środa, 27 sierpnia 2014

Izabela Sowa "Powrót"

Nowa powieść Izabeli Sowy zatytułowana "Powrót" to moje kolejne podejście do polskiej literatury. Czy udane? Hmm.. Przyznam się, że moje oczekiwania były nieco inne. Miałam nadzieję coś lekkiego ale zdecydowanie lepiej napisanego. W każdym razie, ta książka to dla mnie spore zaskoczenie.



Historia niby zwyczajna jakich wiele, ale też trochę nierealna, taka bajkowa, jak sama protagonistka. Kobieta dorosła, około trzydziestoletnia, która ubiera się jak nastolatka, kocha styl retro i tatuuje ludzi, a do tego posługuje się imieniem zdrobnionym jak u małej dziewczynki i uparcie pędząca pod prąd. Niekonwencjonalna, niedojrzała, w oczach niektórych dziecięca i zupełnie odstająca od nudnego świata, który ją otacza. 

Po kilku latach spędzonych poza granicami kraju, powraca do ojczyzny i mimo wielu przeciwności losu, próbuje jakoś ułożyć sobie życie w tym niezbyt przyjaznym dla dziwaków i odmieńców świecie. Ogródek działkowy, który w pewnym momencie staje się jej własnością, umożliwia jej realizowanie zadania, które jeszcze bardziej podkreśla jej niezależność i oryginalność; nie zdradzę z fabuły nic więcej.

Nie ma tutaj takiej typowej książkowej akcji "poszła, zrobiła, stało się to i tamto". Autorka skupia się przede wszystkim na spotkaniach głównej bohaterki z ludźmi, na jej interakcjach z klientami, przyjaciółmi, rodziną. Ta historia to przede wszystkim rozmowy, poprzetykane gdzieniegdzie myślami Dorotki, które co rusz odpływają w innym kierunku i jeszcze bardzo podkreślają jej brak gotowości do zmierzenia się z szarą rzeczywistością.

Ciekawa koncepcja, żeby skupić się bardziej na postaciach, zamiast na akcji, którą z kolei ogranicza się do minimum. Nie ma szalonych zwrotów akcji i szokujących zakończeń. To mi się bardzo podoba, bo nie zawsze mam ochotę na książkę, w której aż się roi od zdarzeń, które napędzają fabułę. 

Z drugiej jednak strony wykonanie trochę kuleje. Niektóre rozmowy są jakimś okropnie nudnym i irytującym bełkotem ludzi, których w życiu nie chciałabym spotkać (Dorotka również niezbyt cieszyła się z ich towarzystwa). Język okropnie mnie irytował, te wtrącone wyrażenia po angielsku, do tego zapisane fonetycznie i to w taki sposób, że miałam ochotę podciąć sobie żyły na ich widok ("strajt edż", "heloł, enybody hołm", "risercz").

Przyznam też szczerze, że w tych wszystkich rozmowach, czasem trudno było mi doszukać się jakiegoś sensu czy wyciągnąć z nich wnioski. Jakby pełniły rolę zapychaczy, kiedy autorka nie miała nic innego do napisania, a akcję trzeba było pchnąć dalej.

Ostatecznie, czuję ulgę, ze dobrnęłam do końca. Bezpowrotnie odkładam książkę na półkę. Gdyby tę opowieść dało się trochę dopracować stylistycznie, to lektura "Powrotu" byłaby zdecydowanie przyjemniejsza. Ta historia miała potencjał, który niestety został zmarnowany.

Ocena: 4/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 25.08.14
Strony: 268

niedziela, 24 sierpnia 2014

Michelle Cohen Corasanti "Drzewo migdałowe"

Dziś parę słów o książce, o której każdy czytelnik musiał już słyszeć. Całkiem niedawno zrobiło się o niej naprawdę głośno i nie był to na pewno rozgłos mający na celu wypromować kiepską historię ubraną w ładną okładkę.


Przede wszystkim, jestem pod ogromnym wrażeniem samej autorki, która bardzo rozsądnie wypowiada się o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Tym bardziej podziwiam ją za ukazanie w "Drzewie migdałowym" perspektywy Palestyńczyków, a przecież sama jest Żydówką i jej gest, choć dla jednych jest zdradą własnego narodu, dla innych oznacza symboliczny pierwszy krok, na który powinny odważyć się obydwie strony; spojrzała na świat oczami drugiego człowieka.

Jak zwykle, nie chcę pisać o samej treści, by zbyt wiele nie zdradzić, ale muszę się przecież jakoś do niej odnieść. Historia Ahmada Hamida podzielona jest na cztery części, które stanowią w pewnym sensie różne fazy jego życia. Na początku poznajemy rodzinę chłopca i jesteśmy świadkami wielu łamiących serce tragedii. Śmierć, przymusowe przeprowadzki i rozłąka z bliskimi są na porządku dziennym - tak samo, jak zupełnie niespodziewane ostrzały i kolejne utraty dachu nad głową.

