środa, 31 grudnia 2014

Mikołaj Grynberg "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne"

Pod koniec roku większość ludzi woli odpoczywać przy lekkiej lekturze. Kryminał, obyczajówka czy fantastyka idealnie się do tego nadają. Ja jednak wybrałam na te ostatnie wolne dni grudnia książkę, którą należy czytać z uwagą i w skupieniu.


Mikołaj Grynberg przedstawił w "Oskarżam Auschwitz" grupę osób, które zaliczają się do drugiego pokolenia, a mianowicie są dziećmi ocalałych z Holokaustu. Autor podróżował po Polsce, Stanach Zjednoczonych i Izraelu, szukając tych, których rodzice, choć żyją, dawno temu umarli emocjonalnie. Ich potomkowie bardzo różnie patrzą na swoją rzeczywistość, przyćmioną Zagładą Żydów. Jedni wstydzą się swojego pochodzenia, inni odwrotnie. Niektórzy nie chcą pamiętać, ale większość stara się upamiętnić w jakiś sposób ofiarę rodziców.

Każdy ma swój powód, by odbyć rozmowę z autorem. Opowiadają między innymi, aby zachować pamięć o każdej jednostce, bo życie człowieka jest najważniejsze - choć Żydów mordowano masowo, każda śmierć boli osobno. Pragną utrwalić na papierze i w masowej pamięci innych ludzi historię swoich niekompletnych rodzin.

- Są różne sposoby wspierania ludzi po traumie. Nie chodzi o zapomnienie o tym, co im się wydarzyło. - A o co chodzi? - O to, żeby jakoś mogli żyć i nie zatruwać życia innym. s. 21 

Bohaterowie "Oskarżam Auschwitz" otwarcie mówią o syndromie drugiego pokolenia, o własnej tożsamości obciążonej przeszłością rodziców, która staje się również ich przeszłością, ich bolesnymi wspomnieniami. Starają się nauczyć świat rozumienia ich problemów, zauważenia ich wagi i docenienia wysiłku, jaki wkładają w codzienne zmaganie się z wyobcowaniem, żyjąc z piętnem Holokaustu.

To jest właśnie kwintesencja drugiego pokolenia. Nie ma do kogo się odezwać, bo wokół jest pusto. To jest mój Holokaust. Odziedziczona pustka. s. 99

Zanim przystąpiłam do lektury poszczególnych rozmów, przebiegłam wzrokiem przez znajdujący się na końcu książki spis treści. Stwierdziłam wtedy, że brakuje rozdziału, w którym sam Mikołaj Grynberg odpowiada na podobne pytania. Szybko jednak okazało się, że jest on zbędny - autor książki i jednocześnie zadający pytania w każdym fragmencie opowieści rodzinnych pojawia się jako ten, który również mówi o sobie. Rozmówcy Grynberga przyjmują  wówczas rolę autora i zaczynają pytać o jego dziadków, rodziców  i dzieci, o doświadczenia, wspomnienia czy powody, dla których zajmuje się tym tematem.

Skończyłam tę książkę już jakiś czas temu, ale nadal mam problem z odpowiednim określeniem jej. Pozostanę więc przy najprostszym wytłumaczeniu dlaczego "Oskarżam Auschwitz" powinno znaleźć się na półce każdego rozsądnego człowieka. To tytuł obowiązkowy, niezbędny; bez niego w naszej świadomości pozostaje tylko wielka ziejąca pustką dziura. Dzięki zapoznaniu się z historiami rodzinnymi ocalałych, czytelnik zbliża się o krok do zrozumienia, kim jest drugie pokolenie. Nieprawdą jest, że to, co odciska piętno na rodzicach, nie ma żadnego związku z ich dziećmi. Kolejne pokolenia stanowią żywy obraz najważniejszych doświadczeń swych przodków.

Ocena: 9/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 29.09.14
Strony: 304

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Michał Olszewski "Najlepsze buty na świecie"

Ostatnie dni grudnia, w mojej głowie (prawie) wyłącznie myśli związane z Sylwestrem, sałatką owocową i szampanem.. Już za 63 godziny powitamy nowy rok. Ale czy czekają nas jakieś wielkie zmiany? Póki tkwimy jeszcze w starym roku, warto przyjrzeć się z bliska naszemu krajowi, tak jak zrobił to Michał Olszewski. Może przy okazji uda się wyciągnąć jakieś przydatne w 2015 roku wnioski..?

Prezent urodzinowy w roli świątecznej lektury

Dla czytających nałogowo gazety, ta książka nie okaże się niczym nowym. I nie jest. Materiał w niej zawarty to reportaże z różnych miejsc w Polsce, pisane od początku XXI wieku do teraz. Poruszane w nich tematy są bardzo różne, mają jednak jeden wspólny mianownik - Polaków. Podzielona na pięć części publikacja jest zbiorem tematycznie uporządkowanych opowieści między innymi o religijności, stosunku do ekologii i zdrowia, o więzieniach, przytułkach, oprawcach, ofiarach, szukających pomocy oraz tych, którzy ją oferują, a także o życiu w cieniu II wojny światowej.

Autor ukazuje sytuację w Polsce, naświetlając największe problemy (głównie) małych społeczności, wskazując na liczne absurdy życia codziennego. Uzdrowiska z zatrutym powietrzem czy ksiądz-pedofil kryty przez wiernych - tych samych, których dzieci padły ofiarą jego chorych skłonności, to tylko czubek góry lodowej. Czytelnik poznaje również ludzi stojących po przeciwnych stronach w opisywanych sporach, otrzymuje pełny obraz sytuacji, z uwzględnieniem wielu perspektyw. Wnioski z lektury zawsze są takie same: sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.

