środa, 6 sierpnia 2014

Denise Kiernan "Dziewczyny atomowe"

W związku z tym, że jestem ciągle pod wrażeniem "Dziewczyn z Powstania" i "Dziewczyn wojennych", tym razem kolej przyszła na historię innych nieco zapomnianych przez historię kobiet - amerykańskich "Dziewczyn atomowych". Akurat dziś przypada rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, która jest owocem pracy m.in. bohaterek powieści Denise Kiernan. 


O samej książce mogę powiedzieć tyle - tej opowieści nie można z pewnością uznać za źródło dokładnych informacji na temat samego Projektu Manhattan. Jeśli ktoś bierze się za tą pozycję z nadzieją dokładnego przestudiowania całego procesu tworzenia bomby atomowej, to na pewno się rozczaruje. Zawarte tutaj ciekawostki związane z techniczną stroną funkcjonowania zakładów w Oak Ridge (i nie tylko),  pojawiają się w formie krótkich podrozdziałów pomiędzy główną opowieścią o paru kobietach. Dostarczają one podstawowej wiedzy ludziom, którzy - tak jak ja - średnio interesują się fizyką i chemią.

Skoro mowa o głównym celu książki, to na nim się teraz skoncentruję. Autorka pracowała nad tą publikacją przez siedem lat, podczas których odwiedzała parokrotnie Oak Ridge oraz przeprowadzała rozmowy z kobietami, których codzienność tu opisuje. Jak na tak długi okres pracy, wynik jest bardzo dobry. Otrzymujemy historię garstki młodych wtedy dziewczyn, które do Oak Ridge w stanie Tennessee trafiły z różnych zakątków Stanów Zjednoczonych. Wszystkie skuszone dobrymi zarobkami i pracą, która niejednego mogła napawać dumą - jak im mówiono, ich wysiłek miał przyczynić się do szybszego zakończenia wojny. Był jednak jeden haczyk - nie miały pojęcia do jakiej pracy tam jadą, ani w zasadzie dokąd są wysyłane. Musiały zaufać ludziom, którzy oferowali im zatrudnienie. Ostatecznie wiele z nich ściągało do miasta, którego nie było na mapie (ani oficjalnie nie istniało), z całymi rodzinami lub przyjaciółmi. 

Opis z tyłu okładki jest dość skromny, ale ja postaram się zdradzić jak najmniej. Wcześniej niewiele czytałam o kulisach Projektu Manhattan, ale sama nazwa wydawała mi się tak tajemnicza, że miałam w końcu ochotę dowiedzieć się więcej. "Dziewczyny atomowe" to książka, która opisuje pracę i życie codzienne kilku wybranych bohaterek. 

To zadziwiające jak świetnie zorganizowano tą społeczność i jak władzom udało się utrzymać w ryzach społeczeństwo, nakazując im bezwzględne milczenie. Zakres obowiązków, rodzaj pracy oraz ilość posiadanej wiedzy - wszystko to kontrolowano z góry i pilnowano, aby nikt nie dowiedział się zbyt dużo. Nawet sami mieszkańcy Oak Ridge nie mogli rozmawiać o swojej pracy z małżonkami czy mieszkańcami sąsiadujących domów... lub baraków. Bo i zakwaterowanie było tu niecodzienne. Jedni mieszkali w domach z gotowych elementów, które powstawały nawet w pół godziny, inni, którzy nie mieli tyle szczęścia, trafiali do marnych szop bez szyb w oknach. Warunki były iście spartańskie - wszędzie błoto i brud. Lata pracy mijały ludziom na zmaganiu się z pogodą - od trwającego latem nieznośnego upału, po mroźną i śnieżną zimę. Ale to wszystko było nieważne. Istotny był szczytny cel - szybkie położenie kresu II wojnie światowej i sprowadzenie do domów żołnierzy. 

Nie trzeba czytać tej opowieści, żeby wiedzieć, że w końcu się udało. Nie mnie też oceniać, czy ci ludzie robili dobrze czy źle, pracując - całkiem nieświadomie - przy Projekcie Manhattan. Jedno liczy się dla mnie jako dla mola książkowego - ta historia dostarcza ciekawych wiadomości na temat funkcjonowania społeczności, która utworzyła się w Oak Ridge i przetrwała do dnia dzisiejszego. Warto zajrzeć do tej książki, żeby dowiedzieć się trochę więcej o życiu ludzi, których głównym celem, oprócz wykonywania ściśle tajnych zadań, było milczenie.

Ocena: 8/10

Wydawca: Otwarte
Premiera: 3.07.13
Strony: 424

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz