, a raczej bardzo luźne opracowanie podkreślające różnice między Polską a Szwecją z naszej perspektywy - jakże innej od punktu widzenia chociażby Brytyjczyka. Zdecydowanie warto się z nią zapoznać, polecam.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 21.10.15
Strony: 352

niedziela, 6 grudnia 2015

Listopadowe podsumowanie książkowe

Kolejny miesiąc skończył się równie szybko, jak poprzedni. Przeczuwam, że nawet nie zauważę, kiedy minie ponura zima. Czas pędzi jak szalony i chyba nie mam na co narzekać - w końcu jesień spędzałam w doborowym towarzystwie.

Mój skromny listopadowy stosik prezentuje się następująco:


1. Jarosław Mikołajewski - Wielki przypływ (136)
2. Janusz Leon Wiśniewski - I odpuść nam nasze... (220)
3. William Golding - Władca much (256)
4. Joseph Sheridan Le Fanu - Carmilla (85)
5. Sylwia Chutnik - Jolanta (288)
6. Michael Booth - Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych (368)
7. Stefan Hertmans - Wojna i terpentyna (416)

Razem: 1769 stron

O dziwo, moja czytelnicza produktywność nie spadła w stosunku do poprzedniego miesiąca, choć w ostatnich tygodniach miałam naprawdę sporo na głowie. Szczęśliwie, to już za mną i od grudnia mogę w pełni poświęcać się czytaniu. Mnie, zagorzałą przeciwniczkę literatury rodzimej, najbardziej zaskakuje tak liczna obecność książek Polaków. Właściwie tylko jeden tytuł odstawał trochę od pozostałych, ale nie muszę powtarzać, który pisarz nieszczególnie przypadł mi do gustu.

Jeśli chodzi o sprawy inne - udało mi się jednak ominąć nasze łódzkie marniutkie i bardzo nieprofesjonalne targi książkowe. Za to spotkanie z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim, na które zawędrowałam na początku miesiąca sprawiło, że zechciałam poznać również jego najnowszą książkę. O mocniejsze bicie serca przyprawiła mnie informacja o rozpoczynającym się w grudniu festiwalu Puls Literatury, w ramach którego planowane są wieczory literackie m.in. z Jackiem Dehnelem, Ingą Iwasiów, Ziemowitem Szczerkiem, Piotrem Tarczyńskim, a także z genialną trójcą polskiego reportażu - Hanną Krall, Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem. Będę na pewno!

czwartek, 3 grudnia 2015

Jamil Ahmad "Wędrowny sokół"

Dziś nietypowo krótki wpis o książce, która mnie rozczarowała. Nieczęsto krytykuję tytuły ukazujące się nakładem Czarnego, ale ten wyjątek potwierdza regułę. Mój ulubiony wydawca również zalicza drobne potknięcia.


Z opisu wydawcy: 
Ta książka to niemal baśniowa opowieść o wędrowcu, który bywa informatorem władz, przewodnikiem, handlarzem, lecz gdy go zapytać o pochodzenie – milczy. Towarzysząc mu, czytelnik odkrywa tajemnice Beludżów, ludów Afridi, Waziri i Bettanów. Nieznających władzy, granic, kierujących się własnym kodeksem honorowym. Tor Baz staje się także świadkiem zmian, które w drugiej połowie XX wieku poskromiły wypełniony wolnością świat wędrowców.
Odniosłam wrażenie, że obecność głównego bohatera jest tak naprawdę pretekstem do snucia opowieści o świecie ludów wędrujących. Sam Tor Baz pojawia się z częstotliwością postaci drugoplanowej, wszystko inne wydaje się od niego ważniejsze. Może to był celowy zabieg autora, by pokazać jak tajemniczą postacią jest protagonista, jednak mnie zniechęcił do dalszego czytania. Chociaż pasztuńskie plemiona i ich obyczaje stanowią świetny materiał na książkę, "Wędrowny sokół" zdaje się nie wykorzystywać w pełni tego potencjału.

W zasadzie w ogóle nie potrafiłam wczuć się w te historie; wydawały się nie mieć ze sobą żadnego związku. Autor chciał ukazać rozpadający się świat nomadów i uważam to za bardzo ciekawy pomysł. Niestety wykonanie mocno kuleje, przekaz zawarty pomiędzy wierszami wydaje się niewyraźny, jakby sam Ahmad nie był pewien, o czym chciał napisać.

Pomijając kwestie chaotycznego prowadzenia narracji, zarzucania czytelnika milionami imion i tytułów oraz nagłych przeskoków akcji, ta historia pisana jest językiem tak koszmarnie nieciekawym, że trudno mi zrozumieć, dlaczego została uznana za wyjątkową. Wydaje mi się, że nie brakuje na Bliskim Wschodzie dobrych pisarzy. Oczywiście, to godne podziwu, że autor w tak późnym wieku debiutował i odniósł ogromny sukces, niestety jego twórczość zupełnie do mnie nie przemawia.

Ocena: 5/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 4.02.15
Strony: 152

poniedziałek, 30 listopada 2015

Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

Długo nie mogłam podejść do tej książki i słusznie obawiałam się poświęcenia jej większej ilości uwagi. To jeden z tych tytułów, na który lepiej przygotować sobie sporo wolnego czasu, ponieważ pochłania bez reszty i nie pozwala czytelnikowi odejść od niej, dopóki ten jej nie skończy. Nie ma czegoś takiego jak przerwa od "Wojny i terpentyny". Nawet, jeśli odłoży się ją na półkę - i tak zostaje w człowieku. 


Stefan Hertmans otrzymał od umierającego dziadka spisane w dwóch opasłych zeszytach wspomnienia z jego młodości. Niepozorne pamiętniki kryją w środku cenne historie z okresu pierwszej wojny światowej - walkę na froncie belgijskim oraz opowieści rodzinne, w szczególności dotyczące zamiłowania pradziadka autora (malarza fresków) do sztuki, która stała się także pasją następnych pokoleń. Tytuł książki to synteza dwóch najważniejszych czynników kształtujących charakter Urbaina Martiena.

Hertmans dzieli swą opowieść na trzy części. W pierwszej łączy znane z rodzinnych opowieści fakty z młodości dziadka, dopasowując je do tych zebranych w pierwszym zeszycie. Kolejny rozdział to zredagowany drugi pamiętnik zawierający historie z czasów, gdy Urbain walczył przeciwko Niemcom podczas pierwszej wojny światowej. Książkę zamyka spisana opowieść o czasach powojennych, aż do śmierci mężczyzny w latach osiemdziesiątych. Całości dopełniają wtrącone tu i ówdzie krótkie relacje z podróży śladami Martiena.

