niedziela, 30 listopada 2014

Colin Woodard "Republika Piratów"

Chciałam dziś napisać parę słów o książce bardzo nietypowej dla mnie. Zarówno świetne wydanie, jak i ciekawa tematyka skusiły mnie do sięgnięcia po tę publikację. Trochę czasu zajęło mi czytanie jej, ponieważ aż bolało mnie serce na myśl o ściskaniu tego pięknego wydania w torbie z całą masą innych babskich drobiazgów. Opowieści o piratach, które zebrał i opisał Colin Woodard,  towarzyszyły mi głównie w domu i zapewniły rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie.


Początek wieku osiemnastego określić można złotą erą piratów. Ich burzliwe losy w późniejszych czasach stały się inspiracją dla wielu pisarzy, scenarzystów i reżyserów. Każdy zna filmy z Johnnym Deppem, lecz nie każdy już wie, kim był Edward Thatch, Benjamin Hornigold, Henry Jennings, Samuel Bellamy czy Charles Vane. To oni, na swoich imponujących okrętach, byli prawdziwymi postrachami mórz. Dlatego właśnie czas zapomnieć na chwilę o efektach specjalnych i obróbce graficznej. Rzeczywistość nie zawsze była tak interesująca dla twórców książek, seriali i filmów, lecz nie mniej barwna.

Szczególnie początki tej fascynującej historii nie były wcale kolorowe. Morskie potęgi, takie jak Imperium Brytyjskie, potrzebowały ludzi, którzy będą pływać po morzach i oceanach świata. Bez nich nie było mowy o podbijaniu lądów i handlu międzynarodowym. Mimo to, traktowano ich bez należytego szacunku. Trudne warunki pracy i bardzo często brak wynagrodzenia sprzyjały licznym buntom. Ci, którzy odważyli się zaprotestować, musieli szukać innego zajęcia. Nie znali innego życia, niż to na statku. Niejednokrotnie nie mieli też po co wracać na ląd. Tak narodziło się piractwo, którego głównym ośrodkiem były Bahamy.

Głód, choroby i niedostatek wody pitnej niejednokrotnie zagrażały zdobywcom skarbów podczas ich codziennej ciężkiej pracy. A przecież na statku trzeba być samowystarczalnym. Potrzebny był dowódca, ale też wszelkie wyprawy nie mogły dojść do skutku, jeśli brakowało najpotrzebniejszej i najliczniejszej grupy najniższych rangą ludzi od brudnej roboty. Piractwu nie sprzyjały również władze państwowe. Brytyjska monarchia zwalczała je wszelkimi możliwymi sposobami, próbując nie dopuścić do utraty swoich kosztowności. Kariera morskiego rzezimieszka była jednoznaczna z nieustanną walką o przetrwanie. Należało ścigać złoto i egzotyczne towary, jednocześnie oglądając się ciągle w tył, wypatrując potencjalnego wroga.

Colin Woodard w swojej książce opisuje barwne dzieje piratów od schyłku siedemnastego wieku, do początku lat trzydziestych kolejnego stulecia, kiedy to m.in. dzięki działaniom Woodesa Rogersa udało się położyć kres morskim rozbojom. Ta fascynująca opowieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach, ukazuje prawdziwą historię pirackiej republiki, która swoim założeniami wyprzedziła resztę "prawdziwych" krajów o dekady. Panująca tam demokracja, według której czarni byli równi białym, a wszyscy mieli tyle samo praw i wolności, sprawiły że pirackie podboje stały się tak popularne.

W "Republice Piratów" znaleźć można niezliczoną ilość faktów wplecionych zgrabnie w tą spójną opowieść o prawdziwych losach Czarnobrodego czy Czarnego Sama. Dla mnie, jako osoby zupełnie niezorientowanej w temacie, która obejrzała dawno temu "Piratów z Karaibów", książka ta służy za wspaniałe uzupełnienie skromnej wiedzy o tym okresie i o faktycznej działalności morskich rozbójników. Będzie to również prawdziwa gratka dla osób zafascynowanych pirackimi opowieściami.