Podczas lektury "Najlepszych butów na świecie" rodzą się niezliczone ilości pytań, na które trudno jest udzielić poprawnej odpowiedzi. Czy narkomanów leczyć metodą całkowitej eliminacji substancji uzależniających, czy z wykorzystaniem terapii metadonowej? Jak pomóc maltretowanym kobietom, aby nie wracały do swoich oprawców? Jak pielęgnować pamięć o Holokauście, kiedy za płotem obozu mieszkańcy Oświęcimia chcą toczyć normalne życie? Łatwo teoretyzować, kiedy dany problem człowieka nie dotyka. Wystarczy jednak choćby na papierze (lub elektronicznie, jak ja) otrzeć się o rzeczywistość zupełnie obcych ludzi i świat przestaje być czarno-biały.

Z reportaży Olszewskiego wyłania się obraz kraju, którego można się bardzo wstydzić. Na samą myśl o tym, do czego zdolni są ludzie, do których autorowi udało się dotrzeć i opisać (a im podobnych, którzy nie trafili do gazet lub książek jest pewnie nieskończenie wiele), czuję wstręt do ogółu gatunku ludzkiego. Ostatecznie nie tylko Polacy zdolni są do robienia okropnych rzeczy. My jednak powinniśmy skupiać się przede wszystkim na swoim "podwórku" i dążyć do tego, aby napawało nas dumą, a nie odrazą. Gorąco polecam tę gorzką lekturę, szczególnie wierzącym w mit pięknej i szlachetnej Polski, która - jak się okazuje - ma brud za paznokciami i nieczyste sumienie. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 18.11.14
Strony: 256

sobota, 27 grudnia 2014

Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment"

Nie należę do tych szczególnie patrzących na składy na opakowaniach kupowanych produktów. Czasem staram się bardziej, czasem mniej. Zdarza mi się samej upiec chleb czy zdrowe słodycze; kocham domową granolę i ciasto drożdżowe pod pizzę. Nie przepadam za daniami mięsnymi, ale też wcale nie omijam wielkim łukiem śmieciowego jedzenia. Mimo to, od dawna chciałam przeczytać książkę Foera o "Zjadaniu zwierząt" i właśnie "Jeść przyzwoicie".


Karen Duve w dojrzałym wieku postanowiła zmienić swoje nawyki żywieniowe. Wybrała dużo ciekawszą drogę, niż większość nawracających się na zdrowy tryb życia. Postanowiła, że (ze wsparciem swojej przyjaciółki jaroszki) wypróbuje wszystkie dostępne diety i na koniec wybierze tą, która najbardziej ją usatysfakcjonuje - również z etycznego punktu widzenia.

To nieustanne rozróżnianie na istoty pierwszej i drugiej kategorii stanowi dowód kompletnej nędzy moralnej. Przyzwoitość nie może być postawą względną, odnoszącą się do wąskiego kręgu wybrańców, obwarowaną zastrzeżeniami czy oszczędzaną na specjalne okazje. Powinna obowiązywać zawsze i w odniesieniu do wszystkich - również wtedy, gdy okazuje się uciążliwa lub gdy jest ze szkodą dla nas samych. Zwłaszcza wtedy.

Począwszy od stycznia 2010, autorka decyduje o całkowitej zmianie zawartości swojej lodówki i spiżarni. Oznacza to, że do jej życia na dwa miesiące wkroczą dania przygotowane wyłącznie z żywności ekologicznej. Kolejnych osiem tygodni Duve spędza na diecie bezmięsnej. Następnie przychodzi najdłuższa, bo aż czteromiesięczna faza wegańska, podczas której pisarka nie tylko całkowicie eliminuje z posiłków nabiał czy miód, ale też ubrania ze skóry, wełny czy jedwabiu. Ponadto pozbywa się swojej kolekcji wypchanych zwierząt i pościeli z pierza. Ostatnim etapem jest jesienny eksperyment z frutarianizmem. Jak zmieni się Karen Duve? Czy porzuci dotychczasowy tryb życia?

"Jeść przyzwoicie" to nie tylko bardzo rozbudowany dziennik zmagań autorki z nowymi dietami czy też z trudną codziennością odmieńców żywieniowych. Duve pisze o asortymencie sklepów, w których szuka charakterystycznych dla danej diety produktów, a także o reakcjach ludzi na jej rewolucję kulinarną i konsekwencjach dla zdrowia. Sporą część książki poświęca też na opisanie sytuacji zwierząt, związku między ich cierpieniem a zyskiem producentów oraz popytem na mięso. Pokazuje ponadto, jak wiele łączy zmiany klimatyczne z naszymi nawykami żywieniowymi; obnaża ludzką głupotę, lenistwo i hipokryzję.

Nigdy nie odżywiałam się bardziej odpowiedzialnie, a mimo to jeszcze nigdy nie miałam o sobie tak złego mniemania jak teraz. Gorsza od niemyślenia jest bowiem wiedza o stanie faktycznym i niewyciągnięcie z niej konsekwencji.

Po lekturze tej książki mogę uznać, że zostałam w pewnym stopniu uświadomiona jeśli chodzi o żywność i sposób jej wytwarzania. Dowiedziałam się też sporo o racjach producentów i konsumentów. Poznałam obce mi style żywienia oraz poglądy zwolenników diet: bio, bezmięsnej, wegańskiej i frutariańskiej. Zyskałam również pewność co do tego, jakim typem człowieka jedzącego jestem. Fleksitarianka (również: semiwegetarianka) to własnie ja.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że dobrze mi tu, gdzie jestem. Jasne, chciałabym jeść bardziej świadomie i - przede wszystkim - bardziej konsekwentnie. Nie sądzę jednak, że ruszę do przodu, w kierunku całkowitego wegetarianizmu albo weganizmu, choć to pierwsze ciągle za mną chodzi. Nie zastąpię też mojego półmięsnego życia całkowitym mięsożerstwem, bo najzwyczajniej w świecie nie jestem smakoszem mięsa. 