Oczywiste skojarzenie z paroma tytułami nasuwa się samo. Błądzenie po nie do końca jasnej przeszłości dziadka przypomina mi "Może Esterę" Pietrowskiej. Przyjęty przez Hertmansa sposób pisania o ukochanym członku rodziny, pełen podziwu i szacunku, z miłością wybrzmiewającą z każdej strony mogę porównać ze wspaniałym "Moim ojcem Romulusem" Gaity, a z kolei dzieciństwo naznaczone biedą i ciężką pracą to motyw przewodni m.in. "Popiołu i żaru", wspomnień Franka McCoutra.

Całość, mimo wyraźnych podziałów chronologicznych i tematycznych, jest przede wszystkim spójna, ciekawie napisana. Cieszy brak ckliwości w stylu autora; mimo to, zrekonstruował wspomnienia tak pięknie, że wywołują one w czytelniku wzruszenie niezwykle głębokimi i silnymi uczuciami łączącymi autora z ukochanym przodkiem. "Wojna i terpentyna" jest absolutnie cudownym hołdem złożonym rodzinie, w szczególności wyjątkowemu dziadkowi. Myślę, że byłby dumny z wnuka, gdyby dane mu było przeczytać te osobliwe i naprawdę urocze wspomnienia.

Ocena: 9/10

Wydawca: Marginesy
Premiera: 23.09.15
Strony: 416

niedziela, 29 listopada 2015

Książkowe premiery grudnia

W ostatnim miesiącu roku wydawcy skupiają się przede wszystkim na promowaniu literatury jako wartościowego prezentu gwiazdkowego. W związku z tym premier jest jak na lekarstwo, a spośród tych nielicznych nowości wybrałam dwie książki, z którymi warto się zapoznać:


Eleanor Catton "Próba"
Wydawnictwo Literackie, 3 grudnia


Autorka "Wszystkiego, co lśni", książki-objawienia ubiegłego roku, swoją karierę pisarską zaczęła właśnie od tytułu, który wkrótce pojawi się na polskim rynku. Już w 2008 roku krytycy dostrzegli jej wielki potencjał i ogromny talent. W "Próbie", historii obyczajowego skandalu poruszającego szkolną społecznością Catton zawarła opowieść z kilku punktów widzenia; to będzie świetna książka.



Tomasz Grzywaczewski "Życie i śmierć na Drodze Umarłych"
Wydawnictwo Literackie, 3 grudnia


Nie mogło zabraknąć zaniedbywanej przeze mnie ostatnio literatury faktu. Grzywaczewski napisał już parę książek, a tym razem zabiera czytelników w podróż wzdłuż nigdy niedokończonej Transpolarnej Magistrali Kolejowej, która miała być chlubą Związku Radzieckiego. Tam duchy przeszłości zaglądają zza opustoszałych pozostałości po łagrach i nie dają o sobie zapomnieć. Opis brzmi na tyle interesująco, że raczej się na nią skuszę.


A Wy? Myślicie już tylko o świątecznych podarunkach na bliskich, czy planujecie jeszcze jakieś ostatnie grudniowe zaopatrzenie biblioteczkowe?

piątek, 27 listopada 2015

Michael Booth "Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych"

Co się stanie, gdy specyficzny humor brytyjski spotka się ze skandynawskim chłodem i dystansem? Trudno było mi sobie to wyobrazić, dopóki nie sięgnęłam po najnowszą książkę Michaela Bootha "Skandynawski raj". W swej publikacji autor bierze pod lupę popularne mity o tym odległym zakątku Europy, dzieli włos na czworo, analizuje, podgląda i prowokuje, a robi to w granicach dobrego smaku i z klasą. 


Nordyckie siostry Dania, Norwegia i Szwecja wraz ze swoimi kuzynkami - Islandią i Finlandią, tworzą podziwianą przez cały świat Skandynawię. Gdyby porównać je do uczniów, określano by je mianem prymusów, jeżeli nie kujonów. Mimo wysokich podatków, państwa te w wielu rankingach pojawiają się na samym szczycie. Norwegia może poszczycić się najwyższymi na świecie pensjami, do tego okazuje się bezkonkurencyjna w wydobyciu ropy naftowej. Dania ma najszczęśliwszych obywateli, a Finlandia najsprawniejszy system edukacji. Islandia, choć nieco na uboczu, również nieźle się trzyma, a Szwecja to po prostu królowa regionu.

Źródłem olbrzymiego sukcesu szwedzkiej gospodarki jest wspieranie wielkich międzynarodowych korporacji, takich jak Tetra Pak [...], H&M [...], Eriksson, Volvo i globalna sieć sklepów Ikea mających na sumieniu niejedno rozbite małżeństwo. s. 266-7

Okazuje się, jednak że i wewnątrz jednego obszaru kulturowego kraj krajowi nierówny. Szwedzi, choć bardzo otwarci na obcokrajowców, najmniej lubiani są przez sąsiadujące nacje - w szczególności ograbioną ze swoich północnych ziem Danię czy Norwegię, uważającą się od pospolitej Szwecji za lepszą. Duńczycy ze swoją otwartością najbardziej kojarzą się z kontynentalną północą Europy, odróżnieniu od milczących Finów, których przyjacielskie pogawędki z obcymi najzwyczajniej w świecie stresują. Islandczycy to europejscy Australijczycy, a konkretnie norwego-anglosasi, posługujący się archaicznym językiem staronordyjskim. Mogłabym wymieniać bez końca, ale Booth opowiada o tym zdecydowanie lepiej ode mnie. 

Co ciekawe, mimo że stereotypowe opisy zwykle nawiązują do ich swobody seksualnej i fizycznego piękna, Skandynawom udaje się jakimś cudem robić wrażenie pobożnych, wręcz świętoszkowatych luteran. To niezła sztuczka uchodzić równocześnie za ostro napalonych i odstręczająco chłodnych. s. 19

W książce podobało mi się szczególnie bardzo indywidualne podejście do każdego z omawianych państw. Choć o norweskich fiordach i islandzkich gejzerach autor pisze dosyć sporo, to już o przyrodzie leśnej Finlandii czy płaskiej Danii prawie nie wspomina - skupia się za to na ważniejszych kwestiach. Norweska potęga naftowa oraz walka ze zwolennikami Breivika nie mają swojego tematycznego odpowiednika części poświęconej Islandii (tu więcej miejsca zajmuje opis sytuacji ekonomicznej kraju), z kolei helsiński "alkoholizm" porównać można z życiem nocnym w Kopenhadze. Dzięki temu czytelnik dostaje do rąk opracowanie dokładne, ale nie nudne; suche fakty i liczne statystyki równoważy spora porcja anegdot i niezwykle ciekawie przedstawionych przemyśleń Bootha. Tę książkę czyta się naprawdę dobrze, polecam.