Ocena: 7/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 24.09.2014
Strony: 384

piątek, 28 listopada 2014

Diane Chamberlain "Dobry ojciec"

Chciałam na chwilę odpocząć od literatury faktu i odetchnąć od książki o piratach, która już niedługo się tu pojawi. W związku z tym sięgnęłam po obyczajówkę z serii Kobiety To Czytają! i.. nagle z kart powieści wyskoczył Czarnobrody! Na szczęście to nie o nim jest ta opowieść.


Powieść Diane Chamberlain wydaje się wprost idealna do adaptacji na scenariusz filmowy, w którym akcja ani na chwilę nie zwalnia tempa. Ogromną zaletą "Dobrego ojca" są wielowątkowość, misternie stworzona intryga i amerykański rozmach. W tym przypadku efekt ten udało się osiągnąć dzięki wprowadzeniu do akcji powieści aż trzech głównych postaci (z Travisem jako najważniejszą z nich), których decyzje wprawiają w ruch całą historię.

Travis, dwudziestodwuletni ojciec małej Belli nagle traci grunt pod stopami. Jego dotychczasowe życie staje się jedynie wspomnieniem, a on musi szybko się otrząsnąć. Potrzebuje nowego domu dla siebie i córki, nowej pracy i, naturalnie, nowej opiekunki dla dziecka. Nie ma ani pieniędzy, ani czasu na zastanowienie. Musi działać.

Robin dostaje nowe życie - metaforycznie i całkiem dosłownie. Jako szczęśliwa przyszła żona lokalnego polityka cieszy się w końcu zdrowiem, które dał jej przeszczep serca. Ma wszystko, o czym marzą młode kobiety w jej wieku. Jest popularna, bogata i otoczona kochającą rodziną jak z obrazka. Czegoś jednak wyraźnie jej brakuje. 

Erin musi uporać się ze stratą córki, choć powrót do normalności wydaje się niemożliwy. Jak można zacząć robić to samo, co robiło się, gdy rodzina była w komplecie, skoro teraz brakuje jednego istotnego ogniwa? Walka o normalność pochłania wszystkie jej siły. Czy upora się z tym ciężarem?

Akcja "Dobrego ojca" bardzo szybko rozkręca się w taki sposób, że czytelnik siłą rzeczy pędzi razem nią i nie jest w stanie się zatrzymać, póki nie dotrze do ostatniego zdania. Wszystkie wątki zostają jednocześnie rozwinięte, a ich bohaterowie odnajdują rozwiązania swoich problemów. Mimo tego wrażenia, że wszystko idzie ku dobremu, z czasem  sprawy coraz bardziej się komplikują. 

To ten moment kulminacyjny, następujący tuż przed zakończeniem opowieści, po raz ostatni gmatwa sytuację całej trójki, by później pozwolić im rozpocząć życie niemalże od nowa. Ale jak wygląda to nowe życie? Jest lepsze? Gorsze? Co zdarzy się zanim czytelnik dotrze do zakończenia? I, w końcu, co oni wszyscy mają ze sobą wspólnego? Tego nie zdradzę.

Właściwie ta książka nie jest jedynie o byciu dobrym ojcem, lecz dobrym rodzicem. Nie tylko jeden Travis przez całą opowieść zmaga się z wyborami, które największą zmianę przyniosą właśnie jego dziecku. "Dobry ojciec" opisuje relacje dziecka z rodzicem, ukazuje jaką władzę nad swoimi pociechami mają jego opiekunowie i jak wiele zależy od pojedynczych decyzji dorosłych.

Jedyna rzecz, do której muszę się przyczepić, to tragiczne tłumaczenie. Na początku były momenty, kiedy zamykałam książkę i cierpiałam w ciszy; nie mogłam czytać tak kiepsko przełożonej książki. Wszędzie natykałam się na kalki językowe i bardzo niezgrabne określenia, a do tego masa głupich błędów, chociażby ten mac’n’cheese jako makaron z serem - a przecież to słynna amerykańska zapiekanka makaronowa (i to wystarczy, bo przecież danie o tej nazwie jest zawsze z serem).

"Dobry ojciec" to druga, tuż po "W słusznej sprawie" powieść Chamberlain, którą dane było mi przeczytać. Na mojej półce na swoją kolej czeka jeszcze "Zatoka o północy" - oby dorównała poziomem dwu poprzednim. Wracając do przedmiotu dzisiejszej recenzji, historia Travisa i Belli pokazuje, jak wiele w życiu jest w stanie zrobić rodzic, który na uwadze ma dobro swojego dziecka. Kiedy człowiek znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, w potrzasku, wszelkie dylematy moralne schodzą na dalszy plan.