Mimo toczącego się w tle konfliktu, Ahmad stara się prowadzić w miarę normalne życie; jak każdy w jego wieku bawi się i chodzi do szkoły. Jako najstarsze dziecko, w pewnym momencie musi zastąpić swojego nieobecnego ojca i w wieku dwunastu lat staje się głową rodziny. Choć jest utalentowany, zamiast rozwijać swoje pasje, musi pracować, by jego matka i rodzeństwo mieli z czego żyć. Kiedy pojawia się szansa na wyrwanie się z okropnej rzeczywistości, chłopak od razu ją chwyta, mimo licznych protestów ze strony rodzicielki. Ojciec, z kolei, widzi w wyjeździe na studia szansę Ahmada na pogodną przyszłość dla wszystkich. 

Niesamowity talent do przedmiotów ścisłych staje się dla głównego bohatera przepustką do lepszego świata, a jego pieniądze i wpływy dają możliwość rozwinięcia skrzydeł reszcie licznej rodziny. Ale czy to wystarczy, by pokonać wszystkie trudności? Czy uda się stopić lód, który skuł serce jego młodszego brata, Abbasa, dla którego Ahmad to zdrajca i tchórz?

Historia równie piękna, co nieprawdopodobna, ale nie chodzi wcale o pokazanie przykrej rzeczywistości, która jest bliska prawdzie. Ta opowieść o chłopcu, który wyrwał się z piekła, by wrócić i pomóc swoim bliskim, pięknie ilustruje marzenia zwykłych ludzi, żeby tam, gdzie dzieje się źle zapanował w końcu pokój i spokój. Ale to będzie możliwe tylko wtedy, gdy obydwie strony odłożą broń i puszczą w niepamięć swoje uprzedzenia. Potrzebna jest miłość, tolerancja, zaufanie, chęć współpracy, i umiejętność ustępowania. Tylko tak uda się zakończyć każdy jeden konflikt na świecie.

Książka jest pięknie wydana i pełno w niej kwiatów drzewa migdałowego, które jest tak istotnym symbolem w tej opowieści. Ta roślina daje cień, jest miejscem dziecięcych zabaw, cudownie kwitnie i rodzi owoce, które są podstawą kuchni w domu głównego bohatera. Mimo toczącej się latami wojny, migdałowiec ciągle stoi w tym samym miejscu i stanowi symbol wytrwałości i niegasnącej nadziei na lepsze jutro. 


Michelle Cohen Corasanti napisała powieść, obok której nie można przejść obojętnie i którą wszystkim polecam. "Drzewo migdałowe" to historia, która uczy, że nienawiść, niczym chwast, niszczy wszystko, co stanie na jego drodze i raz zasiana, jest trudna do usunięcia, ale przecież nie niemożliwa. W każdym momencie można rozpocząć życie na nowo i dążyć do naprawy stosunków międzyludzkich.

Dużo osób porównuje tą powieść do "Chłopca z latawcem", za którego ciągle nie mogę się zabrać. Mnie, natomiast, ta historia przypomina trochę tą z "Imiennika".

Ocena: 8/10

Wydawca: Sine Qua Non
Prermiera: 18.06.14
Strony: 392

piątek, 22 sierpnia 2014

Maureen Lee "Flora i Grace"

Zdecydowanie za dużo powieści obyczajowych przewinęło się ostatnio przez moje ręce i zaczynam wymyślać. Tak, jak dzisiaj. A szkoda, bo miałam nadzieję, że tym razem bardziej pozytywnie ocenię twórczość Maureen Lee.


Nie mam już siły narzekać ładnie i składnie, więc tym razem wyrzucę z siebie wszystkie żale jak leci. Myślę o tej książce i pierwsze co mi przychodzi do głowy to tytuł. "Flora i Grace" jest w zasadzie opowieścią tylko o tej pierwszej. Druga przewija się tylko we wspomnieniach i tym bardziej dziwi mnie umieszczenie jej imienia na okładce (skądinąd pięknej i bardzo zachęcającej do lektury). Może to ze względu na rolę obydwu kobiet w życiu małego Simona?

Odwracam książkę, a tu opis, który jest trochę niekompletny. Nie ma w nim ani słowa o tym, że akcja nagle przeniesie się za ocean. Nie lubię takich niespodzianek, choć ostatecznie.. Gdyby zostało to zdradzone, to już w ogóle nie musiałabym czytać tej książki. Ale przeczytałam, bo akcja toczyła się w latach 40. i nie mogłam się powstrzymać.

Treść jest nie do końca satysfakcjonująca. Historia zbyt oczywista i wygląda na to, że autorka nie lubi ukrywać prawdy przed czytelnikiem do samego końca. Domyśliłam się bardzo szybko co się dalej stanie i poczułam się wręcz zmęczona czytaniem i rozdrażniona faktem, że wszystko już wiem, a tu jeszcze kawał książki pozostał. Chociaż Maureen Lee najpewniej celowo dawała czytelnikom do zrozumienia, że niektórych spotkań nie da się uniknąć, to ja jednak nie odczułam tego napięcia związanego z wyczekiwaniem na moment, kiedy wszystko legnie w gruzach. Za to dramatyczne zakończenie drugiej części opowieści było trochę na wyrost, bo książka ostatecznie skończyła się pozytywnie.

