niedziela, 30 listopada 2014

Colin Woodard "Republika Piratów"

Chciałam dziś napisać parę słów o książce bardzo nietypowej dla mnie. Zarówno świetne wydanie, jak i ciekawa tematyka skusiły mnie do sięgnięcia po tę publikację. Trochę czasu zajęło mi czytanie jej, ponieważ aż bolało mnie serce na myśl o ściskaniu tego pięknego wydania w torbie z całą masą innych babskich drobiazgów. Opowieści o piratach, które zebrał i opisał Colin Woodard,  towarzyszyły mi głównie w domu i zapewniły rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie.


Początek wieku osiemnastego określić można złotą erą piratów. Ich burzliwe losy w późniejszych czasach stały się inspiracją dla wielu pisarzy, scenarzystów i reżyserów. Każdy zna filmy z Johnnym Deppem, lecz nie każdy już wie, kim był Edward Thatch, Benjamin Hornigold, Henry Jennings, Samuel Bellamy czy Charles Vane. To oni, na swoich imponujących okrętach, byli prawdziwymi postrachami mórz. Dlatego właśnie czas zapomnieć na chwilę o efektach specjalnych i obróbce graficznej. Rzeczywistość nie zawsze była tak interesująca dla twórców książek, seriali i filmów, lecz nie mniej barwna.

Szczególnie początki tej fascynującej historii nie były wcale kolorowe. Morskie potęgi, takie jak Imperium Brytyjskie, potrzebowały ludzi, którzy będą pływać po morzach i oceanach świata. Bez nich nie było mowy o podbijaniu lądów i handlu międzynarodowym. Mimo to, traktowano ich bez należytego szacunku. Trudne warunki pracy i bardzo często brak wynagrodzenia sprzyjały licznym buntom. Ci, którzy odważyli się zaprotestować, musieli szukać innego zajęcia. Nie znali innego życia, niż to na statku. Niejednokrotnie nie mieli też po co wracać na ląd. Tak narodziło się piractwo, którego głównym ośrodkiem były Bahamy.

Głód, choroby i niedostatek wody pitnej niejednokrotnie zagrażały zdobywcom skarbów podczas ich codziennej ciężkiej pracy. A przecież na statku trzeba być samowystarczalnym. Potrzebny był dowódca, ale też wszelkie wyprawy nie mogły dojść do skutku, jeśli brakowało najpotrzebniejszej i najliczniejszej grupy najniższych rangą ludzi od brudnej roboty. Piractwu nie sprzyjały również władze państwowe. Brytyjska monarchia zwalczała je wszelkimi możliwymi sposobami, próbując nie dopuścić do utraty swoich kosztowności. Kariera morskiego rzezimieszka była jednoznaczna z nieustanną walką o przetrwanie. Należało ścigać złoto i egzotyczne towary, jednocześnie oglądając się ciągle w tył, wypatrując potencjalnego wroga.

Colin Woodard w swojej książce opisuje barwne dzieje piratów od schyłku siedemnastego wieku, do początku lat trzydziestych kolejnego stulecia, kiedy to m.in. dzięki działaniom Woodesa Rogersa udało się położyć kres morskim rozbojom. Ta fascynująca opowieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach, ukazuje prawdziwą historię pirackiej republiki, która swoim założeniami wyprzedziła resztę "prawdziwych" krajów o dekady. Panująca tam demokracja, według której czarni byli równi białym, a wszyscy mieli tyle samo praw i wolności, sprawiły że pirackie podboje stały się tak popularne.

W "Republice Piratów" znaleźć można niezliczoną ilość faktów wplecionych zgrabnie w tą spójną opowieść o prawdziwych losach Czarnobrodego czy Czarnego Sama. Dla mnie, jako osoby zupełnie niezorientowanej w temacie, która obejrzała dawno temu "Piratów z Karaibów", książka ta służy za wspaniałe uzupełnienie skromnej wiedzy o tym okresie i o faktycznej działalności morskich rozbójników. Będzie to również prawdziwa gratka dla osób zafascynowanych pirackimi opowieściami.

Ocena: 7/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 24.09.2014
Strony: 384

2 komentarze:

  1. Piraci nie za bardzo mnie interesują, więc obawiam się że raczej nie odnalazłabym się w tej książce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie jestem fanką piratów, ale mimo to całkiem dobrze mi się o nich czytało :)

      Usuń