"Jeść przyzwoicie" stanowi świetną zachętę do podjęcia własnego wyzwania żywieniowego. Otwiera czytelnikowi oczy na wiele istotnych kwestii i naprawdę daje do myślenia. Każdy ma swoje racje, jednak obojętność na cierpienie zwierząt, zasłaniana frazesami w stylu "człowiek ma zęby stworzone do jedzenia mięsa, nie roślin", to objaw naszego okrucieństwa oraz złudnego poczucia wyższości. Jest równoznaczne z przykładaniem się do zadawania bólu tym, którzy nie są w stanie walczyć o swoje prawa. To my, ludzie, musimy wstawić się za zwierzętami. W końcu sami nimi jesteśmy. A i do roślin wcale nie tak nam daleko. 

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 19.06.13
Strony: 334

czwartek, 25 grudnia 2014

Magdalena Tulli "Szum"

Niedawno skończyłam czytać stosunkowo niewielką objętościowo książkę, po której spodziewałam się wiele, ale na pewno nie tego, że zwali mnie z nóg. "Szum" przejechał po mnie niczym walec drogowy i już nigdy więcej nie wrócę do stanu poprzedniego. Jedyne, na co mam siłę w tej chwili, to wklejanie tu genialnych cytatów, ale przecież coś oprócz tego wypadałoby napisać.

Zgodnie sądziły, że nawet jeśli potomstwo trochę przypomina rodziców, to jednak co najwyżej zewnętrznie i powierzchownie. (...) Tak to już z dziećmi jest, myślały - loteria, jedne rodzą się łatwe, inne trudne. Tu nie ma żadnego związku z przeszłością, a przede wszystkim nie ma żadnego związku z tamtym. s. 138


Główna bohaterka książki to postać bezimienna. Jednak drobiazgi takie jak wiek czy nazwisko zupełnie nie liczą się, gdy na pierwszy plan wysuwa się ponura codzienność. Skomplikowana relacja dziewczynki z matką, ciotką i kuzynem towarzyszy jej przez całe późniejsze życie. Wydarzenia z przeszłości, których kobieta nie doświadczyła na własnej skórze nie pozwalają o sobie zapomnieć zarówno tym, którzy je przeżyli, lecz także drugiemu pokoleniu, a w szczególności protagonistce. Zmaga się ona nie tylko z brakiem zrozumienia wśród rówieśników, lecz - co bardziej bolesne - nie potrafi odnaleźć akceptacji pośród swoich krewnych.

- Żadne zwierzę nie jest stworzone do znoszenia upokorzeń - ostrzegał lis. - Nie nastawiaj się na to, że będziesz je zawsze znosić. Zatrułabyś się na śmierć. s. 79

Nie jest wcale łatwo przebrnąć przez niecałe dwieście stron, kiedy treść, z każdym przeczytanym zdaniem, coraz mocniej ciąży czytelnikowi i przygniata go do ziemi - metaforycznie, choć również skutecznie. Lektura "Szumu" to prawdziwe wyzwanie, ja jednak nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę. Czuję się wyczerpana emocjonalnie, choć zdecydowanie jest to ten pozytywny typ zmęczenia czytelniczego. Teraz, kiedy powieść Magdaleny Tulli już za mną, trudno będzie mi zadowolić się pierwszą lepszą książką. 

Trudno przebaczyć komuś, kto nie ma sobie nic do zarzucenia. Ludzie nie umieją przełknąć krzywdy, za którą nikt nie przeprasza, więc próbują oddać ją temu, od kogo przyszła. Jeśli gniew jest bezsilny, zmieni się w nienawiść. Ciężar nienawiści dźwigają potem na własnych plecach, póki nie stracą sił. Wtedy ich przygniecie. s. 174

Magdalena Tulli stworzyła historię po części bardzo realną, a po części zupełnie nieprawdopodobną. Rozmowy ze zmarłymi czy z towarzyszącym dorastającej bohaterce lisem świetnie uzupełniają tą bliską wielu ludziom opowieść o szukaniu swojej zagubionej i niejednokrotnie zagłuszonej przeszłością tożsamości.

Zestawienie magicznego realizmu z tym zupełnie niezaczarowanym sprawia, że ta książka podwójnie mocno działa na czytelnika. Zmusza do zastanowienia się nad symbolami i ich znaczeniem, wymusza własną interpretację wydarzeń i skłania do przemyślenia swojej przeszłości. Każdy człowiek już w momencie narodzin obciążony zostaje historią rodziny, której częścią zostaje. A może nie zostaje? Kto wie, czy tak łatwo zyskać akceptację tych, których każdy z nas otrzymuje w pakiecie wraz z nazwiskiem. A czy później, będąc wyrzutkiem, da się do tej zbieraniny najróżniejszych charakterów upodobnić? Czy warto w ogóle starać się o swój talerzyk szarlotki i rodzinne niedziele pełne upokorzeń i wyrzutów za nieswoje przewinienia? Na te, i inne pytania, które kłębią się w głowie po przeczytaniu „Szumu” każdy będzie musiał udzielić sobie sam odpowiedzi, a zaręczam, że nie będzie łatwo. Gwarantuję również najwyższy poziom czytelniczego zadowolenia z wartościowej lektury.

Ocena: 8/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 20.10.14
Strony: 192

wtorek, 23 grudnia 2014

Biblioteczka Małych Pacjentów

Wspólna akcja Biblioteczki Malucha i Kroniki Kota Nakręcacza, o której więcej poczytać można tu, zmotywowała mnie do nietypowej wycieczki do księgarni. Tym razem nie miałam szukać prezentów świątecznych ani czegokolwiek dla siebie, a dla dzieci, które święta muszą spędzić w szpitalu.

Chciałam znaleźć jakieś książki u siebie w domu, ale niestety w pewnym momencie wszystkie dziecięco-młodzieżowe czytanki podałam dalej, młodszym rocznikom. To nic, od czegoś w końcu są uginające się pod ciężarem magicznych opowieści półki księgarniane.

Z początku nie wiedziałam co wziąć, ale szybko doszłam do wniosku, że najlepiej polegać na klasyce. Wybrałam dwie książeczki, na których sama się wychowałam i mam do nich ogromny sentyment.