Niewielka objętość, bo zaledwie 300 stron - dla mnie to za mało, aby rozwinąć tą złożoną historię o spotkaniu się przedstawicieli dwóch różnych światów - europejskiego i amerykańskiego. Trochę przypominało mi to powieść Jeffrey'a Archera "Kane i Abel", choć tylko ze względu na wątek nowojorski, bo Maureen Lee znacznie gorzej poradziła sobie ze splataniem losów różnych ludzi.

Bardzo chciałam, ale chyba tej autorki nie polubię.

Ocena: 6/10

Wydawca: Świat Książki
Premiera: 28.05.14
Strony: 302

środa, 20 sierpnia 2014

Karol Lewandowski "Busem przez świat. Wyprawa pierwsza"

Uwielbiam oglądać programy podróżnicze i choć wiele o podobnych wyprawach nie czytałam, to uznałam, że pora to w końcu zmienić. Mimo wszystko, zupełnie inaczej czyta się relacje profesjonalistów, którzy mają za sobą dziesiątki wypraw, a za plecami wielu sponsorów. Dla amatorów, którzy dopiero zaczynają i nie wiedzą jak zabrać się za organizację pierwszej podróży "Busem przez świat. Wyprawa pierwsza" to pozycja obowiązkowa.


Nie ma chyba osoby, która nie marzyłaby o podróży, choćby w jedno miejsce na świecie. Jednak podróżowanie do najtańszych nie należy. Bilety, lotnicze, hotele, obiady w restauracjach i wejściówki do różnych miejsc, które trzeba obowiązkowo zwiedzić.. Większość na samą myśl o kosztach odpuszcza. Ale wystarczy szybki samolot wymienić na tanie autko, wygodne łóżko zastąpić niezawodnym śpiworem, zabrać ze sobą parę gotowych obiadów i nasze marzenia mogą się spełnić. Jednak od pieniędzy i pomysłowości ważniejsze są odwaga i upór. Bez nich nie uda nam się nic. Bohaterowie książki Karola Lewandowskiego byli gotowi na poświęcenia, a ich wiara we własny cel i determinacja są dowodem na to, że chcieć znaczy móc. 

"Busem przez świat. Wyprawa pierwsza" to jedna z tych pozycji, których po prostu nie powinno się opisywać, bo dzieje się w nich tyle, że lepiej samemu przekonać się na własne oczy. A jest o czym pisać! Od pierwszych pomysłów, przez przygotowania, aż po to, o co w tym wszystkim chodzi, czyli podróż, która zmienia życie, spełnia marzenia i udowadnia niedowiarkom, że jednak można.

Co podoba mi się w tej opowieści najbardziej, to fakt, że Karol Lewandowski nie udaje, że atmosfera w busie była ciągle miła i przez ten miesiąc spędzony w drodze wszyscy tylko i wyłącznie się kochali. Były problemy, były kłótnie, ciężkie próby i chwile zwątpienia w sens całego przedsięwzięcia - nawet kiedy było już w toku. Kluczową kwestią jest świadomość własnych słabości, wad innych ludzi i potencjalnych przeszkód - tego, że auto zawiedzie, że ludzie nie pomogą, a wręcz zechcą nas wykorzystać. Mimo wielu potencjalnych zagrożeń, piątka chłopaków ze Świdnicy postanowiła spróbować. 

To, co zobaczyli i co przeżyli, te nowe miejsca, ci wszyscy ludzie, mnóstwo nowej wiedzy i bagaż doświadczeń (oprócz całej masy wspomnień zaklętych w zdjęciach, filmikach i blogowych oraz książkowych relacjach), tego nie odbierze im nikt. Stanowi to żywy dowód ich sukcesu - sukcesu młodych ludzi, którzy małym kosztem i bez zbytniego doświadczenia przejechali kawał Europy, a w tym momencie też sporą część świata i rozpędzeni jadą zwiedzać dalej, zabierając ze sobą żądnych przygód ochotników z całej Polski.

O samej książce mogę mówić tylko w superlatywach. Lekka, typowo wakacyjna i bardzo pozytywna. Motywuje do działania każdego, kto nie do końca wierzy, że coś takiego może się udać. Ta opowieść raz po raz wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika, dzięki zabawnym opisom nawet tych poważniejszych sytuacji. Ledwie ją otworzyłam, a chichotałam jak mała dziewczynka i tak było do samego końca.

Choć wtedy, kiedy Karol, Wojtek, Michał, Marek i Krzysiek wyruszali w podróż starym gruchotem po Europie, ja nie miałam zielonego pojęcia o ich planach i o blogu, wkrótce dowiedziałam się o wszystkim z mediów, jak i cała reszta naszego kraju. Ta książka jest właśnie dla takich spóźnialskich, którzy nie dotarli na BusemPrzezŚwiat.pl na czas. 

Z posłowia do drugiego wydania dowiedziałam się również o planach wydania "Busem przez świat. Ameryka za osiem dolarów". Premiera książki pod koniec października, więc wszyscy spragnieni relacji z amerykańskich przygód świdnickich podróżników, przygotujcie się, bo nie odmówię sobie lektury i paru słów na jej temat!

