środa, 29 października 2014

WYNIKI konkursu z "Wzorcem zbrodni"!

Nadeszła pora na wyniki konkursu. Odpowiedzi nie było może wiele, ale to wcale nie oznacza, że łatwo było mi wyłonić jednego zwycięzcę. Polecane przez Was książki to same perełki, które prędzej czy później będę musiała przeczytać.


Nie chcę przedłużać, dlatego spieszę z informacją, że nowiutki, piękny egzemplarz "Wzorca zbrodni" trafi w ręce osoby, która w najbardziej oryginalny sposób przedstawiła polecany mi kryminał, czyli...



mam namyszy



Gratulacje! Do zwycięzcy frunie teraz wirtualny gołąb pocztowy z informacją o wygranej. Pozostałym osobom serdecznie dziękuję za udział w konkursie i za Wasze wspaniałe odpowiedzi. Zaglądajcie na bloga, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znów pojawi się jakaś książkowa zabawa i kolejna szansa na wygraną.

wtorek, 28 października 2014

Christina Baker-Kline "Sieroce pociągi"

Uwielbiam powieści inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Ta trafiła do mnie dzięki Natalii z Książką po łapkach. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz wciągnęłam się mocno w czytaną historię i zaczęłam obawiać się czytelniczego kryzysu. Szczęśliwie okazało się, że "Sieroce pociągi" całkowicie zawładnęły moimi myślami.


Molly jest typową reprezentantką tak zwanej trudnej młodzieży - od paru lat tuła się od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Kiedy przez miłość do czytania wpada w tarapaty, poznaje starszą panią, która już na zawsze zmieni jej życie opowieścią o swej burzliwej przeszłości. Różnica wieku między kobietami wynosi ponad siedemdziesiąt lat, lecz o dziwo dosyć szybko znajdują wspólny język.

Vivian jest nie tylko irlandzką imigrantką, ale także sierotą. W latach 20. ubiegłego wieku przybyła do Ameryki ze swoją rodziną w nadziei na lepsze życie, lecz bardzo szybko utraciła najbliższe sercu osoby. Odtąd, skazana na łaskę i niełaskę innych ludzi, próbuje znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wkrótce jedynymi śladami po jej prawdziwej tożsamości zostają rude włosy oraz naszyjnik z claddagh (serce w koronie trzymane przez dłonie, oznaczające odpowiednio: miłość, lojalność i przyjaźń).

Przyjaźń nawiązująca się pomiędzy z pozoru zupełnie różnymi charakterami dla Molly oznacza ratunek przed poprawczakiem i odskocznię od nieciekawej sytuacji w rodzinie zastępczej. Z kolei Vivian zyskuje nie tyle zwinną i młodą pomocnicę niezbędną przy porządkowaniu zagraconego strychu, co cierpliwą słuchaczkę, przed którą staruszka odsłania swoją zawiłą historię. Trudno powiedzieć, która z kobiet więcej na tym korzysta, natomiast pewne jest, że ich ścieżki skrzyżowały się w odpowiednim momencie. Jedna dorosła już do zmian, druga dojrzała do poważnych decyzji.

Historia opisana przez Christiną Baker-Kline jest fikcyjna, choć cały szkielet to prawdziwe wydarzenia w interpretacji autorki. Tytułowe pociągi z sierotami przemierzające Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, organizacja Children's Aid spełniająca rolę dzisiejszej opieki społecznej oraz agencji adopcyjnych czy fala irlandzkiej imigracji. To wszystko miało miejsce niemal sto lat temu. Choć bohaterowie są stworzeni na potrzeby tej powieści, to nie mam wątpliwości, że podobnych, wręcz identycznych historii było wtedy całe mnóstwo.