W ubiegłym tygodniu wysłałam je pod wskazany adres. Mam nadzieję, że wszystkie rozchorowane maluchy, które zajrzą do tych małych książeczek, choć na chwilę zapomną o chorobie, a na ich twarzach zagoszczą uśmiechy.

Święta już blisko, koniec roku wlecze się tuż za nimi.. A ja planuję już, komu poprawić humor za rok. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Karol Lewandowski "Busem przez świat. Ameryka za osiem dolarów"

Uwielbiam Stany Zjednoczone. Studiuję moją najukochańszą na świecie anglistykę. Szlifuję język, poznaję historię, kulturę, ustrój polityczny oraz system prawny, podziwiając ten fascynujący kraj - póki co, jedynie z oddali. I czytam wszystko na temat USA, co wpadnie mi w ręce.

Marek Wałkuski z Trójki i Marcin Wrona z TVN-u uraczyli mnie już swoimi opowieściami o życiu w Stanach. Na półce czekają na mnie książki autorstwa Magdaleny Rittenhouse i Ewy Winnickiej o Nowym Jorku. W kolejce zakupowej mam "Hartland" Wolfganga Buschera i "Amerykę po kawałku" autorstwa mojego ulubionego radiowego korespondenta. 

Wczoraj minęły dokładnie cztery miesiące od publikacji recenzji o "Busem przez świat. Wyprawa pierwsza". A teraz minęło ledwie parę godzin od kiedy skończyłam czytać drugą książkę Karola Lewandowskiego, opowiadającą o tanim podróżowaniu po Ameryce Północnej i jestem pod ogromnym jej wrażeniem. Tym samym dołączyła do skromnego grona moich ulubionych amerykańskich książek.


Szóstka młodych Polaków i jeden stary bus. Trzy wakacyjne miesiące i trzy kraje. Stany Zjednoczone - to tu spełniają się marzenia milionów imigrantów, Kanada - obiekt drwin i żartów przeciętnego Johna Doe i w końcu Meksyk, przed którego ciemną stroną ostrzegają rozsądnie myślący ludzie. Dystans do pokonania - dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Dzienny budżet - osiem dolarów.

Większość osób na samą myśl o takiej wyprawie postukałaby się w czoło i uznała, że to szalony pomysł, który nie ma żadnych szans na realizację. Pewnie do grona sceptyków należeliby nie tylko jakże "optymistycznie" patrzący na świat Polacy, ale i wiecznie uśmiechnięci Amerykanie czy żyjący na luzie Włosi. Problem niedowiarków polega na tym, że nie wierzą w siłę marzeń. Powyższy plan został przecież wprowadzony w życie i to z powodzeniem, a nawet z wyrobieniem dwustu procent podróżniczej normy, już przed dwoma laty.

Dwa tygodnie temu pomysłodawca busowych wypraw przez świat wraz z wydawnictwem Sine Qua Non oddali w ręce czytelników zapiski z podróży po Ameryce Północnej. Na początku autor opisuje żmudne przygotowania i opowiada o wszystkich problemach związanych z organizacją wyjazdu, szukaniem sponsorów, dopieszczaniem oraz zabezpieczaniem busa o wdzięcznej nazwie Supertramp, zbieraniem środków na paliwo, jedzenie i inne wydatki podczas trzech miesięcy życia na walizkach.

Zdecydowanie większą część książki zajmują wspomnienia z podróży. Z Nowego Jorku przez Los Angeles, do Miami. Od Wschodniego Wybrzeża, przez Kanadę i Niagarę oraz północne stany, do Zachodniego Wybrzeża i Meksyku. Stamtąd, południowymi stanami, do najbardziej wysuniętego na południe kawałka amerykańskiej ziemi - Key West. Śladami legend, sławnych zabytków i znanych ludzi, w tym postaci fikcyjnych, kojarzonych z popularnych filmów i seriali. 

Gangsterzy, krokodyle, pustkowia i często psujący się środek transportu. Przyjaźnie nastawieni amerykańscy obywatele, chętnie niosący bezinteresowną pomoc obcokrajowcom. Ani język, ani inna obyczajowość ludzi, ani ogromne odległości między celami wyprawy nie stanowią przeszkody dla ekipy Busem Przez Świat. W książce Karola Lewandowskiego czytelnik znajdzie liczne opisy mniej lub bardziej znanych miejsc i spotkanych po drodze ludzi. Nie brakuje przygód, mrożących krew w żyłach historii, przydatnych rad i ciekawostek. Cała opowieść opatrzona jest licznymi fotografiami.

Ameryka to miejsce, w którym wszystko jest duże i zorganizowane z hollywoodzkim rozmachem. Tam także spełniają się największe marzenia. Trzeba tylko mieć odwagę planować i realizować swoje - nawet najbardziej szalone - pomysły. Ci, którzy odważyli się śnić, zostali nagrodzeni niesamowitymi przeżyciami i wspomnieniami, które już na zawsze zostaną w ich pamięci. Czytelnikom została książka, która stanowi świetną rozrywkę i dostarcza ogromnej ilości wiedzy na temat taniego podróżowania, a przede wszystkim - motywuje do podjęcia wyzwania, jakim jest podróżowanie. 

Druga busowo-podróżnicza relacja jest znacznie lepsza od pierwszej, bardziej dopracowana i napisana z większą dokładnością. Umieszczenie zdjęć bezpośrednio w rozdziałach opisujących dany etap podróży jest zdecydowanie rozsądniejszym pomysłem, niż kumulowanie ich w jednym miejscu w formie wkładki. Nieco większy format książki sprzyja czytaniu, a lekki, bardzo naturalny styl autora, budzi mój czytelniczy apetyt na kolejne opowieści o przygodach ekipy Busem Przez Świat.