Ocena: 9/10

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 15.10.15
Strony: 368

wtorek, 24 listopada 2015

Sylwia Chutnik "Jolanta"

O Sylwii Chutnik słyszałam już wiele dobrego i to spotkanie było nieuniknione, choć bliżej nieokreślone czasowo. W końcu po prowadzonym przez nią w ramach Big Book Festivalu spotkaniu z moją kochaną Sofi Oksanen, postanowiłam przyjrzeć się bliżej jej polskiej fryzurowej siostrze. :)
  
http://woblink.com/e-book,proza-polska-znak-jolanta-sylwia-chutnik,21936

Tytułowa Jolanta przez kolorowe szkiełko - odłamek butelki - ogląda świat z jego nieograniczoną gamą szarości. W blokowiskach przełomu lat 80. i 90. życie toczy się spokojnie; warszawski Żerań napędzany pracą ludzi zatrudnionych w FSO nie wybija się szczególnie na tle innych dzielnic. Boleśnie przeciętna rzeczywistość dostarcza główniej bohaterce coraz to nowych rozczarowań, pozwalając sennej marzycielce rozwijać się bez ustanku.

Świat nie jest taki, jaki być powinien. Ludzie umierają, mężczyźni wykorzystują, mężowie zdradzają żony i porzucają rodziny, a matki szukają pocieszenia w kieliszku byle jakiego alkoholu. Mała dziewczynka idzie przez życie niosąc brzemię samotności, pustkę zapełnia marzeniami o lepszym życiu. Czytelnik jest świadkiem jej dorastania i dosyć gwałtownego wejścia w dorosłość. Zagląda do jej myśli, przygląda się tej egzystencji na granicy świadomości - niczym w półśnie.

Komin widziany z okien mieszkania Jolki, miejsko-mityczna latarnia, wskazuje jej drogę ku innemu światu, z drugiej strony powstrzymując dziewczynę od rozstania się z dobrze znanym miejscem. Przemysłowa okolica ze swoimi szarymi fabrykami mocno wyróżnia się w rozkwitających zachodnimi barwami czasach gwałtownych przemian polityczno-gospodarczych. Ludzie, z ich małomiasteczkowym podejściem do życia, ciekawską naturą, plotkami i wspólnymi spotkaniami przed telewizorem podczas uzdrawiających seansów Kaszpirowskiego, składają się na niesamowicie wyrazisty portret tamtych dziwnych czasów. Polecam Wam szczerze tę opowieść, jest świetnym materiałem na scenariusz filmowy.

Ocena: 7/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 21.09.15
Strony: 288

Książkę w wersji elektronicznej możecie kupić na Woblink.com!
http://woblink.com/e-book,proza-polska-znak-jolanta-sylwia-chutnik,21936

wtorek, 17 listopada 2015

Październikowe podsumowanie książkowe

Październik zleciał nawet szybciej niż poprzedni miesiąc, a to wszystko dzięki masie zajęć i obowiązków. Dobrze jest wypełnić sobie kalendarz po brzegi, nie czując, że czas przepływa nam między palcami. Trochę poczytałam, trochę pogotowałam, odkryłam naprawdę dobre książki i zrobiłam wielkie zakupy czytelnicze na kolejne miesiące.

W październikowym stosiku przeczytanych lektur znalazło się sporo ciekawych tytułów, poniżej pełna lista:



1. Petr Měrka - Jestem egzaltowaną lentilką (152)
2. Marcin Kołodziejczyk - B. Opowieści z planety prowincja (192)
3. David Frenkiel, Luise Vindahl - Green Kitchen. Zielono & zdrowo (250)
4. Łukasz Orbitowski - Inna dusza (432)
5. Katia Petrowska - Może Estera (272)
6. Włodzimierz Kowalewski - Excentrycy (320)

Razem: 1618 stron

Wynik marny, ale nie cyferki się liczą, a treść, którą autorzy zawarli w swoich książkach. Tym razem obyło się bez rozczarowań i to bardzo mnie cieszy. Trafiłam na same dobre książki, czego życzę sobie i Wam również w kolejnych miesiącach. Poza tym dotarłam na spotkanie z Łukaszem Orbitowskim, zrobiłam rozpiskę listopadowych spotkań autorskich i powoli przygotowuję się do piątej edycji łódzkiego Salonu Ciekawej Książki.

Co jeszcze? Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego i księgarnia wirtualna Woblink postanowiły nawiązać ze mną współprace, czyli ciąg dalszy dobrych wieści - dla mnie i dla Was. W poprzednim wpisie znajdziecie ciekawy rabat, a już wkrótce na blogu pojawi się recenzja bardzo fajnej książki o Skandynawii, którą koniecznie musicie sobie sprawić - jest o czym czytać! 

piątek, 13 listopada 2015

Pociąg do literatury... o zabijaniu

Nadeszła pora na stworzenie pierwszego cyklu na blogu, czyli "Pociągu do literatury". To zestawienie luźno powiązanych ze sobą książek, czasem przez podobną okładkę, tytuł lub wspólny motyw. Wpisy pociągowe będą pojawiały się dosyć regularnie, choć nie obiecuję, że każdego miesiąca. To bardziej wynik nagłego przypływu czytelniczej inspiracji, niż specjalnie zaplanowana seria. Do dzieła!

Zaczynam od razu mocnym tematem, czyli książkami z różnymi formami słowa "zabijanie/zabić" w tytule. Wszystko zaczęło się od takiej obserwacji: w ubiegłym tygodniu kupiłam podczas jednej wizyty w księgarni dwie mordercze pozycje.




Zaczęło się oczywiście od wielkiej ochoty na ciekawy kryminał. Wygrała listopadowa nowość, czyli "Dziewczyny, które zabiły Chloe". Mroczna przeszłość kładzie się cieniem na życiu dwóch kobiet, ponad dwadzieścia lat wcześniej oskarżonych o zabicie swojej koleżanki. Jak poradzą sobie z powracającymi wspomnieniami? Tego jeszcze nie wiem, ale jeśli Stephen King uznał tę książkę za jedną z najlepszych premier tego roku, to warto się nią zainteresować.