Mocną stroną tej książki jest na pewno styl Baker-Kline i jej talent do wciągania czytelnika w opowieść niemalże natychmiastowo. Od razu polubiłam tę powieść, a przewijające się przez nią postaci są niesamowicie realne. Samo przedstawienie rodziny, która uciekła z Irlandii od biedy i niedostatku jest tak prawdziwe i prawdopodobne, że od razu przywodzi mi na myśl wspomnienia Franka McCourta "Prochy Angeli/Popiół i żar" o jego dzieciństwie spędzonym w zabiedzonym Limerick i o krótkim pobycie w Nowym Jorku, we wcale nie lepszych warunkach.

Bohaterka "Sierocych pociągów" nie miała tyle szczęścia co McCourt i utraciła rodzinę, a chwilowo również pewność siebie i poczucie własnej wartości. Choć wycierpiała wiele, ostatecznie znalazła swoje miejsce na ziemi. A jak do tego doszła? No cóż.. Musicie przekonać się osobiście. Historia ta, choć typowo obyczajówkowa i zapewne przez wielu zaliczana do literatury "kobiecej", jest zdecydowanie ambitniejszym podejściem do fikcji literackiej. Autorka dużo lepiej od Maureen Lee ("Flora i Grace") poradziła sobie z tematyką sierot, wojny i zerwanych więzów. Polecam!

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 16.07.14
Strony: 372

środa, 22 października 2014

KONKURS z "Wzorcem zbrodni"!

Drogie stworzonka książkolubne, nadeszła pora na pierwszy konkurs na blogu. Post wcale nie jest jakiś szczególnie okrągły, bo czterdziesty pierwszy, Book Loaf nie obchodzi żadnej rocznicy czy miesięcznicy. Ale bez okazji też jest fajnie, prawda?

Mam dla Was jeden egzemplarz "Wzorca zbrodni" autorstwa Warrena Ellisa. Książka ukazała się 4 października nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non i tak się złożyło, że w moje łapki trafiła dodatkowa kopia.

Postanowiłam przyznać ją osobie, która najciekawiej przekona mnie do sięgnięcia po jej/jego ulubioną powieść detektywistyczną.



Forma jest oczywiście dowolna - parę zdań, wierszyk, rymowanka, zdjęcie, co tylko Wam przyjdzie do głowy. Pamiętajcie o podaniu swojego adresu e-mail, abym mogła skontaktować się ze zwycięzcą. 

Na zgłoszenia w komentarzach pod tym postem czekam do poniedziałku, 27 października, do godziny 23.59. Wyniki podam najpóźniej w piątek, 31 października. Opublikuję je na blogu, a osobę, która wygra, powiadomię również mailowo.

Książkę wysyłam tylko na terenie Polski (ale przecież każdy ma rodzinę w kraju - problem zatem rozwiązuje się sam). Na adres do wysyłki czekam do poniedziałku, 3 listopada. Jeżeli do tego czasu go nie otrzymam, wyłonię kolejnego zwycięzcę.

Nie mam żadnych warunków dodatkowych, choć zawsze będzie mi miło, jeśli zaczniecie mnie obserwować na Google+ czy polubicie profil fb Book Loaf. Proszę również o udostępnianie informacji o konkursie gdzie tylko możecie.

Książka jest przeze mnie jeszcze rozpracowywana. Recenzja pojawi się wkrótce na blogu.

Dziękuję za uwagę i do dzieła. Powodzenia!

poniedziałek, 20 października 2014

Éric-Emmanuel Schmitt "Trucicielka"

Opowiadania to najlepsze formy autobusowo-tramwajowe. Czterdzieści minut jazdy w zupełności wystarczy, by rozprawić się z jedną historią. Właśnie dlatego zbiory opowiadań są według mnie podwójnie fajne: można je czytać wybierając historie w dowolnej kolejności, a temat przewodni zwykle jest w każdym taki sam lub zbliżony.


Tym razem padło na Schmitta przygarniętego dzięki Stonce-Biedronce-Małpce-Żabce (teraz nikt nie zgadnie jaki sklep tu reklamuję!). Tematem tego zbioru jest obsesja działająca jak trucizna. W każdej sytuacji może niepostrzeżenie wkraść się w nasze życie i zatruć myśli. Wystarczy, że pojawi się osoba, która chętnie nas wysłucha, przeżyjemy osobistą tragedię czy zakiełkuje nam w umyśle potrzeba zemsty.