A na koniec jeszcze parę słów o spotkaniu z autorem, które odbyło się 13 grudnia w Łodzi. W piątek, czyli dzień wcześniej, byłam niemal pewna, że wybiorę się do Daleko Blisko z pierwszą książką - po kurierze nie było śladu. Po dwunastej zaczęłam się zbierać na zajęcia i wtedy, niemal w ostatniej chwili, zjawił się mój wybawca z książkami od wydawnictwa. Bardzo chciałam przeczytać "..Amerykę za osiem dolarów" przed sobotą, ale i tak dobrze było mieć ją już u siebie na półce.

Na szczęście spotkanie promujące nową publikację Karola Lewandowskiego dotyczyło przede wszystkim mitów, które wyrastają jak grzyby po deszczu wokół podróżowania. Autor oraz towarzysząca mu Alex - członkini wyprawy do Ameryki (i kilku innych) - opowiadali również o swoich przygodach podczas czteromiesięcznego pobytu w Australii. 

Było naprawdę świetnie, troszkę krótko, ale za to bardzo treściwie i ciekawie. Publiczność też dopisała, a w kawiarni szybko zabrakło miejsc do siedzenia. Tak pozytywnych i przyjaźnie nastawionych do świata ludzi nie spotkałam od dawna. Karol i Alex zarazili mnie swoim optymizmem i podróżniczą pasją. A w korowym VW, którym przemierzyli już kawał świata, zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To kiedy wyruszamy busem do Japonii?

Ocena: 9/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 8.12.14
Strony: 336

piątek, 19 grudnia 2014

Carla Montero "Złota skóra"

Parę lat temu Carla Montero podbiła serca czytelników bestsellerową "Szmaragdową tablicą". Nie mogłam oczywiście odmówić sobie tej książki, ale ciągle stoi na mojej półce nieprzeczytana. Coś mnie od niej zawsze odpycha i sprawia, że sięgam po inne pozycje. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce jej najnowsza powieść, i to od niej zaczęłam swoją przygodę ze znaną hiszpańską autorką.


Jest rok 1904. Po pięknym Wiedniu grasuje brutalny morderca, który potwornie masakruje zwłoki swoich ofiar. A są nimi młode i piękne kobiety, które łączy postać Inés - najpiękniejszej z muz artystów. Detektyw Karl Sehlackman musi odnaleźć bestię, która w okrutny sposób pastwi się nad znanymi modelkami wiedeńskich fotografów i malarzy.

Zapowiadało się naprawdę wspaniale i nie mogłam doczekać się lektury tej powieści.. aż do momentu, gdy otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Tę książkę mogę porównać - najbardziej trafnie - do innej znanej i cenionej przez czytelników historii. "Złota skóra" to po prostu opowiedziane na nowo "Pachnidło". Historia nieco zmodyfikowana i osadzona w innym mieście, parę wieków później, lecz podobnie wstrętna i odpychająca.

Ta historia ani trochę mnie nie poruszyła, wywołała jedynie uczucie znużenia i okazjonalne obrzydzenie. Nie podobał mi się prymitywny język głównego bohatera oraz jego przyjaciela. A gdzie ta obiecywana przez wydawcę secesja? Parę razy rzucone nazwisko Klimta czy sceny przedstawiające proces tworzenia dzieła to zdecydowanie za mało. Jedno, czego na pewno nie zabrakło, to tandetne sceny łóżkowe i łzawe wyznania. Wszystkiemu temu towarzyszyła nieudana próba budowania przez pisarkę napięcia, którego ostatecznie zabrakło.

Pomysł był niewątpliwie dobry, lecz niestety nic z tego nie wyszło. Autorka postarała się, by opowiedzieć historię łącząc ze sobą fragmenty dotyczące śledztwa policyjnego prowadzonego "parę miesięcy później" (narracja pierwszoosobowa) z tymi opisującymi okres, w którym dokonywane były zbrodnie (narracja w trzeciej osobie). Sporo było ciekawych zwrotów akcji, a morderca ukrywał się przed czytelnikiem niemal do ostatnich stron książki.

Zachwytu, przerażenia i "wciągania" brak. Pozostało tylko jedno, dominujące uczucie - rozczarowanie. I jak ja teraz mam zabrać się za tę nieszczęsną"Szmaragdową tablicę"? Mimo wysokich ocen czytelników, nie sądzę, że przypadnie mi teraz do gustu cokolwiek autorstwa Montero. A tymczasem na portalach czytelniczych "Złota skóra" jest zdecydowanie dobrze oceniana (7,23/10 na LubimyCzytać, 5,0/6 na Granicach i 3,31/5 na Goodreads). Chyba w takim razie coś jest ze mną nie tak..

Ocena: 6/10

Wydawca: Rebis
Premiera: 4.11.2014
Strony: 376

środa, 17 grudnia 2014

Darien Gee "Uśmiech Madeline"

Wyleczona - głównie niezawodną polopiryną - wracam do świata książek. W chorobie moją towarzyszką stała się pokaźnej wielkości książka, zdecydowanie idealna na chłodne zimowe wieczory bez śniegu. Darien Gee stworzyła lekką, ciepłą opowieść o małym miasteczku w stanie Illinois, którą czyta się bardzo przyjemnie, siedząc pod kocem, z kubkiem jakiejś pysznej, rozgrzewającej herbaty w ręce.


O herbaciarni tytułowej Madeline można było już przeczytać w książce zatytułowanej.. "Herbaciarnia Madeline". Ja jednak nie miałam okazji jej poznać. Sięgnęłam za to po tę pozycję, bo nie mogłam oprzeć się tej uroczej okładce. Poza tym, obydwie książki nie są częściami żadnej serii, łączy je jedynie to samo miejsce akcji i podobni bohaterowie. 

"Uśmiech Madeline" opowiada o losach kilku mieszkanek Avalon, które w jakiś sposób stają się sobie bliskie. Właścicielka herbaciarni, wynajmuje pokój Connie, młodej kobiecie, która ucieka od bolesnej przeszłości. Każdego dnia kobiety pieką słodkości i przygotowują aromatyczne mieszanki herbat dla swoich gości. Stałą bywalczynią jest siedemdziesięcioletnia Bettie, która zaraża wszystkich miłością do scrapbookingu. Ta trójka to tylko postaci drugoplanowe, pojawiające się często w życiu protagonistek.