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 5.08.2014
Strony: 392

wtorek, 25 listopada 2014

Magdalena Samozwaniec "Tylko dla dziewcząt"

Dobrze jest raz na jakiś czas zrobić sobie chwilę przerwy i odpocząć od wszystkiego, co zaczyna człowieka nudzić, lub czego ma w nadmiarze. Tym razem w moje ręce trafiła książka zupełnie inna od dotychczas czytanych przeze mnie pozycji. Nie jest to nowość, ale stosunkowo świeże wydanie. 


Wystarczy spojrzeć na tę książkę i od razu chce się ją czytać, tak zachęcająco się prezentuje. Mimo lekkich obaw odnoszących się do jej treści i stylu Magdaleny Samozwaniec, postanowiłam dać tej publikacji szansę. Ostatecznie nie chciałam nigdy czytać tylko "bezpiecznych" książek autorów dobrze mi już znanych i, co gorsze, piszących niekoniecznie wymagające czytadła. Zdecydowałam się na własnej skórze sprawdzić, jak zadziała na mnie proza autorki i czy również będę nią zachwycona?

Książka to rodzaj alkoholu, bo też "idzie do głowy". s. 185

Temat ogólnie pojętych relacji damsko-męskich - problemów w związkach, etapu zalotów czy życia małżeńskiego to niezmiennie jeden z najlepszych materiałów na książki. A jeśli autor wplecie w swoje przemyślenia humor, gwarantuje to lekturę, która bawi i uczy jednocześnie. Tak właśnie jest w przypadku "Tylko dla dziewcząt". W niewielkiej objętościowo książce autorka zmieściła całkiem pokaźny zbiór różnego rodzaju opowieści "z życia wziętych". Co przede wszystkim stanowi o wartości tej książki, to bardzo naturalny styl i wyszukane poczucie humoru pisarki. Obydwie te rzeczy bardzo pozytywnie wpływają na odbiór opisywanej przeze mnie publikacji.

Swoje pierwsze spotkanie z pierwszą damą polskiej satyry uważam za bardzo udane. Magdalena Samozwaniec w niezwykle trafny sposób opisuje relacje międzyludzkie i problemy współczesnych sobie młodych kobiet. Oprócz stylu, który sprawia, że tę książkę tak świetnie się czyta, ważną rolę odgrywają opisy sytuacji, które wydają się bardzo prawdopodobne i.. ciągle aktualne. W ogóle nie odniosłam wrażenia, że czytam o zamierzchłych czasach. Moje zdziwienie i zainteresowanie rosło wraz z kolejnymi rozdziałami, kiedy to uświadamiałam sobie raz po raz, że opisywane przez Samozwaniec wydarzenia równie dobrze mogłyby się właśnie teraz rozgrywać w przeciętnym polskim domu.

I co mi się w nim podoba - to, że jest oszczędny. Nie wydał pieniędzy ani na kwiaty dla ciebie, ani na czekoladki. O, spójrz, jak się teraz z numerowym targuje, będzie dobrym mężem, który się liczy z każdym groszem. s. 13

Okazuje się, że pomimo wielkiego postępu technologicznego oraz zmiany obyczajów, mentalność ludzka pozostaje niezmienna. Ludzi nadal ciągnie za ocean, modne są cieliste szminki i dziwaczne fryzury, rodzice wtrącają się w związki swoich pociech, nastolatki się buntują, a dla wielu młodych kobiet szczytem marzeń jest zamążpójście. Mężczyźni nie mają ochoty słuchać swoich żon, którym z kolei brakuje wsparcia. Pieniądze rządzą światem i niekiedy miłością.. Co jeszcze? Dowiecie się, kiedy zajrzycie do "Tylko dla dziewcząt". 