Ocena: 8/10

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 9.11.11
Liczba stron: 316

wtorek, 19 sierpnia 2014

Charlotte Link "Ciernista róża"

Ta książka to doskonały przykład na to, jak niewłaściwy opis zamieszczony na tyle okładki może wprowadzić czytelnika w błąd i go rozczarować, bo nie dostaje tego, czego oczekiwał, lub.. musi na to czekać prawie 400 stron. 


Twórczość Charlotte Link bardzo lubię i lektura "Ciernistej róży" to moje czwarte spotkanie z tą autorką. Dosyć udane, jeśli nie wezmę pod uwagę opisu, który skusił mnie do sięgnięcia po tą powieść. Wydawca przedstawił tą pozycję następująco:

Karin Palmer, była nauczycielka z Berlina, ogarnięta chęcią zmiany dotychczasowego życia, decyduje się wyjechać na angielską wyspę Guernsey, gdzie przed laty spędziła cudowne wakacje. Na miejscu okazuje się niestety, że pokój, który zarezerwowała, został oddany komu innemu i kobieta nie ma się gdzie podziać. Przez przypadek trafia do uroczego domu z ogrodem pełnym róż, który należy do 71-letniej Beatrice Shaye. Karin ulega urokowi staruszki, jej pięknego ogrodu i eleganckiego, przytulnego domu. Między kobietami szybko nawiązuje się serdeczna przyjaźń mimo dzielącej je różnicy wieku. Ich rozmowy stają się coraz bardziej intymne i szczere. Beatrice powoli zaczyna opowiadać o przeszłości. Nie mówi jednak wszystkiego. Jednak w chwili, gdy policja zacznie znajdować zwłoki kolejnych zamordowanych osób, Beatrice będzie musiała komuś zaufać. Jej wybór pada na Karin...
Zacznijmy może od tego, że zanim dojdzie do morderstwa, trzeba przejść przez 2/3 opowieści o relacjach ludzi słabych z tymi silnymi, którzy na każdym kroku wykorzystują ich słabość i bezlitośnie niszczą. I kiedy tak czeka się na to morderstwo, na to zawiązanie akcji, na dreszczyk emocji.. Można się na śmierć zanudzić tą historią. Szło mi niestety jak krew z nosa i nie mogłam przebrnąć przez tą książkę, a szczególnie nużące wydawały mi się retrospekcje. 

Lubię tematykę wojenną, szczególnie jeśli ma ona związek z wydarzeniami osadzonymi w teraźniejszości. Fajnie czyta się wspomnienia ludzi z tamtych lat, nawet jeżeli jest to fikcja, jak w tym przypadku. Jednak tym razem autorka nie do końca mnie zainteresowała. Nie mogłam się skupić na historii młodej Beatrice, irytował mnie ten wstrętny typ, jakim był Erich, a jego relacje z Helene zbytnio przypominały mi związek Michaela i Karin. 

"Ciernista róża" to zdecydowanie powieść psychologiczna, która jednak byłaby nie do przełknięcia bez wątku kryminalnego. Szkoda tylko, że tyle musiałam naczekać się na coś, co sprawi, że nic ani nikt nie będzie w stanie oderwać mnie od czytania. I jeszcze ten rozdmuchany opis. Jakie kolejne ciała? Czy ten, kto przygotowuje blurby widział treść tej powieści?


Oby następne książki tej pisarki bardziej mnie wciągnęły... bo nie mam zamiaru przestawać. Po lekturze "Echa winy", "Grzechu aniołów" i "Wielbiciela", mimo niezbyt dobrego wrażenia, jakie pozostawiła po sobie "Ciernista róża", mam ochotę na więcej!

Ocena: 6/10

Wydawca: Sonia Draga
Premiera: 21.05.14
Strony: 600

piątek, 15 sierpnia 2014

Jodi Picoult "Larger Than Life" i "Where There's Smoke"

Już w październiku pojawi się nowa, już dwudziesta trzecia książka w dorobku Jodi Picoult. W Polsce jej premiera przewidziana jest na 21 października i nosić będzie tytuł "Już czas" ("Leaving Time" w oryginale). 

Z tej okazji autorka zrobiła swoim fanom niespodziankę i opublikowała już jakiś czas temu jedno, a niedawno drugie opowiadanie, przybliżające czytelnikom dwie postaci, które pojawią się w jej nowej powieści. Nie byłabym sobą, gdybym ich nie przeczytała, więc grzecznie wybrałam się na Amazona i już po chwili na moim nowym, pięknym Kindle Classic pojawiły się dwie nowelki Picoult. Na początek zabrałam się za tą wcześniejszą, czyli "Where There's Smoke". 


Główną bohaterką jest Serenity Jones, specjalistka od kontaktów z zaświatami. W tej krótkiej historii autorka przybliża nam trochę dzieciństwo protagonistki, choć skupia się przede wszystkim na jej karierze, jako znanego na całym świecie medium. 