Nie mogłam oprzeć się też zdecydowanie nie kryminalnej klasyce literatury amerykańskiej, czyli "Zabić drozda" Harper Lee. O ile jeszcze nie przekonałam się do drugiej książki tej autorki, o tyle pierwsza chodzi za mną od wielu lat i w końcu udało mi się ją kupić. Tu od samego zabójstwa ważniejsza jest walka z uprzedzeniami na tle rasowym, a więc tym bardziej każdy powinien ją przeczytać.

Rozglądając się po półkach w poszukiwaniu innych zabójczych tytułów, w oko wpadła mi literatura faktu lżejszego kalibru, czyli "Zabijemy albo pokochamy" Anny Wojtachy. To naprawdę ciekawie napisane reportaże o specyficznej rosyjskiej mentalności. Trochę strasznie, często zabawnie - a te oraz inne emocje dryfują w morzu wódki, którą Rosjanie chojnie doprawiają swoje opowieści (recenzja).

Również w polskiej literaturze pięknej znaleźć można ciekawie brzmiące tytuły. Nie czytałam jeszcze żadnej książki Doroty Masłowskiej, ale  "Kochanie, zabiłam nasze koty" intryguje mnie tak bardzo, że chyba w końcu będę musiała ją kupić i sprawdzić, co kryje się w środku.

Książka, której zakup śni mi się po nocach, polecana przez wiele osób i równie często chwalona, to klasyczna literatura historyczna. Greg King oraz Sue Woolmans w "Zabić arcyksięcia" z niezwykłym polotem opisują czasy Franciszka Ferdynanda. Ponieważ często śnią mi się postaci z powszechnej historii (m.in. Franciszek Józef, na cześć którego nazwałam swoje dziecko) i tę pozycję chętnie dodam do swojej ciągle powiększającej się biblioteczki.

Jeśli już literatura faktu, to na pewno warto zaopatrzyć się w "Do dziś liczymy zabitych", mocną i - jak pokazują opienie czytelników - dobrze napisaną książkę o urywku historii, który wielu ludziom jest kompletnie nieznany. Krwawa wojna domowa na Sri Lance trwała ponad dwie dekady; Frances Harrison dociera tam, gdzie kamery i korespondenci wojenni nie chcieli zaglądać.

Na sam koniec zostawiłam "Co nas nie zabije", gorącą nowość, o której żywo dyskutowano na długo przed jej premierą. Choć kontynuacja bestsellerowego Millennium napisana została przez kogoś innego, podobno trzyma poziom poprzednich części. Ja raczej się nie skuszę, ale..




..specjalnie dla Was, wspólnie z Woblinkiem przygotowałam rabat 30% (od ceny początkowej) obejmujący wszystkie wymienione tytuły. Aby z niego skorzystać wystarczy dodać wybrane e-booki do swojego koszyka, a w wyznaczonym miejscu wpisać kod BOOKLOAF. Możecie oczywiście kupić wszystkie książki, ale musicie umieścić je w oddzielnych koszykach - dopiero wtedy rabat zadziała. Promocja trwa do 20 listopada (włącznie).


Udanych zakupów życzę ja oraz platforma Woblink! :)


wtorek, 10 listopada 2015

Janusz Leon Wiśniewski "I odpuść nam nasze..."

Pod koniec października ukazała się trzecia pozycja wydana przez Od deski do deski w serii Na F/Aktach. Dwie poprzednie mnie zachwyciły, a moje oczekiwania rosły z każdą przeczytaną książką. Jak było tym razem?


Książka inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami z października 1991 roku, kiedy w Krakowie zazdrosny mąż postanowił pozbawić życia Andrzeja Zauchę. Niestety, przypadkiem zabił również swą niewierną żonę. Już na wolności (pierwowzór wyszedł z więzienia w 2005 roku), główny bohater wspomina przeszłość, próbując w pewien sposób odpokutować zbrodnię, której dokonał.  

Wewnętrzny monolog Vina - skądinąd ciekawe zagranie, by imię głównego bohatera uczynić pewnego rodzaju kontynuacją tytułu książki - jest niezwykle chaotyczny, trudno doszukać się tu jakiejś chronologii wspomnień. Jedynie czas głównej akcji płynie w jednym kierunku; same wigilijne rozmyślania protagonisty już niekoniecznie. Mężczyzna przywołuje wydarzenia z młodości, przypomina sobie czasy studenckie oraz dzień, w którym poznał żonę, a pomiędzy tym pojawiają sie urywki historii więziennych i początki związku z Agnieszką.

Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z twórczością Janusza Leona Wiśniewskiego, jednak słyszałam na jego temat bardzo różne opinie i sama musiałam się przekonać, czy warto. "I odpuść nam nasze..." uświadomiła mi, że być może nie jest to autor dla mnie. Fakt, przyjął bardzo ciekawą formę narracji, ale coś w jego stylu nie do końca mi pasuje. Może te ciągnące się stronami dygresje, w zasadzie zupełnie niezwiązane z wątkiem głównym? Pod koniec czytania wydawały mi się bardzo nużące.
Jeżeli uznać tę książkę za studium psychologiczne, "I odpuść nam nasze..." to całkiem ciekawy tytuł. Główny bohater jako ofiara bezgranicznej, niezwykle silnej miłości, jest człowiekiem, którego jednocześnie trudno zrozumieć, ale i współczuje mu się. Sprzeczne uczucia towarzyszyły mi niemal do samego końca.
Ocena: 6/10

Wydawca: Od Deski do Deski
Premiera: 22.11.15
Strony: 220

wtorek, 3 listopada 2015

Jarosław Mikołajewski "Wielki przypływ"

Dobry reportaż jest jak espresso - w niepozorności i niewielkim rozmiarze tkwi jego moc. Najlepiej trafia do czytelnika, kiedy jest oszczędny w słowach, wtedy naprawdę daje do myślenia. Do trudnych tematów najlepiej podchodzić na chłodno, ale mało kto potrafi utrzymać emocje na wodzy, kiedy cały świat ignoruje tysiące bezsensownych śmierci.

Lampedusa to maleńka wyspa na południe od włoskiej Sycylii. Zasiedlona dopiero w połowie dziewiętnastego wieku, szybko stała się celem morderczych wypraw setek tysięcy obywateli afrykańskich krajów. Wielu z nich dopływa tam w tragicznym stanie, spora część umiera po drodze. Mimo to, rozmawiający z autorem lekarz przyznaje, że Libijczycy czy Nigeryjczycy są na ogół wiele zdrowsi od Europejczyków.