Uwielbiam starannie wydane książki, najlepiej w twardej oprawie. Wygląd okładki również ma znaczenie, bo jak tu przeczytać dzieło, które ubrane zostało przez grafików w strój iście halloweenowy (w skrócie, koszmarny) i na jego widok można tylko krzyczeć? W przypadku "Tylko dla dziewcząt", nie ma mowy o wizualnym koszmarze. Różowa (!) twarda oprawa jest miła dla oka - taka czysta i jednocześnie porządnie wyglądająca. Z wierzchu obłożona obwolutą, która skusiła mnie do zajrzenia do środka. Tak powinny wyglądać wszystkie książki. Może wtedy ludzie przestaliby ukrywać je za gazetą? A może ten fenomen ubierania książek w papierową okładkę wynika ze świadomości czytelnika, że czyta byle co? W każdym razie tej książki nie można się wstydzić zarówno czytając w podróży, jaki i pokazując gościom domową biblioteczkę.

Ocena: 8/10

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 2012 (wydanie IV), 1966 (wydanie I)
Strony: 192

sobota, 22 listopada 2014

Małgorzata Szumska "Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii"

Do tej pory więcej udało mi się zwiedzić palcem po mapie, a raczej palcem po książce, niż faktycznie ruszyć leniwą siebie poza granice naszego pięknego kraju. Ale i tak nie jest źle, kawałek Europy zwiedziłam. Najbardziej na wschód dotarłam do Lwowa na Ukrainie. A gdzie Rosja? Kazachstan? Daleko. Babcia Szumska ma rację.

Książa o podróży musiała towarzyszyć mi w tramwaju

"Zielona sukienka" to książka, w której czytelnik znajdzie dosłownie wszystko. Są podróże, wspomnienia, przygody, niespodziewane spotkania z ludźmi i oczywiście te najważniejsze - sentymentalne, z rodzinną historią, która dziadków autorki zawiodła aż za Ural. Do tego dwie wkładki z kolorowymi fotografiami opisującymi podróż Wnuczki Szumskiej. I cudowna okładka z intrygującym tytułem.

Zobaczyłam tę książkę w październikowych zapowiedziach na stronie wydawcy. Początkowo moje oko przyciągnęły te piękne barwy na fotografii, kontrast między zielenią sukienki i czerwienią uroczego czajniczka. Wystarczył jeszcze tylko szybki rzut okiem na opis i postanowiłam, że mieć muszę. Przegapiłam spotkanie z autorką w Łodzi, ale książkę udało mi się dostać, zanim zabrakło jej w sklepach.

Opowieści babci o jej młodości, zsyłce do Rosji i rozłące z mężem, motywują autorkę do wyruszenia w podróż aż do Kazachstanu. Najpierw odwiedza ponownie Wileńszczyznę, by następnie kolej transsyberyjska zabrała ją na Syberię. Na swojej drodze spotyka zarówno zupełnie obcych jej ludzi, jak i osoby, które pamiętają jeszcze Jankę i Staszka z czasów ich młodości.

Książka nie powstałaby, gdyby nie liczne wspomnienia Janki Szumskiej. Historie, które opisuje jej wnuczka, autorka "Zielonej sukienki", są prawdziwe, jednak czasem aż trudno uwierzyć, że życie może być tak okrutne.  Rodzinne opowieści wplecione w podróżnicze zapiski Małgorzaty Szumskiej, tworzą interesującą całość. Świat kiedyś i dziś, miejsca nadgryzione zębem czasu, niektóre zupełnie niezmienione, inne trudne do rozpoznania.

Autorka podąża śladami dziadków, opisuje swoje perypetie i jednocześnie przypomina wydarzenia sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Odwiedza karłag, w którym pracował Stach i szpital w Mokruszy, dokąd po przesiedleniu do ZSRR trafiła Janka. Próbuje odszukać ślady dziadków na tamtych terenach, zobaczyć te miejsca i zrozumieć, co przeżywali jej bliscy, wyrwani niespodziewanie ze swojego dotychczasowego życia. 

"Zielona sukienka" skrywa pod niepozornym tytułem bogatą treść. Autorka przekonała mnie do siebie już po kilku pierwszych stronach. Potrafiła rozbawić mnie do łez, chichotałam w tramwaju, na przystanku i we własnym wygodnym fotelu. Małgorzata Szumska pisze lekko i przyjemnie, a przy okazji z sensem i bardzo ciekawie. Pochłonęła mnie zarówno opowieść, jak i sposób pisania autorki.