Podczas czytania odniosłam wrażenie, że Serenity to taka biała Oprah, która ma swój program i dzięki talentowi pomaga niezliczonym ilościom ludzi, niejednokrotnie odmieniając ich życie. Nie robi tego jednak sama - towarzyszą jej dwa dobre duchy, umożliwiające jej może rozmowy ze zmarłymi. Ale nie zawsze spotkania z innym wymiarem kończą się dobrze, nie każdemu potrzebującemu pokrzepienia po stracie bliskiej osoby udaje się pomóc i nie wszyscy czują ulgę, kiedy dowiadują się od niej prawdy o ludziach, których kochali.

Ten mały fragmencik opowieści o Serenity rozbudził moją ochotę na więcej. Z wielką przyjemnością przeczytałabym całą książkę, w której byłaby główną postacią. Choć podobny temat autorka poruszyła już w  "Drugim  spojrzeniu", to jednak tutaj szukanie kontaktu ze zmarłymi jest bardziej związane z uczuciami i niezwykłym darem, a nie nauką i radarami wykrywającymi obecność duchów. Brakuje mi jednak trochę rozwinięcia tej opowieści - w tej chwili jest ciekawa, ale zdecydowanie za krótka.

"Larger Than Life" to drugie opowiadanie, całkiem nowe (pojawiło się na początku tego miesiąca) i opowiada historię z życia Alice Metcalf, zaginionej matki głównej bohaterki "Już czas". 


Akcja toczy się w 1999 roku w Botswanie, gdzie Alice prowadzi badania nad słoniami. Jak w poprzednim opowiadaniu, teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Główna bohaterka wspomina trudne relacje z matką, która poświęciła dla niej swoją karierę naukową i swoje dziecięce fascynacje nauką. Usilne zabiegi matki mające na miejscu rozwinięcie w córce zainteresowań biologią doprowadziły w końcu do podjęcia przez Alice studiów na Harvardzie, a następnie do pracy ze słoniami w afrykańskich rezerwatach.

Pewnego dnia młoda badaczka znajduje słoniątko, którego matka wraz z kilkoma innymi słoniami została zabita przez kłusowników. Wbrew przyjętym zasadom postanawia pomóc maleństwu, które bez opieki innych członków stada było zupełnie bezbronne. Choć wszystko odbywa się w tajemnicy przed innymi pracownikami rezerwatu, z pomocą przychodzi jej jeden ze strażników. Mała słonica dostaje imię Lesego, co w języku tswana znaczy "szczęśliwy, mający szczęście".

Jak skończy się ta historia? Czy będzie miała szczęśliwe zakończenie? Nie będę mówić, bo jest naprawdę świetna - musicie się przekonać na własne oczy. Mam nadzieję, że Jodi porządnie rozwinie wątek Alice Metcalf w książce. Czuję, że jest na co czekać do października. "Już czas" zapowiada się na kolejną świetną książkę w dorobku autorki. Oby ten potencjał nie został zmarnowany przez brak dopracowania wątków, jak w przypadku "Pół życia" czy "Tam, gdzie ty".

"Larger Than Life" to opowieść o tym, że nie wszystkie granice powinny zostać nieprzekroczone. Czasem warto łamać zasady, robić coś inaczej, wbrew obowiązującym regułom. Choć dobre intencje nie zawsze oznaczają dobry rezultat naszych działań, to lepiej jest podjąć próbę, niż żałować zmarnowanej szansy. 

"Where There's Smoke"
Wydawca: Ballantine Books
Premiera: 19.03.14
Strony: 40 
Ocena: 7/10 

"Larger Than Life" 
Wydawca: Ballantine Books 
Premiera: 4.08.14 
Strony: 78 
Ocena: 9/10

środa, 13 sierpnia 2014

Aleida March "Mój Che. Bardzo intymnie"

Walka o władzę mało kiedy nie kończy się rozlewem krwi. O postaci Che Guevary słyszał każdy - jedni go uwielbiają, a inni nienawidzą. Na tą książkę skusiłam się z czystej ciekawości, co takiego na jego temat mówi Aleida March, druga żona człowieka, który przeszedł do historii jako symbol kubańskiej rewolucji.


Wiedziałam, czego mogę się spodziewać po opowieści spisanej przez kobietę, która była matką jego dzieci i dla której Guevara był największą miłością życia. Sam wydawca zaznacza, że książka Aleidy March zawiera bardzo subiektywną ocenę tamtych wydarzeń. Trudno szukać tam krytyki postępowania Che lub wspomnień, które stawiałyby go w złym świetle. 

Autorka pisze o nim, skupiając się bardziej na roli męża i ojca, a w tle pozostawiając Guevarę rewolucjonistę. Opowieść rozpoczyna się od dziecięcych i młodzieńczych wspomnień Aleidy, w których wraca pamięcią do lat spędzonych w biednej wsi pod Santa Clara, dalszej nauki w mieście i wstąpienia do podziemia. To dzięki jej dołączeniu do Ruchu 26 Lipca, drogi Che i Aleidy krzyżują się i dają początek ich wielkiej miłości z walką w tle.