Kiedy czytelnik wkracza w świat bohaterów książki, Isabel postanawia wystawić dom, który kojarzy jej się z nieżyjącym już mężem na sprzedaż. Yvonne pracuje jako hydraulik, zmagając się na każdym kroku z zabawnymi reakcjami swoich klientów na kobietę naprawiającą zatkane zlewy. Ava walczy z przeciwnościami losu, jako młoda matka samotnie wychowująca dziecko. Frances ma już trzech synów, lecz wraz z mężem oczekują pojawienia się czwartego dziecka - wymarzonej córki.

Kiedy myślę o tej opowieści, od razu przypomina mi się historia opisana przez Liane Moriarty w "Sekrecie mojego męża". Tam też pojawiło się sporo postaci, których losy zaczęły się w jakiś sposób ze sobą splatać. To może stara metoda słów-kluczy wróci z tej okazji do recenzji?

Współnota. Małe amerykańskie miasteczko, w którym każdy zna każdego, jednak wszyscy lubią czasem trochę się od reszty odsunąć. Ta opowieść pokazuje, jak mieszkańcy Avalon znów staną się jednością, czego najlepszym przykładem może być relacja dwóch sąsiadek.

Scrapbooking. Metoda ozdabiania albumów zdjęciami i różnymi kolorowymi dodatkami, którą Bettie zachwala wszystkim napotkanym ludziom, jednocześnie zachęcając ich do kreatywnego spędzania czasu i chwalenia cię swoimi dokonaniami na comiesięcznych spotkaniach.

Przeszłość. Bohaterowie opowieści zmagają się z konsekwencjami wyborów, których sami kiedyś dokonali lub decyzjami innych w sprawie ich życia. Yvonne wciąż nie może pogodzić się ze swoim losem, po tym jak jej najbliższa rodzina przed laty sprawiła jej tyle bólu.

Przyjaźń. Bez drugiej osoby, która w momencie najgłębszego kryzysu potrafi zaoferować wsparcie i udzielać mądrych rad, naprawdę ciężko sobie poradzić. Tym większa wdzięczność za przyjaciela, gdy pomocną dłoń wyciąga osoba, której człowiek najmniej się spodziewał. 

Upór. Czasem warto robić coś wbrew innym ludziom. Może się okazać, że to oni się mylą i ostatecznie będą zadowoleni. Nikt nie wie tego lepiej od Bettie, która jest mistrzynią w dążeniu do celu i z powodzeniem przekonuje do scrapbookingu nawet mężczyzn.

Miłość. Bo ostatecznie to liczy się najbardziej. Każdy bohater szuka tego kogoś, kto wypełni pustkę w jego sercu. Szkoda mi jedynie tego niedokończonego wątku Bettie i jej przeszłości. Pozostali bohaterowie.. No właśnie, czy znajdą to, czego brakuje im najbardziej? 

Jedzenie. Dużo pyszności przygotowują książkowi bohaterowie i tuż po epilogu autorka dodała parę stron poświęconych przepisom na wybrane potrawy tak chętnie jedzone przez mieszkańców Avalon. Może po lekturze czytelnik wraz z domownikami urządzi książkową ucztę?

Polecam tę książkę wszystkim stęsknionym za wielowątkowymi obyczajówkami z dobrym zakończeniem, a już szczególnie fanom "Sekretu mojego męża". Jest to naprawdę udana opowieść, która nie wymaga wiele od czytelnika, a jest w stanie świetnie umilić czas spędzony przymusowo w domu.

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 14.08.2014
Strony: 632

niedziela, 14 grudnia 2014

Jennifer Clement "Modlitwa o lepsze dni"

Przeziębienie u mnie w pełni. Chyba nadszedł czas lekkich i przyjemnych obyczajówek o działaniu leczniczym. Dziś o książce, która łączy w sobie powieść obyczajową z reportażem - oczywiście fikcyjnym, ale opartym na prawdziwych historiach.

Zza książki wychyla się zdecydowanie ciekawsze
filcowe etui na nowy czytnik. Ręcznie szyte przeze mnie :)

Jennifer Clement mieszka w Meksyku i historia tego kraju stanowi inspirację dla jej twórczości. Do sięgnięcia po tę książkę skusił mnie przede wszystkim blurb i recenzja Asi z bloga Babskie Czytanie. Myślałam, że ta opowieść całkowicie zdobędzie moje czytelnicze serce i nie będę mogła się od niej oderwać. Było niestety trochę inaczej.

Musiałam mocno ze sobą walczyć, by nie odłożyć tej historii na półkę z "nigdy nieskończonymi", bo po prostu mnie nie zainteresowała. Czytało mi się ją niezwykle gładko i szybko, ale odniosłam wrażenie, że w ogóle nie potrafię zaangażować się w tą opowieść, wejść do świata głównej bohaterki i przeżywać razem z nią wszystkie jej perypetie. A działo się sporo.

Ladydi otrzymała imię po księżnej Dianie, której historia poruszyła do głębi jej matkę. Ta dwójka mieszka w małej miejscowości przy wielkiej górze, rozdartej na pół przez niebezpieczną autostradę. Ich dom jest równie skromny i pusty jak pozostałe. Wszyscy mężczyźni porzucili rodziny i uciekli do Stanów Zjednoczonych, w poszukiwaniu lepszej przyszłości.

Pozostające w mieście kobiety sparaliżowane są strachem; każdego dnia obawiają się o swoje córki, które mogą paść ofiarą porywaczy z gangów narkotykowych. Policja nie chroni słabszych i bezbronnych obywateli, lecz współpracuje z bandytami. Ladydi dorasta w tym nieprzyjaznym środowisku, pod opieką matki alkoholiczki, z którą łączą ją trudne relacje. Po ukończeniu szkoły dostaje szansę, by wyrwać się z tego piekła. Czy uda jej się ją wykorzystać? Czy wielkie miasto, jakim jest Acapulco zapewni jej szczęście i bezpieczeństwo?