Obsesja krąży w ludzkich żyłach, czai się pod skórą. Wcale nie tak trudno wydobyć ją na wierzch. Kiedy ta potrzeba zrobienia czegoś już człowieka opęta, trudno się od niej uwolnić. Obsesyjne myślenie i dążenie do zrealizowania swojego planu nie daje spać, jeść, myśleć o czym innym. Osoba ogarnięta obsesją staje się niewolnikiem własnego umysłu.

Tytułowa "Trucicielka" ma dla mnie twarz Judi Dench z "Notatek o skandalu". Greg z drugiego opowiadania to ojciec jakich wielu. Axel i Chris przedstawiają dwa przeciwieństwa, które spotykają się na końcu drogi. I wreszcie ostatnia bohaterka, Catherine, kobieta z krwi i kości. Nad wszystkimi bohaterami obowiązkowo czuwa święta Rita od beznadziejnych przypadków.

Obsesja w tych historiach nierozerwalnie łączy się ze śmiercią. Do tego szczypta miłości, odrobina nienawiści, garść wątpliwości i niezliczona ilość sprzecznych myśli. Taki jest właśnie genialny, przy czym zupełnie nieskomplikowany, przepis na opowiadania idealne. A mimo to, niewielu autorom tak dobrze udaje się ta sztuka. 

Wszystkie historie prowokują do spojrzenia na własne życie i przyjrzenia się własnym obsesjom. Czy czytelnik będzie w stanie stanąć oko w oko z tym, co spędza mu sen z powiek? Czy otworzy puszkę Pandory? Jedno jest jasne - po lekturze tej książki nic nie wróci do poprzedniego stanu. 

Schmitt spisał się wzorowo i trudno mi nawet wybrać ulubioną opowieść. Każda z nich miała w sobie to coś, co sprawiało, że nie mogłam się od niej oderwać. Żałuję jedynie, że tych historii było tak mało. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Między słowami
Premiera: 17.03.14
Strony: 288

sobota, 18 października 2014

Małgorzata Warda "Miasto z lodu"

Pogoda za oknem zapowiada rychłe nadejście jesieni. W końcu zrobiło się zimno, mokro i ponuro. Pomyślałam, że to będzie idealny czas, by zabrać się za książkę, z której aż zieje chłodem. Oczywiście zestaw rozgrzewający okazał się niezbędny podczas lektury „Miasta z lodu”.


Miasteczko pełne ludzi, którzy mogą nazywać się szczęściarzami, bo mają pełne, choć nie zawsze idealne rodziny. Oczywiście tylko z wierzchu wszystko wygląda dobrze. Jednak gdy w ich oddalonym od cywilizacji górskim zakątku zjawia się kobieta zwiastująca same problemy, społeczność zaczyna czuć się zagrożona. Od razu bardzo chętnie zaczyna okazywać przybyszom swoją niechęć. Bo czy samotna matka z nastoletnią córką nie ściągnie kłopotów nie tylko na siebie, ale też na każdego, kto wejdzie z nią w kontakt?

Lepiej trzymać się od dziwaków na odległość. Ich odmienność to przecież ich wina; sami się proszą, by ludzie ich omijali. Jednocześnie palce aż świerzbią, by pogrzebać w ich życiu prywatnym, wyciągnąć głęboko ukryte ślady z przeszłości, które na zawsze ich odmieniły. Przeinaczyć fakty, dopowiedzieć coś i zrobić z człowieka, któremu życie rzuca pod nogi kłody, jeszcze większą ofermę. 

Tak właśnie wygląda książkowa mieścinka. I pewnie niejedna nieksiążkowa. Każdy taką zna - albo ma tam rodzinę, albo z takiej pochodzi. Co więcej, wystarczy, by w pobliżu pojawił się ktoś słabszy, a najlepiej nowy i obcy, a wtedy cała reszta czuje się silniejsza, czerpiąc ze słabości tej osoby. Podobnie do bohaterów "Miasta z lodu" zachowują się internetowi hejterzy, o których również wspomina autorka.