Temat poruszany przez Szumską jest trudny, bo przecież represje Sowietów na partyzantach i ich rodzinach nie są niczym zabawnym i łatwym do przełknięcia. Jednak ta główna część książki, czyli samotna podróż z licznymi przygodami (i właśnie tą rodzinną historią w tle) stanowi pewien rodzaj odskoczni od ciężkich tematów. To zdecydowanie godna uwagi forma ukazania rodzinnej opowieści i zarazem ciekawy sposób opisywania podróżnych perypetii.

Zielonej sukienki w mej szafie nie ma,
na talerzyku za to pasujące kolorem Leśne Runo*

To piękne, że młodzi ludzie wciąż tak żywo interesują się dziejami własnych rodzin; że są w stanie wyruszyć w podróż, może nie najwygodniejszą i nieszczególnie relaksującą, ale wzbogacającą wiedzę o własnej historii i tożsamości. A przecież przeszłość ma ogromny wpływ na to, kim jesteśmy. Dzięki opowieści Szumskiej ja również nabrałam ochoty na wyprawę śladami mojej rodziny, na Ukrainę.

Ocena: 9/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 6.10.2014
Strony: 336

* Najpyszniejsze na świecie czekoladowe ciasto bez glutenu, za to z pierzynką z mąki dyniowej; przepis z Kwestii Smaku.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Katarzyna Klejnocka, Jarosław Klejnocki "Próba miłości. Jak pokochać cudze dziecko"

Uff.. Laptop z nowym dyskiem, a ja bez wszystkich moich danych i o parę stówek do tyłu. Ale żeby o tym nie myśleć, postanowiłam zająć się - jak zwykle - czytaniem. Niedawno na mojej półce pojawiła się nowość pod każdym względem. Pierwszy raz czytałam o polskich domach dziecka, a sama publikacja trafiła do księgarń na początku tego miesiąca.


Kiedy myślę o adopcji, przypomina mi się program opisujący losy dzieci szukających nowego domu, który kiedyś emitowała Telewizja Polska. Poza tym, każdego roku przed większymi świętami organizowane są zbiórki darów dla wychowanków lokalnych placówek opiekuńczo-wychowawczych; kto z nas nie pamięta, jak dorzucał od siebie jakieś drobiazgi?

Mało kto jednak w swoim dorosłym wieku ociera się bliżej o temat domów dziecka. Ludzie z reguły omijają temat sierot i dzieci, których rodzice się nimi nie interesują. W głowie zaraz zapala im się czerwona lampka i na myśl przychodzą wszystkie te świetnie funkcjonujące w polskim społeczeństwie stereotypy. Niektóre prawdziwe, ale jak pokazuje ta książka, nie zawsze.

Autorzy mają już swoje biologiczne dzieci i, jak sami przyznają, nie planowali powiększenia rodziny. A już szczególnie nie w taki sposób. Ale jak to bywa z miłością - to nie ona słucha nas, a my jej i kiedy serce wyraża potrzebę otworzenia się na innego człowieka, któż ma siłę mu odmówić? Miłość rodzicielska działa podobnie, jak ta, która wcześniej tych rodziców ze sobą złączyła.

W "Próbie miłości" możemy przeczytać o całym procesie, który miał na celu odmienienie jednego ludzkiego życia, a przy tym wielu innych, niezupełnie przypadkowo. Przeczytamy tu trochę o procedurach, dużo o psychologii, ale ta książka zawiera przede wszystkim wspomnienia i refleksje autorów. Dwa głosy wypowiadają się na przemian w jednej sprawie, niekiedy nie współbrzmiąc ze sobą, bo przecież każdy ma prawo do własnej opinii.

Opowieść o walce o lepszy byt dla Asi z domu dziecka w S. to piękna historia, opisana szczerze, ale też z taktem i należytym szacunkiem. Pokazuje nie do końca lubianą przez nas prawdę. W domach dziecka wcale nie jest jak w domu i nie jest to też szczególnie zdrowe dla dziecka środowisko, sprzyjające jego rozwojowi. 