Ci, którzy docierają na Lampedusę żywi, nie czują się szczęściarzami. Na miejscu czeka ich niemiłe zderzenie z ponurą rzeczywistością - nie są nawet w połowie podróży do wolności, której tak bardzo pragną. Mieszkańcy nie są im zbyt przychylni; uchodźcy psują tylko idylliczny krajobraz, obniżając swoją obecnością zyski z turystyki. Są jednak nieliczni lampedusańczycy, których misją jest pomaganie przybyszom. Choć często mają do czynienia ze śmiercią, nie są w stanie do niej przywyknąć.

Jarosław Mikołajewski wiele razy odwiedził wyspę, za każdym razem starając się dotrzeć do sedna sprawy. Chodź migracja z terenów ogarniętych wojną nie jest nowym zjawiskiem, lokalne władze zdają się nie dostrzegać problemu. Na wyławianie ciał, pomoc uratowanym i monitorowanie kolejnych transportów wydaje się miliony euro. Te same pieniądze można wydać tak, by zapobiec falom imigracji, polepszyć warunki życia w biedniejszych regionach całego świata, bo dziś europejska Ellis Island przyjmuje nawet Bengalczyków. Niestety, mimo upływu lat, zmian nie widać. Na horyzoncie majaczą natomiast kolejne łodzie przepełnione wyczerpanymi ludźmi, którzy za wyrwanie się z koszmaru gotowi są zapłacić każdą cenę.

Dla ludzi, którzy mogą coś zmienić temat praktycznie nie istnieje. Palą się do zmiany pojedyncze osoby bez wystarczających środków. Najbardziej irytuje niemoc; wiele można naprawić, uratować wiele istnień, gdyby tylko ktoś wyraził gotowość do podjęcia odpowiednich kroków. Kiedy władze zainteresują się losem uchodźców, którzy z piekła trafiają zaledwie do czyśćca w stylu zachodnim? Obojętność i ignorancja, kolorowe piórka dobrobytu, zabiły w nas zdolność do odczuwania empatii. Jak mocno trzeba potrząsnąć ludzkością, by zaczęła patrzeć dalej niż czubek własnego nosa? 

Ocena: 9/10

Wydawca: Dowody na Istnienie
Premiera: 9.10.15
Strony: 136

piątek, 30 października 2015

Włodzimierz Kowalewski "Excentrycy"

Nigdy nie byłam w Ciechocinku, choć mogłabym przysiąc, że doskonale znam i wyczuwam ten osobliwy, uzdrowiskowy klimat. Wszystko przez jego zakorzenienie w polskiej świadomości zbiorowej, jako magicznego miejsca, w którym czas płynie inaczej, gdzie ludzie przeżywają burzliwą drugą młodość. Książka Włodzimierza Kowalewskiego zasponsorowała mi fizycznie nierealną wycieczkę w świata odległego nie tyle geograficznie, co czasowo. Wracam do Was z tej literackiej podróży z głową pełną wrażeń.



Wanda i Fabian to rodzeństwo miłośników jazzu; ona z zawodu jest dentystką, on walczył podczas drugiej wojny światowej, ale wcześniej (na rejsowych statkach) i później (w Anglii) zarabiał na życie jako puzonista. Kiedy po latach spędzonych na obczyźnie postanawia wrócić do Polski, jego młodsza siostra, żyjąca samotnie w ponurym i opustoszałym Ciechocinku, nie wydaje się zachwycona tym pomysłem.

Wszyscy myślą, że mężczyzna oszalał - tak beztrosko zamieniając kolorowy zachód na szarość zrujnowanego uzdrowiska, Fabian Apanowicz wywołuje w mieścinie mały skandal. Nie dość, że ze swoim pięknym, egzotycznym autem i frywolnym zawodem jawi się mieszkańcom Ciechocinka jako ekscentryk, to jego zachowanie sugeruje, że krążące o nim plotki sprawiają mu przyjemność.

Im więcej przybywało jasnych, ciepłych dni, tym Ciechocinek bardziej pogrążał się w cieniu. s. 257

Ponieważ podobieństwa zbliżają ku sobie ludzi, których na pierwszy rzut oka nikt nie posądzałby o wspólne zainteresowania, równie osobliwe postaci przyłączają się do muzykującego na balkonie Apanowicza. Wkrótce zespół złożony m.in. z milicjanta-trębacza, czarującej nauczycielki angielskiego, a także podstarzałego homo- oraz muzykofoba zyskuje rozgłos i spore grono fanów. Żywiołowe swingowe melodie nadają rzeczywistości nowych barw, a muzykom przynoszą tak bardzo potrzebnej przyjemności i wolności w czasach, kiedy jeden człowiek podejrzewa drugiego o najgorsze intencje.

Nie bez powodu w książce znaleźć można tyle humoru, a wręcz groteskowe sytuacje i wypowiedzi bohaterów w ciekawy sposób podkreślają mocne kontrasty. Pomiędzy wypełnionymi muzyką nocami, a dniami spędzanymi w restauracji Współczesna nad kotletem z mięsa trzeciej świeżości, rozgrywa się też tragikomiczna historia Bayerowej, właścicielki  pensjonatu Zaświecie, oraz Reichmanna, tajemniczego mężczyzny, którego pokój zajął Fabian. W tle znikające gruszki, zboczeniec oraz diabeł, tworzący surrealistyczny świat nieco oderwanych od rzeczywistości artystów.

To władza ludowa ludowi gruszki podpierdala? s. 21

To drugie wydanie tej książki, a jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu takiego tytułu na rynku książki. Choć z opisu wynikało, że wątek szpiegowski będzie mocniej rozwinięty, bardzo cieszy mnie fakt, że "Excentrycy" trafili w moje ręce. Po raz kolejny mogę powiedzieć, że próba oswojenia polskiej literatury zdecydowanie się powiodła.

Ocena: 8/10

Wydawca: Marginesy
Premiera: 2.10.15
Strony: 320

wtorek, 27 października 2015

Książkowe premiery listopada

Chyba polubiłam jesień i jej szare popołudnia, które najlepiej spędza się z książką. Uwielbiam czytać przy pomarańczowym świetle lampki, pod kocem, z dobrą herbatą.. A przytłaczająca liczba zapowiedzi listopadowych będzie sprzyjała takim czytelniczym wieczorom. Oto kilka tytułów, których nie mogę się doczekać:




Marek Edelman, Paula Sawicka "I była miłość w getcie"
Czarne, 4 listopada


Nie jest to co prawda nowość, ale pierwsze wydanie (Świat Książki) zniknęło już dawno z półek sklepowych. Bardzo cieszy mnie, że ten tytuł został wznowiony - Edelman tak cudownie opowiadał o miłości i wojnie, że trudno będzie mi odmówić sobie tej edycji, chociaż książkę mam już na półce w poprzedniej szacie graficznej.