A co z chorobą psychiczną? Dla wielu osób niecodziennie zachowanie matki Agaty jest tylko pretekstem do dalszego znęcania się nad tą rodziną, której najlepiej zrobiłoby wsparcie dobrych ludzi. Ale jak zacząć wszystko od nowa, jeśli od samego początku miejscowi są podejrzliwi, patrzą wilkiem i wystarczy im jeden rzut okiem, by wyrobić sobie opinię o tych obcych? 

Nie tylko dzieci w wieku szkolnym potrafią być okrutne. Bo przecież one uczą się tylko od dorosłych, którzy są mistrzami w okazywaniu swojej niechęci względem nietypowo zachowujących się ludzi. Mieszkańcy tytułowego "Miasta z lodu" posiadają same najgorsze cechy charakteru. Większość z nich wcale nie chce słuchać i pomagać. Oni świetnie czują się, przyglądając się z boku tragedii drugiego człowieka. Czują się w zasadzie jak bogowie, igrający z ludzkimi losami - bo przecież każdy wtrąci swoje trzy grosze do historii, zechce mieć swój udział w niszczeniu odmieńca.



Małgorzata Warda w swojej książce zadaje czytelnikowi bardzo ważne pytania. Czy po tylu niepowodzeniach w kontaktach z uprzedzonymi ludźmi wciąż warto prosić ich o zrozumienie? Czy takim osobom w ogóle można cokolwiek przetłumaczyć, czy może lepiej spakować walizki i od razu od nich uciekać? Jak zacząć od nowa z takim bagażem emocjonalnym? Czy można być dobrą matką, mając problemy psychiczne?

Ta książka miała być dla mnie lekką weekendową lekturą odrywającą mnie od nauki i szarej rzeczywistości. Tymczasem mocno się przeliczyłam. Bo choć podana została w formie przystępnej i lekkostrawnej powieści obyczajowej (pochłonęłam w dwa popołudnia, nawet nie wiem jak i kiedy!), to jednak autorka przemyciła tu tyle trudnych pytań, że nie mogę się dotąd wygrzebać spod ich ciężaru.

Wciąż szukam na nie odpowiedzi. I polecam tę opowieść wszystkim, którzy myślą, że łatwo jest osądzać osoby z problemami, nieważne jakimi.

Ocena: 7/10

Tu muszę poświęcić nadprogramowy akapit na odrobinę narzekań. Jestem bardzo wyczulona na błędy w języku angielskim i za to dobrej książce tak poleciała ocena. Zmasakrowany tytuł piosenki Katy, nie Kate Perry, "I kissed a girl" - w książce: "I kiss the girl, I like it". Zły czas, niewłaściwy przedimek, katastrofa. Również niewybaczalne "by, by" zamiast, jak sądzę z kontekstu, "bye, bye". To bzdura, choć korekta powinna ją jednak wychwycić.. Ale piszę o tym na końcu, bo nie każdy jest tak wyczulony na podobne błędy, a książka sama w sobie się świetnie obroniła. Brawo.

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 11.09.14
Strony: 368

czwartek, 16 października 2014

Małgorzata Czyńska "Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów"

Dziś o książce, która pod piękną okładką skrywa.. Niekompletną treść. Choć serię "Prawdziwe historie" bardzo sobie cenię, to jednak najnowsza pozycja wcale mnie nie zachwyciła. Nie tym razem. 


Z początku wahałam się, czy ta książka będzie dla mnie. Zdecydowanie nie jestem wielką fanką malarstwa ani ogólnie jakiejkolwiek sztuki. A mimo to z chęcią czytam o życiu malarzy i ich twórczości. Lubię też oglądać obrazy i nie raz zastanawiało mnie, kim jest dana osoba, którą artysta przedstawił na swoim płótnie, ratując ją od wiecznego zapomnienia.