Trudno jest zawrócić kijem rzekę i całkowicie zmienić młodego człowieka, który większość swojego życia spędził w tak okropnym miejscu. Ale trzeba starać się, by jak najbardziej ułatwić mu wkroczenie w dorosłość z całym jego bagażem emocjonalnym. Katarzyna i Jarosław Klejnoccy nie idealizują, kiedy mówią o swojej codzienności z dodatkowym członkiem rodziny pod dachem. 

Ich wspólna historia wciąż się toczy. I jeśli czytelnik myśli, że ta książka go nie zaskoczy, to jest w wielkim błędzie. Ta opowieść nie wycisnęła ze mnie hektolitrów łez, choć należy do tych mocno wstrząsających czytelnikiem. Czuję się poruszona, ale też douczona i odpowiednio uświadomiona. W końcu, odczuwam zadowolenie, że ta pozycja trafiła w moje ręce.


Literatura faktu to taki specyficzny gatunek literacki, który ciężko jest oceniać, bo jak tu przylepić cyferkę do historii, która faktycznie kiedyś się komuś przydarzyła? Ale mimo wszystko, lubię. To jednak trochę ambitniejsza lektura, bardziej wymagająca, stanowiąca dla czytelnika większe wyzwanie. 

Mam przy tym coraz mniejsze przekonanie do liczb podsumowujących moją opinię, ale dla mnie wprowadzają one pewien ład. No i oczywiście pomagają, przynajmniej mi samej, w znalezieniu odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy warto tę książkę przeczytać? Jeśli chodzi o "Próbę miłości", to odpowiedź jest jak najbardziej pozytywna.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 4.11.14
Strony: 224

czwartek, 6 listopada 2014

Dariusz Zaborek "Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską"

Czy mówiłam już, że kocham wydawnictwo Czarne? Nie? KOCHAM CZARNE. Wstydźcie się wszyscy, którzy nie znacie tego wydawcy i jego fenomenalnych publikacji. Ja mam to szczęście, że dopiero odkrywam ich bogatą ofertę. Parę świetnych historii już za mną, ale większość wciąż czeka na odkrycie.

Czasem myślę sobie, że dla mnie mogłaby istnieć jedynie literatura faktu. Na co mi fikcja, kryminały, horrory, obyczajówki, kiedy życie pisze tak niesamowite scenariusze? Do tego ludzie z krwi i kości, którzy o niebo lepiej sprawdzają się w roli głównego bohatera danej historii od jakiegoś wymyślonego protagonisty. Literatura faktu królową wszystkich historii. To na niej opiera się cała fikcja literacka.


Alicja Gawlikowska-Świerczyńska przeżyła Ravensbrück. Brzmi strasznie, prawda? A jednak ona nie robi z tego wielkiej tragedii. Dla niej codzienność obozowa nie była piekłem. W przeciwieństwie do wielu osób nie stara się ubarwić historii, dodać wystarczająco złym i okrutnym Niemcom dodatkowych, diabelskich cech. 

Obóz to nie wakacje, ale też nie koniec świata. Nie jest wygodnie, ale też można było dać sobie radę. Takie wyznania mogą szokować - szczególnie po lekturze licznych wspomnień wojennych, których autorzy opisują swoją traumatyczną codzienność. Przyjęło się już, że ocaleni od śmierci z rąk nazistów piszą o tym, jak bardzo trudne było przeżycie w Oświęcimiu czy w Buchenwaldzie. 

Tymczasem dla pani Alicji jest to jeden z wielu etapów w życiu. Jasne jest, że odcisnął na niej jakieś piętno. Z obozem kojarzy jej się lęk przed niskimi temperaturami. Ale też przeżycie obozu otworzyło przed nią nową drogę życiową. Zamiast dziennikarką - została lekarzem; będąc świadkiem tylu śmierci sama postanowiła pomagać chorym. Jest optymistką. Nie żali się na swój los. Nie narzeka.

Zawsze uważałam, że nie ma sytuacji, w której - jak to się mówi - trzeba złożyć broń. Pracowałam. Śpiewałam. Żartowałam. Przecież nie mogłam od rana do wieczora myśleć, że żyję w piekle!