Alex Marwood "Dziewczyny, które zabiły Chloe"
Albatros, 4 listopada



Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę, żebym przepadła; opis zamieszczony z przodu sprawił, że natychmiast naszła mnie ochota na dobry kryminał. Może ten będzie moim wyborem na listopad? Koniecznie muszę wiedzieć, kto zabił tytułową Chloe i jak po latach od zbrodni o swoje życie walczyć będą główne bohaterki.




Yotam Ottolenghi "Obfitość"
Filo, 4 listopada



Na widok tych pięknych bakłażanów z okładki zechciałam natychmiast poznać więcej przepisów inspirowanych kuchnią izraelską - smakami, które od lat bardzo mnie kuszą. Brak mięsa w przepisach autora-mięsożercy jak najbardziej mnie cieszy, bo dla mnie oznacza to większą kreatywność w gotowaniu.




Lucy Ribchester "Sufrażystki"
Marginesy, 4 listopada


Kryminał, którego akcja rozgrywa się w Londynie okresu burzliwych przemian kulturowych bardzo pachnie mi Sarą Waters. Mam jednak nadzieję, że na tym podobieństwa się kończą i czeka mnie fascynująca podróż w świat kobiet walczących o swoje prawa. Spłukana dziennikarka i pełna tajemnic cyrkowa akrobatka jako główne bohaterki? Spodziewajcie się recenzji!




Andriej Kurkow "Dziennik ukraiński"
Noir sur Blanc, 5 listopada



Ciąg dalszy jednego z najczęściej poruszanych w mediach tematów, czyli Ukraina. Zapiski obserwatora protestów na Majdanie to moim zdaniem ciekawa kontynuacja kwestii poruszanych przez Smoleńskiego i Andruchowycza w "Szcze ne wmerła i nie umrze". Muszę mieć.




Yotam Ottolenghi, Sami Tamimi "Jerozolima"
Filo, 5 listopada



Ponieważ często zmieniam klimaty kulinarne, a obiadowa wycieczka do Jerozolimy bardzo mi się marzy, tę książkę również planuję kupić. Tytuł skusił mnie jeszcze bardziej, kiedy dowiedziałam się, że jeden z autorów urodził się po żydowskiej, a drugi po arabskiej stronie miasta. Fuzja różnych kultur na talerzu jeszcze nigdy nie była tak ciekawa.




Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Czarne, 12 listopada



Jedyna wydana w wersji pół-kieszonkowej i z miękką okładką książka tegorocznej noblistki doczeka się wreszcie porządnej oprawy, a wkrótce stanie dumnie obok swoich lepiej opakowanych sióstr. Ponieważ jeszcze jej nie przeczytałam, będzie to idealny moment na zgłębianie historii wojennych opowiedzianych z perspektywy kobiet.




Ziemowit Szczerek "Tatuaż z tryzubem"
Czarne, 18 listopada


Chociaż nie skończyłam jeszcze "Przyjdzie Mordor i nas zje", to już wiem, że kolejną książkę tego autora muszę sobie sprawić. O konflikcie na Ukrainie napisano w ostatnich latach całkiem sporo, ale tym razem nie kijowski Majdan będzie tu głównym tematem, a cały kraj. W końcu nie tylko Kijowem czy Krymem żyje przeciętny Ukrainiec.







Ian Thornton "O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty, choć wcale tego nie chciał"
Marginesy, 18 listopada


Kiedy już przebrnęłam przez ten długaśny tytuł, moim oczom ukazał się opis, który utwierdził mnie w przekonaniu, że tej książki nie może zabraknąć w listopadowym zestawieniu. Jak pisze wydawca, w powieści surrealizm miesza się z groteską. Prawdziwe wydarzenia, które rozpętały pierwszą wojnę światową tworzą szkielet tej świetnie zapowiadającej się historii.




Dariusz Rosiak "Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan"
Czarne, 25 listopada



Uwielbiam słuchać trójkowych audycji Rosiaka, dlatego długo nie zastanawiałam się nad tym reportażem. Mimo, że nie przepadam za publikacjami w jakikolwiek sposób zahaczającymi o  religię, raz zrobię wyjątek. Ciekawi mnie, jak autor poradził sobie z trudnym tematem wojny religijnej i islamskich represji wobec chrześcijan.



Agnieszka Wójcińska "Perspektywa mrówki"
Czarne, 25 listopada


Rozmowy ze sławnymi reporterami to pozycja obowiązkowa na zamknięcie miesiąca. Szalenie ciekawi mnie, o czym autorka rozmawiała m.in. z Aleksijewicz, Varellą, Vulliamym, Yiwu czy Zarembą Bielawskim. Część rozmówców Wójcińskiej znam lub mam zamiar literacko poznać, a część jest dla mnie nowa - i liczę na to, że swoimi wypowiedziami zachęcą mnie do poznania ich reportaży.



Teraz czekam już tylko na ostatni miesiąc w roku, kiedy w końcu będę mogła odetchnąć finansowo od wielkich jesiennych zakupów książkowych. Może wtedy nadrobię moje kosmiczne zaległości czytelnicze?

czwartek, 22 października 2015

Katia Petrowska "Może Estera"

Czasem do sięgnięcia po daną książkę potrafi nakłonić mnie jedna osoba. Podobnie było w tym przypadku, choć początkowo wcale nie byłam pewna, że ten tytuł nadaje się dla mnie. Teraz muszę przyznać z ulgą, że zrobiłam dobrze, biorąc się za tę niezwykłą opowieść rodzinną.


Katia Petrowska, Ukrainka mieszkającą w Niemczech, niewiele wie o swoich przodkach. Zdaje sobie sprawę z ich żydowskiego pochodzenia oraz z tego, że rodzinę miała dużą i rozproszoną po całej Europie. Po latach ignorowania, lub raczej, obojętnego życia obok białych plam w drzewie genealogicznym swojej rodziny, wybrała się w podróż w czasie, śladami dziadków, pradziadków i dalszych krewnych. 