Aleida March pokazuje w swoich wspomnieniach ludzkie oblicze potwora, bo przecież każdy najgorszy nawet zbrodniarz wojenny kiedyś kogoś kochał. Nie zmienia to jednak faktu, że Guevara przyczynił się do wielu śmierci; nie można zapominać, że na rękach tego człowieka jest ludzka krew. "Mój Che. Bardzo intymnie" to taka książka-ciekawostka, która uzupełnia naszą wiedzę o tej kontrowersyjnej postaci z innej perspektywy. Trzeba pamiętać, czym tak naprawdę wsławił się Che Guevara, choć miłość jego życia mówi o nim w samych superlatywach.

Ta książka to zlepek strzępków wspomnień - może March tylko tyle dobrego miała do powiedzenia na temat swojego nieżyjącego już od dziesięcioleci męża, a może po prostu opisała wydarzenia, które uważała za najistotniejsze. Dodatkowo, do poszczególnych części tej historii dołączone są zdjęcia, które ilustrują wspomnienia Aleidy, brakuje im jednak dobrych podpisów. Uważam też, że tej publikacji przydałby się odpowiedni wstęp, który trochę zrównoważyłby tą opowieść. 

Po lekturze tej książki mogę stwierdzić tylko, że niestety Aleida March i przeciwnicy Guevary żyją w dwóch zupełnie innych światach, których nigdy nie da się pogodzić. Dla tych, dla których jest on potworem, parę ciepłych wspomnień zakochanej w nim kobiety nie złagodzi tego obrazu. Z kolei jego żona, patrząc na Che Guevarę przez pryzmat ich wspólnego życia, nie będzie w stanie zobaczyć go jako złego człowieka, nawet jeśli była świadkiem jego okrucieństw.

Ocena: 6/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 30.04.14
Strony: 264

wtorek, 12 sierpnia 2014

Anna Jean Mayhew "Sucha sierpniowa trawa"

Debiut pisarski w wieku 71 lat? Całkiem możliwe. Na "Suchą sierpniową trawę" natknęłam się przypadkiem, kiedy okazało się, że "Morelowy sad" to część Serii Kaszmirowej, w skład której wchodzi też powieść autorstwa Anny Jean Mayhew. Tytuł brzmiał tak letnio i zachęcająco, okładka wydała mi się przepiękna, a opis sprawił, że bez zastanowienia kupiłam tą pozycję.


Tak, jak wspomniałam już wcześniej, "Sucha sierpniowa trawa" to pierwsza powieść Anny Jean Mayhew. Późny, ale dobry debiut, szczególnie ze względu na poruszone kwestie. Problemy na tle rasowym to temat, którzy można eksploatować do bólu. Poza tym, autorka porusza temat sztywnych ról mężczyzny, kobiety i dziecka w amerykańskim społeczeństwie w połowie XX wieku. Ta powieść nie jest tylko o potrzebie tolerancji, ale też o powolnym uświadamianiu sobie swojej prawdziwej wartości. 

Główną bohaterką jest dziewczynka o ogromnym sercu, która widzi znacznie więcej niż dorośli i potrafi myśleć o ludziach nie przez pryzmat koloru ich skóry, a jedynie biorąc pod uwagę ich zachowanie. To dlatego woli spędzać czas z czarnoskórą Mary, a wielkim łukiem omijać ojca pijaka, który znęca się nad nią za najmniejsze przewinienie. 

Nie chcę więcej pisać o treści książki, ale wszystko, co ma się wydarzyć, dzieje się w trakcie rodzinnych wakacji, które trzynastoletnia Jubie spędza z matką, rodzeństwem i służącą. Podczas wyjazdu zdarza się niegroźny wypadek, później drugi, znacznie tragiczniejszy w skutkach. Następnie, życie traci zupełnie niewinny człowiek. Może brzmi to trochę jak desperacka próba nakręcania akcji, ale dla mnie te dwie, teoretycznie nie mające ze sobą nic wspólnego śmierci oznaczają przełom w życiu bohaterów - otwierają oczy tym, którzy dotychczas woleli odwracać wzrok. 

Jedyne, co mi się nie podoba, to styl. W niektórych miejscach, szczególnie na początku, odczuwałam wrażenie, że autorka miała problemy ze zbudowaniem nastroju. Później sama historia tak mnie wciągnęła, że przestałam zwracać uwagę na język. Debiuty zwykle są słabsze, ale ten uważam za całkiem udany, choć zakończenie mogło być lepsze. Teraz pozostaje tylko czekać na drugą powieść autorki - "Tomorrow's Bread", która jest w przygotowaniu.

Ocena: 7/10

Wydawca: Black Publishing
Premiera: 15.01.14
Strony: 304

środa, 6 sierpnia 2014

Denise Kiernan "Dziewczyny atomowe"

W związku z tym, że jestem ciągle pod wrażeniem "Dziewczyn z Powstania" i "Dziewczyn wojennych", tym razem kolej przyszła na historię innych nieco zapomnianych przez historię kobiet - amerykańskich "Dziewczyn atomowych". Akurat dziś przypada rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, która jest owocem pracy m.in. bohaterek powieści Denise Kiernan. 