Zapamiętałam ten dzień, jako początek jej gniewu. Jej wściekłość była nasionkiem, które tego popołudnia zostało wrzucone do ziemi. Zanim (...), z nasiona zdążyło wyrosnąć wielkie drzewo rzucające cień goryczy na całe nasze życie. s. 143

Autorka często nagradzana jest za swoją twórczość w Stanach, ma tam również spore grono czytelników. Mnie niestety nie zachwyciła, spodziewałam się po tej książce więcej. Czuję niedosyt i jestem rozczarowana sposobem, w jaki Clement połączyła wątki. Brak porządku i płynnego przechodzenia z jednego tematu do drugiego. Podczas lektury miałam wrażenie, że Jennifer Clement wsadziła mnie do autobusu i posłała w nieznane drogą z wybojami. 

Ocena: 6/10

Wydawca: MUZA S.A.
Premiera: 17.09.2014
Strony: 320

środa, 10 grudnia 2014

Greg Marinovich, João Silva "Bractwo Bang Bang"

Relacje z wojen mają to do siebie, że wstrząsają czytelnikiem. Są bezpośrednie i prawdziwe, niemal zawsze szokujące i głęboko poruszające. Najczęściej wojnę opisują jej ofiary lub korespondenci wojenni. A co dzieje się, kiedy o walkach postanawia opowiedzieć fotoreporter? Na ile jego spojrzenie na świat jak na materiał, który musi w swojej fotoreporterskiej pracy utrwalić na kliszy, wpływa na odczuwanie empatii? Gdzie przebiega cienka granica między nakazem relacjonowania dramatycznych wydarzeń a obowiązkiem niesienia pomocy potrzebującym? Kiedy należy porzucić aparat i pomagać rannym?


Republika Południowej Afryki to kraj, który dziś przede wszystkim kojarzy się z makabrycznymi zdjęciami, jakie zrobiono w mieszkaniu Oscara Pistoriusa po tragicznej śmierci Reevy Stenkampf. Ponad dwadzieścia lat wcześniej grupa fotografów określana jako Bractwo Bang Bang (autorzy książki - Greg Marinovich, João Silva oraz Ken Oosterbroek i Kevin Carter), relacjonowała całemu światu krwawe walki, które rozgrywały się w tym kraju.

Jak mówią sami autorzy, teoretycznie żadnej wojny domowej w RPA nie było, miały za to miejsce liczne walki, ataki, czy zasadzki na przeciwników. W rzeczywistości liczba ofiar śmiertelnych pokazuje jasno, jak wiele osób włączyło się w obalenie apartheidu lub utrzymanie go. Autorzy książki wiele razy podczas swej pracy stawali się świadkami śmierci. Ocierali się o nią każdego dnia, fotografując ofiary i oprawców, ostatnie sekundy ludzkiego życia. Sami również często wymagali pomocy medycznej, ale ich praca wymagała czasem jeszcze większych poświęceń,

Dziennikarze relacjonujący konflikty zbrojne, podobnie jak żołnierze i ludność cywilna, na traumatyczne wydarzenia reagują podobnie. Depresja, zespół stresu bojowego, problemy ze snem, z relacjami międzyludzkimi. Trudy życia zawodowego przekładały się na problemy w sferze prywatnej. O tych doświadczeniach nie można zapomnieć we śnie, kiedy w głowie powracają do człowieka szokujące obrazy.

Trudno poradzić sobie z tak dramatycznymi przeżyciami. Część genialnych fotografów szukała pocieszenia w alkoholu czy narkotykach. Kevin Carter - który za wstrząsające zdjęcie umierającej z głodu  dziewczynki i czyhającego na nią sępa wykonane w 1993 roku w Sudanie otrzymał Nagrodę Pulitzera - również przez lata zmagał się z nałogiem i depresją. Kilka miesięcy przed jego samobójczą śmiercią, podczas fotografowania zamieszek w townshipie Tokhoza zginął Ken Oosterbroek.

Choć Bractwo Bang Bang przeszło do historii fotografii, to jednak tylko jego członkowie wiedzą tak naprawdę jak wysoką cenę zapłacili za swoją sławę. Ta książka to fascynujący zapis ich życia i pracy, od młodości, przez początki kariery i coraz lepsze zlecenia, aż po słodko-gorzkie zakończenie. Dla ich kraju druga połowa lat 90. oznaczała szansę na lepszą przyszłość dla Czarnych, wyzwolonych spod okrutnych rządów Białych, a dla autorów - ciągłe zmaganie się z traumą, jakiej doświadczyli. W książce zamieszczone są trzy wkładki z czarno-białymi fotografiami bohaterów tej historii, jednak to słowo pisane najsilniej oddziałuje na czytelnika, a obrazy tylko dopełniają całości.

Trudno jest czytać o morderstwach dokonywanych na ludziach przez ludzi, o niesamowitym okrucieństwie oprawców i bezbronności ich ofiar. Ci, którym udało się przeżyć, opowiadają o strasznych rzeczach, które ciężko sobie nawet wyobrazić. Rasizm, brak zrozumienia i tolerancji, wzajemna niechęć i rosnąca niczym fala nienawiść, znajdowały swoje ujście w przemocy, zupełnie bezsensownej i niemożliwej do zapomnienia. Równie ciężko będzie wyrzucić z pamięci tę książkę. Polecam wszystkim tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej o burzliwej historii Republiki Południowej Afryki.

Ocena: 8/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 12.09.2012
Strony: 306

środa, 3 grudnia 2014

Listopadowe podsumowanie książkowe

Pora na czwarte podsumowanie na blogu. Tak nieksiążkowego miesiąca jak listopad jeszcze nie miałam. Czytało mi się okropnie ciężko i nie mogłam się zmusić, żeby więcej czasu spędzić z czytadłami. Mam zaległości, które trudno będzie nadrobić w tym miesiącu, ale czy ja nie dam rady?