Kobieta, odwiedziła Ukrainę, Polskę i Austrię; przemierzała te same ulice, po których chodziły jej babki w Warszawie, w Mauthausen szukała śladów dziadka, który po czterdziestu latach od zakończenia wojny wrócił do swojej żony. Niezwykłe losy jej pradziadka, Ozjela Krzewina, nauczyciela głuchoniemych dzieci, to jedna z wielu historii, które - choć postrzępione i niekompletne - wciągają czytelnika niczym misternie napisana powieść. 

Tytułowa może Estera nie jest tu wcale centralną postacią, pojawia się pod koniec książki, zaledwie pobieżnie wspomniana przez prawnuczkę. Oprócz niej pojawiają się historie związane z dwiema kwiatowymi babciami Petrowskiej - Roza i Margarita. Autorka pisze o swojej rodzinie z namaszczeniem i niezwykle taktownie. Próbuje zwrócić jej czas, który spędziła zapomniana przez najbliższych. Misterne dzieło, żmudnie budowany pomnik pamięci o tych, których dawno już nie ma - tak najlepiej da się określić ten głośny debiut literacki ostatnich lat.

Nie mogę przemilczeć cisnących mi się na usta (klawiaturę?) porównań z "Panią Stefą". Synowa Ozjela, Helena, zginęła w Treblince w sierpniu 1942 roku, podobnie jak Stefania Wilczyńska. Krzewin prowadził warszawski internat dla głuchoniemych, gdzie żył wraz z rodziną, do której należeli również jego wychowankowie. Nadal trudno mi nadziwić się nad tym, jak bardzo splątane ze sobą mogą być losy pozornie obcych sobie ludzi.

Nie mogę nie myśleć o roszadach losu, o przypadkach w przestrzeni i czasie. Bo wówczas ewakuowany został też Janusz Korczak, sąsiad i kolega ojca Rozy, Ozjela, w Warszawie, tak samo z dwustoma sierotami - również na mocy rozkazu wojennego. Korczakowi proponowano, żeby ratował się sam, bez dzieci. s. 65

Książka Petrowskiej dowodzi, że nie każdą układankę można dokończyć, że nie wszystkie jej części tak łatwo dadzą się dopasować. Zwodnicza i podziurawiona przez upływający czas ludzka pamięć nie jest w stanie odtworzyć wydarzeń sprzed dziesięcioleci. Jednocześnie wcale nie trzeba przeżyć wojny, by czuć ją pod skórą, żyjącą - lecz już własnym życiem. Fale wspomnień nachodzące autorkę niczym sny rozgorączkowanego dziecka odzwierciedla niezwykły język, przypominający ustnie przekazywane opowieści - rzecz rzadko już spotykaną w naszej kulturze.  "Może Estera" to naprawdę świetna książka i uważam, że każdy powinien ją przeczytać.

Ocena: 7/10

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 7.10.15
Strony: 272

środa, 21 października 2015

WYNIKI konkursu ze "Ścieżkami północy"

Nadeszła pora na rozstrzygnięcie drugiego blogowego konkursu (a będą jeszcze dwa, więc przygotowujcie się!).  Odpowiedzi było niewiele, ale nie ułatwiliściem i zadania. łatwo było mi wyłonić jednego zwycięzcę. Długo nie mogłam podjąć decyzji i wiele razy przeglądałam Wasze zgłoszenia.

 
Nie chcę przedłużać, dlatego spieszę z informacją, że nowiutki, piękny egzemplarz "Ścieżek północy" trafi w ręce osoby, która o północnych ścieżkach napisała najdosłowniej, ale tak, że aż poczułam się wrzucona w sam środek Skandynawii, czyli...

 
 

 mandżuria


 
Zwyciężczyni gratuluję i natychmiast przesyłam wirtualnego gołębia pocztowego z informacją o wygranej. Pozostałym osobom serdecznie dziękuję za udział w konkursie i za Wasze wspaniałe odpowiedzi. Zaglądajcie na Facebooka, gdzie wkrótce ogłoszę kolejny książkowy konkurs - można będzie wygrac tytuł, który niedawno tu zrecenzowałam.

poniedziałek, 19 października 2015

Łukasz Orbitowski "Inna dusza"

Skończyłam "Inną duszę" i nie wiem, co teraz ze sobą począć. Chyba cierpię na klasyczny syndrom depresji po przeczytanej książce - a ta, im lepsza, tym trudniej się po niej otrząsnąć. Już teraz wiem, że i trzecia propozycja wydawnictwa Od Deski do Deski mnie nie zawiedzie. 



Jędrek jest nastolatkiem jak wielu innych - jeździ na rowerach z kolegami, ogląda się za dziewczynami i wierzy, że swoim życiem zmieni świat. Chodzi do szkoły i pracuje w cukierni, a każdą wolną godzinę spędza z dala od domu i ojca, który tłamsi go swoim wielkim ego. Jego najlepszy przyjaciel Krzysiek również zmaga się ze swoim "tatkiem" - pijakiem i nieudacznikiem, który znika na całe noce, wracając tylko po to, by roztaczać dookoła depresyjną aurę. Jedynie Darek, ostatni z trójki bohaterów, nie wstydzi się swojej rodziny.

Mimo znajomości zakończenia tej historii, nie mogłam się od niej oderwać. Lubię kiedy opowieści rozwijają się powoli, a "Inna dusza" niezwykle dokładnie ukazuje czytelnikowi skomplikowany charakter przyszłego mordercy. Wszystkie szczegóły, które stanowią o jego odmienności rejestruje baczne oko zewnętrznego narratora. Drugim obserwatorem jest Krzysiek, fikcyjna postać, stworzona przez autora, by odpowiednio przedstawić ponurą Bydgoszcz, zbyt małą i ciasną oplatającą Jędrka, w którym nagle budzi się potwór.

Już nie chowamy się na poboczu, bo Jędrek jest mocny i żadna siła nie zawróci go z drogi. s. 81

"Innej duszy" daleko do kryminału - wiadomo kto zabił i że został za to ukarany, brak również w tej opowieści detektywów i śledztwa. Łukaszowi Orbitowskiemu chodziło raczej o analizę życia człowieka, który z nieznanych nawet sobie powodów pozbawił życia dwójki rówieśników. Na spotkaniu z czytelnikami w Łodzi autor przyznał, że "nie poleca posiadania rodziny", a jego książka wszystkim dociekliwym może posłużyć jako doskonałe wytłumaczenie tego stwierdzenia.