Jedno spojrzenie na spis treści i uparłam się, że muszę jednak mieć tę książkę na swojej półce. I ostatecznie "Najpiękniejsze.." trafiły w moje ręce. Książka wydana - jak to zwykle bywa w przypadku Znaku - przepięknie; do tego obraz Łempickiej zdobiący okładkę. Jedna z najpiękniejszych zachęcająca do zapoznania się z historiami pozostałych muz słynnych artystów. 

Od da Vinciego i jego Pani Lisy po Fridę Kahlo, która najchętniej malowała siebie samą. Są Polacy, reprezentowani przez Łempicką, Witkacego i Malczewskego, w doborowym towarzystwie Hiszpanów - Dalego i Picassa. Art deco, kubizm czy surrealizm. Perły, krew i nagość. Większość muz to po prostu kochanki sławnych artystów. Czasem żony, czasem kobiety na boku, pocieszające czy trzymające przy życiu. Było ich wiele, bo przecież malarze ciągle szukali nowych inspiracji. 

I tu mój problem z tą książką się zaczyna. Wszystkie rozdziały podpisane były nazwiskami artysty i jego/jej najważniejszej muzy. A mimo to autorka ujmuje w nich również inne kobiety. Czasem trudno mi było stwierdzić, czy proporcjonalnie o tej najważniejszej jest najwięcej. Do tego spora ilość cytatów. Urywki wspomnień, opisów.. Niedokończone opowieści. Braki, niedopowiedzenia i wielki niedosyt.


Teoretycznie jest to książka idealna dla osób, które są średnio zorientowane w temacie. Wielbiciele malarstwa pewnie już to wszystko wiedzą. A mimo to informacji dla malarskich żółtodziobów jest według mnie najzwyczajniej za mało. Rozdziały mogłyby być dłuższe i bardziej szczegółowe. Póki co, temat uważam za zaledwie muśnięty przez Małgorzatę Czyńską. A przecież bibliografia jest tak obszerna, że przy odrobinie wysiłku można by napisać dwa razy dłuższą książkę pełną kompletnych historii tych najpiękniejszych.

Dobrym pomysłem okazały się dwie kolorowe wkładki ze zdjęciami obrazów i sporo czarno-białych fotografii. Ale tu znów ta sama uwaga - o niektórych obrazach autorka pisze dość dużo, a mimo wszystko nie ma ich w książce. Nie znam ich wszystkich i na pewno większą przyjemnością byłoby spojrzenie na fotografię na papierze, zamiast ciągłego odkładania książki w celu "wygooglowania" danego dzieła.

Zaczęło się tak dobrze. Tak wierzyłam w tę książkę - że mi się spodoba, że będę mogła ją polecać i chwalić. Po dość męczącej lekturze musiałam zmienić zdanie. Miałam nadzieję na zdecydowanie lepsze opisanie tego fascynującego tematu. Dostałam pozycję napisaną chyba w pośpiechu, bo na pewno niedokładnie.

Ocena: 6/10

Wydawca: Znak Horyzont
Premiera: 8.09.14
Strony: 288

poniedziałek, 13 października 2014

Mark Helprin "Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety"

Kończyłam "Zimową opowieść", kiedy rzuciła mi się w oczy zapowiedź kolejnej książki Helprina. O ile na widok znajomej, choć oczywiście innej szaty graficznej po prostu się uśmiechnęłam, o tyle po przeczytaniu tego szalonego tytułu wiedziałam, że ta pozycja również trafi w moje ręce. I stało się.

Po licznych perypetiach, które upodobniły mój egzemplarz do głównego bohatera, dotarł on wreszcie do mnie i ani chwili nie przeleżał gdzieś tam na stosiku. Nie miał nawet czasu odsapnąć po podróży, bo od razu złapałam go w ręce i zaczęłam czytać. 