O samej książce mogę powiedzieć tyle - tej opowieści nie można z pewnością uznać za źródło dokładnych informacji na temat samego Projektu Manhattan. Jeśli ktoś bierze się za tą pozycję z nadzieją dokładnego przestudiowania całego procesu tworzenia bomby atomowej, to na pewno się rozczaruje. Zawarte tutaj ciekawostki związane z techniczną stroną funkcjonowania zakładów w Oak Ridge (i nie tylko),  pojawiają się w formie krótkich podrozdziałów pomiędzy główną opowieścią o paru kobietach. Dostarczają one podstawowej wiedzy ludziom, którzy - tak jak ja - średnio interesują się fizyką i chemią.

Skoro mowa o głównym celu książki, to na nim się teraz skoncentruję. Autorka pracowała nad tą publikacją przez siedem lat, podczas których odwiedzała parokrotnie Oak Ridge oraz przeprowadzała rozmowy z kobietami, których codzienność tu opisuje. Jak na tak długi okres pracy, wynik jest bardzo dobry. Otrzymujemy historię garstki młodych wtedy dziewczyn, które do Oak Ridge w stanie Tennessee trafiły z różnych zakątków Stanów Zjednoczonych. Wszystkie skuszone dobrymi zarobkami i pracą, która niejednego mogła napawać dumą - jak im mówiono, ich wysiłek miał przyczynić się do szybszego zakończenia wojny. Był jednak jeden haczyk - nie miały pojęcia do jakiej pracy tam jadą, ani w zasadzie dokąd są wysyłane. Musiały zaufać ludziom, którzy oferowali im zatrudnienie. Ostatecznie wiele z nich ściągało do miasta, którego nie było na mapie (ani oficjalnie nie istniało), z całymi rodzinami lub przyjaciółmi. 

Opis z tyłu okładki jest dość skromny, ale ja postaram się zdradzić jak najmniej. Wcześniej niewiele czytałam o kulisach Projektu Manhattan, ale sama nazwa wydawała mi się tak tajemnicza, że miałam w końcu ochotę dowiedzieć się więcej. "Dziewczyny atomowe" to książka, która opisuje pracę i życie codzienne kilku wybranych bohaterek. 

To zadziwiające jak świetnie zorganizowano tą społeczność i jak władzom udało się utrzymać w ryzach społeczeństwo, nakazując im bezwzględne milczenie. Zakres obowiązków, rodzaj pracy oraz ilość posiadanej wiedzy - wszystko to kontrolowano z góry i pilnowano, aby nikt nie dowiedział się zbyt dużo. Nawet sami mieszkańcy Oak Ridge nie mogli rozmawiać o swojej pracy z małżonkami czy mieszkańcami sąsiadujących domów... lub baraków. Bo i zakwaterowanie było tu niecodzienne. Jedni mieszkali w domach z gotowych elementów, które powstawały nawet w pół godziny, inni, którzy nie mieli tyle szczęścia, trafiali do marnych szop bez szyb w oknach. Warunki były iście spartańskie - wszędzie błoto i brud. Lata pracy mijały ludziom na zmaganiu się z pogodą - od trwającego latem nieznośnego upału, po mroźną i śnieżną zimę. Ale to wszystko było nieważne. Istotny był szczytny cel - szybkie położenie kresu II wojnie światowej i sprowadzenie do domów żołnierzy. 

Nie trzeba czytać tej opowieści, żeby wiedzieć, że w końcu się udało. Nie mnie też oceniać, czy ci ludzie robili dobrze czy źle, pracując - całkiem nieświadomie - przy Projekcie Manhattan. Jedno liczy się dla mnie jako dla mola książkowego - ta historia dostarcza ciekawych wiadomości na temat funkcjonowania społeczności, która utworzyła się w Oak Ridge i przetrwała do dnia dzisiejszego. Warto zajrzeć do tej książki, żeby dowiedzieć się trochę więcej o życiu ludzi, których głównym celem, oprócz wykonywania ściśle tajnych zadań, było milczenie.

Ocena: 8/10

Wydawca: Otwarte
Premiera: 3.07.13
Strony: 424

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Nina George "Lawendowy pokój"

Do sięgnięcia po daną książkę przekonuje mnie zwykle jeden z kilku elementów: niezapomniana okładka, chwytliwy tytuł, interesujący opis lub przychylne opinie innych czytelników. Mało kiedy trafiam na tytuł, który przyciąga wszystkim, a powieść Niny George to jeden z tych wyjątków - dodam, że nieczęsto spotykanych. Już od pierwszego zerknięcia na okładkowe pole lawendy wiedziałam, że ta pozycja będzie moja. Tytuł i opis zachęcały, a po pierwszych recenzjach zupełnie straciłam głowę. Do tego Wydawnictwo Otwarte każdego dnia, aż do samej premiery, kusiło na swoim facebookowym profilu klimatycznymi zdjęciami lawendy - uległam i dzięki mojemu ukochanemu drugiemu połówkowi pomarańczy ( :) ) na parę dni zamieszkałam w "Lawendowym pokoju".