Książkowy morderca w rzeczywistości siedzi ciągle w więzieniu, a rodziny ofiar - tak, jak u Orbitowskiego - nigdy nie odzyskają ukochanych dzieci. Życie toczy się dalej, a ta historia nawet w wersji mocno zmodyfikowanej przeraża tak bardzo, jak piętnaście lat temu zszokowała cały kraj. Podczas wspomnianego już spotkania autor opowiedział sporo o procesie pisania, wyjaśnił ile sam do tej historii dodał od siebie; powiedział, że nie chciał spotkać się z prawdziwym mordercą (mimo, że to na pewno by książce nie zaszkodziło) - i ja zupełnie nie dziwię się jego decyzji.

Dobra literatura po raz kolejny przygniotła mnie swoim ciężarem. Trudno mi ubrać w słowa wszystkie te pojawiające się nagle myśli. Orbitowski to pisarz kameleon, z każdą książką zmienia literackie barwy i to bardzo dobrze o nim świadczy. Po dosyć lekkich "Zapiskach nosorożca" dostałam do ręki książkę poważną i ciężką, ale świetnie napisaną. Polecam wszystkim, którzy nie boją się zaglądać w mroczne zakamarki umysłów okrutnych ludzi.

Ludzie tak bardzo lubią zabijanie i wiedzą o nim tak niewiele. s. 421

Ocena: 8/10

Wydawca: Od Deski do Deski
Premiera: 22.05.15
Strony: 432

poniedziałek, 12 października 2015

KONKURS ze "Ścieżkami północy"!

Mam dla Was jeden egzemplarz "Ścieżek północy" Richarda Flanagana, laureata ubiegłorocznej Man Booker Prize. Książka ukazała się 8 października nakładem Wydawnictwa Literackiego. Przywędrowały do mnie dwa egzemplarze - jeden z nich zaczęłam już czytać, ale drugi ciągle szuka nowego właściciela.

Postanowiłam przyznać go osobie, która najciekawiej opisze, dokąd te tytułowe ścieżki mogą prowadzić.


Forma jest oczywiście dowolna - parę zdań, wierszyk, rymowanka, zdjęcie, co tylko Wam przyjdzie do głowy. Oczywiście, nie wymagam znajomości treści - chodzi o to, abyście na chwilę dali się ponieść wyobraźni. Kto najskuteczniej porwie mnie ze sobą, ten wygra. Pamiętajcie o podaniu swojego adresu e-mail, abym mogła skontaktować się ze zwycięzcą. 

Na zgłoszenia w komentarzach pod tym postem czekam do niedzieli, 18 października, do północy (włącznie). Wyniki podam w ciągu trzech dni, najpóźniej 21 października. Opublikuję je na blogu, a osobę, która wygra, powiadomię również mailowo.

Książkę wysyłam tylko na terenie Polski (ale przecież każdy ma rodzinę w kraju - problem zatem rozwiązuje się sam). Na adres do wysyłki czekam do niedzieli, 25 października. Jeżeli do tego czasu go nie otrzymam, wyłonię kolejnego zwycięzcę.

Nie mam żadnych warunków dodatkowych, choć zawsze będzie mi miło, jeśli zaczniecie mnie obserwować na Google+ czy polubicie blogowy fan page na Facebooku. Proszę również o udostępnianie informacji o konkursie na swoich profilach FB oraz blogach.

Dziękuję za uwagę i do dzieła. Powodzenia!

sobota, 10 października 2015

David Frenkiel, Luise Vindahl "Green Kitchen. Zielono & zdrowo"

Moja kulinarna osobowość mieści się w pojęciu fleksitarianizm: nie przepadam za mięsem, choć nie rezygnuję z niego całkowicie. Żywieniowo identyfikuję się zarówno z Davidem, jak i Luise - autorami książki, szwedzko-duńską parą mieszkającą z córeczką Elsą i synkiem Isakiem w Sztokholmie. Eksperymentują w kuchni wegetariańskiej od wielu lat i całemu światu znani są jako autorzy bloga kulinarnego Green Kitchen Stories. Ich pierwsza książka ukazała się w Polsce pod koniec wakacji.


Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że ten tytuł to jedna z lepiej wydanych książek kucharskich. Minimalistyczna i bardzo oszczędna, pozbawiona zbędnych zapychaczy, naturalna. Zupełnie, jak przepisy, które znajdziemy w środku. Zawsze warto przejrzeć spis treści, zanim podejmie się decyzję o zakupie. Dla mnie podział na posiłki jest bardzo praktyczny, ułatwia przeglądanie książki, kiedy szukam dania odpowiadającego moim potrzebom.



Pierwszy rozdział to  niezbędnik początkującego wegetarianina; autorzy wymieniają w nim wszystkie ciekawe składniki zrównoważonej diety bezmięsnej. Dalej m.in. część poświęcona przekąskom i posiłkom łatwym do zapakowania, muffiny, tarty czy sałatki. Warto również więcej czasu poświęcić często niedocenianym przez ludzi napojom. Mówi o znaczeniu wody dla organizmu, ale jak można ją "doprawić"? Jesienią świetnie sprawdzi się na przykład czaj z orzechami i masalą, herbata słodka, aromatyczna i idealnie rozgrzewająca w chłodniejsze dni.



Najważniejsza sekcja to ta, w której znajdziemy przepisy na pyszne, sycące obiady. Ponieważ uwielbiam kasze, szczególnie zachwyciła mnie zupa gryczana z imbirem - na pewno zrobię ją w tym miesiącu nie jeden raz. Z kolei przepis na pulpeciki z soczewicy to świetny pomysł na obiad "na wynos", do podgryzania przy biurku w bardziej pracowite dni. Wygląda na to, że znajdę tu wszystko, czego mi potrzeba.. i wiele więcej.



Skandynawski minimalizm widoczny w fotografii naprawdę przekonał mnie do tej książki. Oprócz wielu przepisów na pysznej i wartościowe posiłki, w "Green Kitchen" czytelnik łasuch i esteta znajdzie luźno powiązane z treścią zdjęcia, które jednak świetnie dopełniają całości. Zrobiłam się głodna od samego patrzenia, a w głowie aż kotłuje mi się od pomysłów obiadowych na kolejne tygodnie. Byłoby cudownie, gdybym dała radę skorzystać z pomysłów na śniadania, ale chyba zostawię sobie tę przyjemność na weekendy. Polecam osobom doceniającym piękno i prostotę zdrowej kuchni.

Ocena: 8/10
Wydawca: Buchmann
Premiera: 26.08.15
Strony: 250