Oscar Progresso to człowiek w podeszłym wieku. Ale kogo obchodzi jakaś pusta liczba określająca czas spędzony na tym świecie? Dzięki wspomnieniom zatrzymanym na papierze, a do tego ukrytym przed mrówkami w tytułowej mrówkoszczelnej kasecie, główny bohater zabiera czytelnika w szaloną podróż nie tylko w przeszłość, lecz także wgłąb swojego umysłu i serca. 

Życie głównego bohatera obfituje w wydarzenia, które niejednego człowieka by złamały. Utrata rodziców czy pobyt w szpitalu psychiatrycznym to przecież niełatwy do udźwignięcia ciężar - szczególnie gdy jest się dzieckiem. Los igra z nim nieustannie i raz wiedzie go na front, a raz na Wall Street; w międzyczasie podsuwa mu wyjątkowe i zjawiskowo piękne kobiety, które nie odwzajemniają jednak jego uczuć. 

To wszystko zdaje się tylko zaostrzać jego apetyt na życie. Oscar Progresso pędzi przez nie niczym odrzutowiec albo kula wystrzelona z broni palnej. Spotyka na swojej drodze dobrych i złych, staje się bohaterem i mordercą, jest i nie jest ojcem dla małego Funia. Do tego z całego serca nienawidzi kawy. A jednak napój ten, nazywany przez niego m.in. "służebnicą diabła" (s. 538), nadzwyczaj często pojawia się w jego opowieści. Co więcej, obsesja na punkcie zgubnego wpływu kofeiny na ludzkość niejednokrotnie wywraca życie głównego bohatera do góry nogami. To właśnie przez kawę rozstaje się z żoną-milionerką, traci swoją pozycję w Stillman and Chase.. 

..i ostatecznie rozbija się swoim samolotem wypełnionym złotem w rzece i trafia do kawowego raju, jakim jest Brazylia. W tej rajskiej scenerii postanawia spisać swoją historię, analizując przeszłość oraz snując przypuszczenia na temat przyszłości. 

Liczne porównania do "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął" okazały się trafne tylko pod jednym względem. Główny bohater jest równie szalony, co jego szwedzki odpowiednik i ma całą masę nieprawdopodobnych przygód, jednak na tym podobieństwa się kończą. "Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" zdaje się być nie tylko zapisem historii człowieka, który dobiega kresu życia. To dużo bardziej osobiste zapiski, dzięki którym nierealne przygody Oscara zyskują na znaczeniu. W nieco chaotycznych myślach odnaleźć można prawdziwy sens prowadzenia tego pamiętnika, który stanowi jednocześnie jego  testament. 

Choć czasem wyrwane z pamięci przemyślenia Oscara powodowały u mnie refleksyjny nastrój, to jednak podczas lektury tej powieści śmiałam się raz za razem. Wszystko to za sprawą zabawnego języka używanego przez narratora, jego podkreślania akcentów i problemów z wymową.  Do tego imiona znaczące, takie jak doktor Gburr czy Gnoy Pulpett oraz świetne, mocno rozbudowane opisy miejsc i ludzi. Wszystko to przyćmiła jednak ciągle pojawiająca się irytacja kawą, wyrażona przekomicznymi wręcz komentarzami przepełnionymi jadem.
Smacznej kawy, też coś. s. 242

Helprin jak mało kto potrafi czarować słowami i raz po raz wywoływać uśmiech na twarzy czytelników. Ten, kto docenia jego oryginalny styl, na pewno nie zawiedzie się na tej pozycji. Co jeszcze bardziej podoba mi się w tej książce, to naprawdę dobre tłumaczenie. "Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" to pozycja obowiązkowa tej jesieni. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Otwarte
Premiera: 8.10.14
Strony: 542

wtorek, 7 października 2014

Gillian Flynn "Mroczny zakątek"

Wczoraj książka miała swoją premierę, a dziś udało mi się uwolnić od tej opowieści, która wessała mnie do środka zanim skończyłam pierwszy rozdział. "Mroczny zakątek" to taka zakamuflowana analiza amerykańskiego społeczeństwa, które równie dobrze mogłoby być polskim czy niemieckim. Bo wszyscy ludzie są tacy sami, niezależenie od pochodzenia. Zanim w ogóle zacznę swoją recenzję, muszę od razu przyznać, że ta książka bardzo mi się spodobała i szczerze ją polecam.