Mimo swojego ogromnego przywiązania do kraju jest taka.. niepolska. Patrzy w przyszłość, zamiast pławić się w rozpaczy związanej ze wspomnieniami wojennymi, nadając im z każdym mijającym rokiem dodatkowych odcieni. Jej opowieść jest ciągle żywa, a opowiadane historie są bardzo realne - przy czym zupełnie niepodkolorowane na potrzebę zgnębienia Niemców - którzy od czasów II wojny światowej ciągle pokutują za grzechy swoich przodków. 

Nazwisko Dariusza Zaborka pojawia się na okładce tej książki jako autora. Jednak on usuwa się po dżentelmeńsku w tył, zwalniając scenę dla pani Alicji. A mimo to jest niezbędny. W umiejętny sposób zadaje właściwe pytania, drąży niektóre tematy, inne taktownie zostawia w spokoju. To dzięki niemu ta historia nabiera odpowiedniego kształtu.

Wydarzenia nie są opisywane przez rozmówczynię w kolejności chronologicznej. Nie raz zaskakuje nas skok daleko w przód lub jeszcze dalej w tył. Ale ta rozmowa to bardzo uporządkowany chaos. Nie czułam się w ogóle zagubiona, przewijające się w dużych ilościach nazwiska różnych ludzi nie sprawiały mi problemu, nie mieszały w głowie.

"Czesałam ciepłe króliki" pochłania się w parę chwil. Historia pani Alicji Gawlikowskiej-Świerczyńskiej wciąga już od pierwszej strony. Ta książka pasuje do kategorii wspomnień wojennych, jednak zupełnie inaczej czyta się tak optymistyczną opowieść. I na co komu fikcja literacka, kiedy gdzieś w Warszawie mieszka taka wspaniała kobieta, która w wieku ponad dziewięćdziesięciu lat ciągle leczy ludzi?

Ocena: 9/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 26.05.14
Strony: 200

wtorek, 4 listopada 2014

Październikowe podsumowanie książkowe

Ostatni taki październik, z nauką w tle i książkami piętrzącymi się w każdym kącie. W tym miesiącu poszalałam, ale też odpuściłam trochę.. Bywało różnie, ale jakoś dałam radę znaleźć czas na kochane czytanie. Czas teraz trochę podsumować ten wielki czytelniczy chaos.


1. Ignacy Karpowicz - Sońka (208)
2. Gillian Flynn - Mroczny zakątek (512)
3. Mark Helprin - Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety (542)
4. Małgorzata Czyńska - Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów (288)
5. Małgorzata Warda - Miasto z lodu (368)
6. Eric-Emmanuel Schmitt - Trucicielka (288)
7. Warren Ellis - Wzorzec zbrodni (372)
8. Christina Baker-Kline - Sieroce pociągi (296)
9. Dariusz Zaborek - Czesałam ciepłe króliki (200)

Razem: 3074 stron

Wyszedł mi całkiem przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę naukę, zabieganie, stany przedprzeziębieniowe, lenistwo, premiery seriali i miłość do amerykańskiej edycji MasterChef.

Udało mi się również powiększyć biblioteczkę o porządną ilość czytanek na jesień. W tym miesiącu królowało wydawnictwo Czarne, które obchodziło osiemnaste urodziny. Dla mamy zamówiłam biografię Oriany Fallaci, a do tego dorzuciłam jeszcze "Zieloną sukienkę", która chodziła za mną od momentu, gdy zobaczyłam ją dobry miesiąc temu w zapowiedziach Znaku. A na samym dole prawdziwa królowa wśród jesiennych nowości, czyli nowa powieść Olgi Tokarczuk. I prowiant, bo przecież nie można czytać książek na pusty żołądek!


Z "Księgami Jakubowymi" związane jest też ważne dla mnie wydarzenie. Kraków żył w październiku Targami Książki, Łódź na swoje czytelnicze święto musi jeszcze poczekać do końca listopada, ale pod koniec ubiegłego miesiąca odbyło się spotkanie z Olgą Tokarczuk w Domu Literatury. Udało mi się tam trafić dzięki Ani W., a do tego dostać autograf na moim pięknym, pachnącym jeszcze nowością egzemplarzu "Ksiąg..".