1. Katarzyna Klejnocka, Jarosław Klejnocki - Próba miłości (224)
2. Małgorzata Szumska - Zielona sukienka (336)
3. Magdalena Samozwaniec - Tylko dla dziewcząt (192)
4. Diane Chamberlain - Dobry ojciec (392)
5. Colin Woodard - Republika Piratów (384)
6. "Nie mogę powiedzieć, bo obedrą mnie z futra" (500)
7. "Nie mogę powiedzieć, bo obedrą mnie z futra" (304)

Razem: 2332 stron

Z wydarzeń czytelniczych, udało mi się trafić na IV Salon Ciekawej Książki, gdzie zaadoptowałam na stoisku Znaku dwie książki - "Szum" Magdaleny Tulli oraz "Papugi z placu d'Arezzo" Erica-Emmanuela Schmitta. Na zdjęciu umieściłam również "Miniaturzystkę" Jessie Burton, którą udało mi się wygrać w konkursie.


Na początku listopada byłam na spotkaniu z autorami "Autorki", a ponieważ mój egzemplarz poszedł w świat, kupiłam drugi - do podpisania. Dostałam za to dedykację inną niż wszystkie i taaaką długą, że nie zmieściła się w całości na zdjęciu.

Drugie spotkanie miało miejsce na wspomnianych wcześniej łódzkich targach książkowych. Do Polski przyjechał ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz i odwiedził rówież "moje" miasto. Tym razem tylko posłuchałam (a było czego), ponieważ mój egzemplarz "Szcze ne wmerła i nie umrze" jeszcze do mnie nie dotarł. Niestety, na miejscu można było dostać żadnych innych książek autora.

Moje grudniowe plany czytelnicze obejmują kolejne autorskie spotkania, m.in. z Magdaleną Tulli, Andrzejem Stasiukiem oraz ekipą Busem Przez Świat. Zobaczymy, czy uda mi się trafić na wszystkie.

wtorek, 2 grudnia 2014

Paula Daly "Gdy przejdziesz przez próg"

Był taki moment, kiedy uległam niesamowicie zabiegom marketingowym wydawcy i mało brakowało, a kupiłabym wszystkie książki z serii Kobieca Strona Thrillera. Choć tytuły i okładki kuszą, a tematy wydają się ciekawe, coś tu jednak nie jest do końca tak, jak powinno. W zamyśle twórców - tak mi się przynajmniej wydaje - seria miała być skierowana do tych czytelniczek, które odczuwają znużenie klasycznymi powieściami obyczajowymi. Pod wspólną nazwą zebrano kilka historii rodzinnych z lekkim dreszczykiem.


Natty i Sean wiodą spokojne życie w niemal idyllicznej scenerii angielskiej Krainy Jezior. Mają dwie wspaniałe córki, prowadzą hotel i mieszkają w bajecznej posiadłości z widokiem na jezioro Windermere. Kiedy czternastoletnia Felicity trafia do szpitala podczas szkolnej wycieczki do Francij, jej matka rzuca wszystko i leci do córki. W domu zostawia męża i starszą córkę pod opieką swojej najserdeczniejszej przyjaciółki jeszcze z czasów akademickich. 

To początek końca sielanki; Eve zastępuje Natty w każdej sferze życia rodzinnego Wainwrightów, a główna bohaterka nie jest w stanie przemówić omamionemu mężowi do rozsądku. Wtedy właśnie rusza nieprawdopodobna lawina dziwnych wydarzeń, które prowadzą do makabrycznych odkryć. Okazuje się, że Eve.. 

Tu muszę przerwać, bo dalej nie wypada mi opowiadać, choć bardzo chętnie bym zdradziła, co działo się dalej. Na koniec autorka serwuje czytelnikowi mocne zakończenie, którego nawet ja się nie spodziewałam. Mimo to czuję pewien niedosyt. Mam wrażenie, że razem z końcem opowieści urywa się ona w dziwny sposób, nie wszystkie wątki zostają odpowiednio zamknięte.

Autorce częściowo udało się zbudować napięcie, które skłaniało mnie do niemal automatycznego przewracania kartek w książce. Co jeszcze wymyśliła Paula Daly, aby sprawić, że będę kręciła głową z niedowierzaniem? Czy aż tyle może się naraz dziać w życiu jednego człowieka? A może pomyliłam "bajki" i wpadł mi w ręce scenariusz jakiegoś tasiemca?

"Gdy przejdziesz przez próg" kryje w sobie wartką akcję napędzaną serią pechowych zdarzeń. Tu mroczne tajemnice tkwią we wszystkich zakamarkach opowieści. Nie ma postaci, która nie skrywałaby czegoś przed resztą świata. Choć ani Sean ani Natty nie są z kryształu, to jednak prym w kłamaniu i udawaniu kogoś innego wiedzie Eve. Koszmarna przyjaciółka, w najtrudniejszym dla Wainwrightów momencie, wykorzystuje skomplikowaną sytuację i rozbija szczęśliwą rodzinę.

Historia opisana przez Daly nie jest daleka od rzeczywistości. Niejedna przyjaciółka rozbiła z pozoru udane małżeństwo. Niejedna kobieta skrywała wstydliwą przeszłość. A mimo to mam wrażenie, że trochę tego złego za dużo, jak na jedną opowieść. Choć wątek obyczajowy wydaje się najmocniej zarysowany, to tych przyprawiających o gęsią skórkę elementów jest sporo. Nie są one jednak na tyle wyraziste i mocne, aby tą książkę można było uznać za dobry thriller. 

Wiele czytelniczek narzekało na jakość książek z serii Kobieca Strona Thrillera i ja również mam sporo zastrzeżeń do tej pozycji. Całość wydaje się trochę naciągana i nie powaliła mnie tak, jak miałam na to nadzieję. Chyba nie skuszę się na kolejne, choć nie przeczę, że lektura "Gdy przejdziesz przez próg" była ciekawym doświadczeniem. 

Ocena: 5/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 7.08.2014
Strony: 456