Na sam początek streszczeniopodobny komentarz. Tym razem zacznę trochę inaczej, bo cytatem, który świetnie opisuje główną bohaterkę:

Libby zawsze się zamartwiała. Wyszła z łona matki zaniepokojona i już jej tak zostało. (...) Patty wstydziła się swojej ciąży, bo wszyscy krewni mieli już dość jej bezmyślnego płodzenia dzieci. Ze zgryzoty wydzielała mnóstwo kwasu żołądkowego, w którym Libby marynowała się przez dziewięć miesięcy, nasiąkając zmartwieniami. s. 272
Libby Day to kobieta, do której od razu poczułam awersję. Irytuje, działa na nerwy i sprawia, że chce się ją uderzyć lub chociażby potrząsnąć nią (albo literkami na stronach tej powieści) i krzyknąć: "Dorośnij, zrób coś ze sobą!".

Lata od tragicznego zabójstwa ciągle nie chce się otrząsnąć i perfidnie wykorzystuje swoją pozycję ofiary oraz jedynej ocalałej z masakry na farmie w Kinnakee, wyłudzając pieniądze od życzliwych ludzi. Jednak nie jest już małą dziewczynką, dobrzy obywatele starają się pomóc innym ofiarom przestępstw, a jej tymczasem kończą się pieniądze. 

W tym momencie na drodze Libby staje Lyle Wirth wraz z innymi członkami swojego dziwnego klubu miłośników morderstw. Wulgarna, impulsywna, aspołeczna kobieta jaką jest główna bohaterka, całe życie przekonana o winie swojego brata, przez problemy finansowe zmuszona jest do ponownego przyjrzenia się całej sprawie. Skuszona pieniędzmi w zamian za rozmowy z ludźmi, którzy mogą coś wiedzieć o wydarzeniach z tamtej nocy, powolutku odkrywa głęboko ukrytą prawdę. 

Skończyłam tę książkę i okazało się, że Libby Day da się polubić! Na pewno sprzyja temu odpowiednie połączenie wszystkich wątków. Przemyślenia głównej bohaterki jako dorosłej osoby przeplatają się z opowieściami dwóch innych kluczowych postaci - starszego brata, Bena oraz matki, Patty - dotyczącymi tamtego dnia. Przeszłość mówi do czytelnika dwoma głosami, kiedy jednocześnie poznaje on teraźniejszość widzianą oczami Libby. Bardzo mi się ten zabieg spodobał, choć moja początkowa niechęć do głównej postaci przełożyła się - na szczęście tylko chwilowo - na moją opinię o samej książce.

Książka Gillian Flynn to bardziej powieść psychologiczna, niż thriller, strachu tam raczej niewiele, za to rozkładania ludzkich zachowań na czynniki pierwsze co nie miara. Ja też dzisiaj porozkładam. Tyle trupów, tyle ciał w rozkładzie; pora abym ja coś rozłożyła - na części pierwsze. Powieść zawiera w sobie trzy elementy, które sprawiają, że uznałam tą historię za wartą mojego zainteresowania. 

Zmowa wśród ludzi i kopanie leżącego. Postaci z "Mrocznego zakątka" dają wręcz książkowy (nomen omen) przykład złego traktowania tych, którzy już i tak znajdują się w nieciekawej sytuacji. Szczególnie dla dorosłych, lepiej i prościej zrzucić winę na nastolatka z problemami dorastania, niż bardziej się postarać, by znaleźć prawdziwego winnego. I w tej sytuacji zawinili wszyscy, a przede wszystkim wymiar sprawiedliwości.

Mechanizm plotki. W książce widoczna jest ta przerażająca prędkość, z jaką rozprzestrzeniają się kłamstwa. Tu ktoś coś powie, tam ktoś inny coś jeszcze szepnie, a później kolejna osoba doda coś od siebie, jakąś sugestię, przypuszczenie i niewinny zamienia się w winnego. Tak właśnie stało się w przypadku Bena, który idealnie pasował na kozła ofiarnego. Ależ teraz zawiało satanizmem!