Oby listopad był równie udany pod względem zarówno ilości, jak i jakości przeczytanych książek. A kto z Łodzi lub okolic, ten 28-30 listopada musi odwiedzić Salon Ciekawej Książki! Ja będę tam na pewno, grasując między stoiskami wydawców.

niedziela, 2 listopada 2014

Warren Ellis "Wzorzec zbrodni"

Niektóre książki stanowią dla mnie, jako osoby zupełnie nieznającej danego gatunku, prawdziwe wyzwanie. Teoretycznie ta historia jest tak dobra, że aż nie można oderwać wzroku od opisu i okładki. Nadzieje rosną z każdą minutą spędzoną z dala od tej historii. Dlatego w końcu otwieram książkę, by móc skonfrontować moją wizję z rzeczywistością i..


..okazuje się, że czasem czar pryska. 

Ale od początku. Nie jestem fanką kryminałów i między innymi dlatego nieczęsto wpadają mi w ręce powieści detektywistyczne. Zawsze jakoś odkładam czytanie ich na bliżej nieokreśloną przyszłość i wybieram coś innego. Jednak ciągle walczę ze swoimi uprzedzeniami i staram się jak najczęściej wybierać nowy dla mnie gatunek, który być może zdoła mnie zaskoczyć i zaintrygować na tyle, bym zechciała dalej go odkrywać. Jeśli chodzi o "Wzorzec zbrodni", to skusiło mnie przede wszystkim nazwisko autora. Któż nie słyszał o słynnym scenarzyście i twórcy komiksów? 

Tym razem Warren Ellis w roli pisarza zabiera czytelnika do Nowego Jorku po którym grasuje morderca-amator broni. Zostawia za sobą ślad z ludzkich ciał, jednak te średnio rzucają się w oczy policji. Wszystko zmienia się, gdy podczas z pozoru niewinnej interwencji w kamienicy przy Pearl Street ginie partner głównego bohatera, a w jednym z mieszkań odkryta zostaje prawdziwa układanka z broni.

Autor opisuje powolny, wręcz żmudny proces gromadzenia danych, które pomogą w doprowadzeniu do pomyślnego rozwiązania nieszczególnie pożądanego przez nowojorską policję śledztwa. John Tallow od początku wydaje się pozostawiony samemu sobie, bowiem nikt nie chce zajmować się tą sprawą i nikogo tak naprawdę nie interesuje, jak wielkie rozmiary w krótkim czasie przybiera to śledztwo. Każdy chce jak najszybciej zamieść problem pod dywan i równie prędko o nim zapomnieć. Do czasu.

W pewnym momencie kawałki układanki tworzonej przez głównego bohatera zaczynają się ze sobą łączyć. Co ważniejsze - wypełniają luki pozostawione przez tajemniczego mordercę zwanego w książce łowcą. Sprawa nabiera rozpędu, zainteresowanie wzrasta i zaczyna robić się naprawdę gorąco. Kto wygra tym razem? Łowca czy John Tallow?

Analizuję tą opowieść w głowie na wiele sposobów i za każdym razem kończy się podobnie. Coś mi tu nie pasuje, coś jest nie tak. Nie chodzi o to, że książka jest zła. W swoim gatunku jest wyjątkowa, a autor spisał się bardzo dobrze, oddając klimat typowy dla powieści detektywistycznej. "Wzorzec zbrodni" przesycony jest dialogami policjantów, a przez sporą jej część nie dzieje się nic szczególnego, jedynie Tallow toczy długie rozmowy ze swoimi przełożonymi, Batem i Scarly lub po prostu ze sobą.

Nie do końca satysfakcjonuje mnie taki sposób pisania - wszystkie wydarzenia istotne dla akcji książki rozgrywają się na samym końcu. Tylko skąd wziąć siłę by dotrwać do tego wielkiego zakończenia, kiedy spora część historii to niezbyt emocjonująca rzeczywistość policyjna, pełna przemyśleń głównego bohatera?

Być może dla mnie powieść detektywistyczna już na zawsze pozostanie jednym z tych mniej lubianych rodzajów kryminałów. Pozostaje mi to zakończenie, które - nawiasem mówiąc - jest naprawdę dobre, określić taką wisienką na detektywistycznym torcie, jakim jest "Wzorzec zbrodni". Jest nagrodą dla tych, którzy wytrwają do ostatnich stron tej opowieści i będą chcieli poznać prawdę. 

Ocena: 6/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 4.10.14
Strony: 296