Burzliwy okres dorastania. Młody człowiek, który ma piętnaście lat ciągle walczy ze światem i próbuje znaleźć swoją drogę. Tak łatwo jest zbłądzić, szukając sensu życia. Narkotyki, alkohol czy szatan - wszystko jest groźne, ale tak bardzo kuszące.. 

Może obiecanego dreszczyku emocji zabrakło, ale książka wciągnęła mnie wystarczająco, bym chciała dotrzeć do jej końca i poznać prawdę o tej tragicznej nocy. Do tego ten absolutnie świetny pomysł na stworzenie akcji opartej na znanej szkolnej rymowance. Czego chcieć więcej?

Ocena: 8/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 6.10.14
Strony: 512

czwartek, 2 października 2014

Ignacy Karpowicz "Sońka"

Są takie książki, które przed otworzeniem wydają się całkowicie niepozorne. Okładka wcale nie przygotowuje nas na to, co nas czeka. Ta, którą właśnie odłożyłam na półkę "przeczytane" wygląda raczej staroświecko i to niedzisiejsze, niekrzykliwe ubranko tak mnie do niej przekonało.



Opis wcale mnie nie zachęcił, ale przecież nigdy nie należy się nimi sugerować. Tak też zrobiłam, zaczęłam po prostu czytać. Teraz postaram się krótko sama ją opisać, tak po swojemu.

Wieś na Podlasiu. Starsza kobieta imieniem Sonia, Sońka, która przeżyła II wojnę światową. Igor, młody dramaturg niby przypadkowo trafia na ten koniec świata bez assistance i zasięgu. Ale jak wiadomo, nic nie jest przypadkiem. Wszystko dzieje się z jakiegoś określonego powodu.

Starsza kobieta w postaci Igora znajduje słuchacza, któremu powierza historię swojego życia. Mówi o zakazanej miłości, która nie miała prawa się narodzić. Opowiada o wojnie, o okrucieństwie nie tylko tych obcych, ale też całkiem bliskich, o wiejskiej codzienności. Tu i tam przemyca jakieś słowo w języku białoruskim.

Dzięki opowieściom Sonii, Grycowski wraca do swojej głęboko pogrzebanej przeszłości. Starsza kobieta jest dla niego inspiracją. Powstaje sztuka o jej życiu. Kontrowersyjna, czyli udana. Dla Sońki ta rozmowa to ostatnia rzecz, jaką potrzebuje zrobić, zanim odejdzie w spokoju z tego świata. Do tego anioł, kot i pies - wszyscy zupełnie niezwyczajni.

"Sońka" to książka niezwykła. Jednocześnie toczą się trzy opowieści. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stają się jednością. A mimo wszystko nie odczuwałam zagubienia, kiedy niespodziewanie zostałam wyrwana z lat 40. i pchnięta ku wydarzeniom następującym po premierze sztuki.

Mniejszość i większość, śmierć i życie, wieś i miasto, starość i młodość, tradycja i nowoczesność. W tej historii nie brakuje sprzeczności, niezwykle potrzebnych, aby nadać opowieści odpowiednich barw. Czasem może trochę ciemnych, przytłaczających.

Ta książka to nie lekkie czytadło na sobotnie popołudnie po sprzątaniu. A mimo wszystko, pochłonęłam ją w jeden dzień. I żałuję, że nie poświęciłam jej więcej czasu. Wrócę na pewno. I wszystkim radzę sięgnąć po tą pozycję, bo zdecydowanie jest warta uwagi. I czasu. Poświęćcie jej dużo czasu. Bo po co się spieszyć ze świetnymi opowieściami? Chyba, że bardzo wciągnie - to już co innego.

To podejście do polskiej literatury uważam za bardzo udane.

Ocena: 9/10

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Premiera: 21.05.14
Strony: 208