Nie lubię pisać o treści książek, bo zwykle wtedy odnoszę wrażenie, że zdradzam aż za dużo. Dlatego tym razem bardziej skupię się na tym, co czułam, kiedy czytałam tę książkę i czym mnie urzekła. 

Historia głównego bohatera to temat, który nie po raz pierwszy przewija się w literaturze. Kobieta, która odeszła i złamane męskie serce. Niedające żyć wspomnienia i przytłaczające obrazy z przeszłości, które wracają w najmniej spodziewanym momencie - to wszystko zamknięte w małym pokoju o ścianach koloru lawendy.

Bohaterowie "Lawendowego pokoju" to zbieranina różnych ludzi, których łączy posiadanie określonej pasji. Większość z nich czyta też książki i z nich, dzięki cennym radom Jeana Perdu, czerpie pokrzepienie. Mamy trochę klasycznych książkowych postaci - wścibskie i plotkujące baby, które jednak da się polubić, ludzi mniej lub bardziej zagubionych i cierpiących na brak weny artystów. są w różnym wieku i zróżnicowanym pochodzeniu, natomiast każdy ma jakiś problem, któremu musi stawić czoło. 

Nina George w swojej opowieści używa bardzo plastycznego języka, który sprawia, że podczas lektury w głowie same pojawiają się kolejne sceny. Do tego opisuje przyrodę i krajobrazy tak cudowne, że przez większość czasu czytałam te opisy po dwa razy, tak bardzo mi się podobały. Ale nie tylko ładne widoczki przypadły mi do gustu. Cała opowieść jest tak przyjemna i ciepła, że w ogóle nie czułam zmęczenia czytaniem; lekki styl autorki to kolejny atut tej książki. 

Nie było postaci, która by mnie irytowała czy wywołała jakieś negatywne odczucia. Wszystkich bohaterów od razu polubiłam - markotnego pisarza-debiutanta z mojego rocznika i tego dziwnego protagonistę/aptekarza/rzecznego sprzedawcę książek, nawet wielką nieobecną, która pojawiała się tylko we wspomnieniach i jako narratorka pamiętnika. Tu muszę wspomnieć, że te nieliczne fragmenty wpisów z dziennika i listy tylko wzbogacają i tak barwną już fabułę. 

Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie mówi opis, a która wydaje mi się bardzo istotna - cała ta historia opowiada o podróży ze stolicy Francji  do Prowansji. Towarzyszy jej pyszna francuska kuchnia charakterystyczna dla tego bajecznego regionu, mnóstwo fajnych książek, dwa kochane koty - Kafka i Lindgren, słynne francuskie wina z pobliskich winnic i pola lawendy. Lawenda w jedzeniu, na ścianach pokoju; jej wyjątkowy zapach i soczysty fioletowy kolor.. 

I jeszcze zbliżenie
na mój ulubiony fragment okładki :)

"Lawendowy pokój" to barwna i pachnąca opowieść o radzeniu sobie ze swoją bolesną przeszłością i podejmowaniu niełatwej walki o spokojną przyszłość. Catherine, jedna bohaterek wykreowanych przez Ninę George, powiedziała parę słów, które idealnie opisują całą tą książkę i są jednocześnie wartościową wskazówką dla każdego, kto nie chce niczego żałować i żyć pełnią swojego życia:

Każdy człowiek ma taki swój wewnętrzny pokój, w którym czają się demony. I dopiero kiedy go otworzy i stawi im czoła, będzie naprawdę wolny. s. 319

Na końcu znajdziemy parę przepisów na aromatyczne dania kuchni prowansalskiej i spis wszystkich książek, które przewinęły się w rozmowach bohaterów powieści. Pierwsza wymieniona przez Jeana Perdu książka to "Rok 1984" Orwella, a ponieważ uwielbiam tę historię to byłam podwójnie dobrze nastawiona do dalszej lektury. I nie zawiodłam się.

Ocena: KOCHAM!

Wydawca: Otwarte
Premiera: 30.07.14
Strony: 339

sobota, 2 sierpnia 2014

María Dueñas "Olvido znaczy zapomnienie"

Dzisiaj postaram się krótko, bo po prostu nie mam nad czym się zachwycać. Zamiast zachwytów - wielkie rozczarowanie, bo na książkę polowałam jeszcze na długo przed pojawieniem się polskiego wydania. Byłam wręcz pewna, że autorka znów mnie pozytywnie zaskoczy i porwie w inny świat swoją drugą powieścią.

Tym razem ciasto bananowe przyćmiło książkę


Lubię opowieści wielowątkowe, gdzie historii jest mnóstwo i co parę rozdziałów książka przenosi nas do innego świata. Podobają mi się też czytadła, w których akcja toczy się na przestrzeni wielu lat; świetnie rozwijają wyobraźnię. Zainteresowały mnie ostatnio powieści kampusowe - a "Olvido.." jest właśnie taką historią. Naprawdę nie mam pojęcia co z tą książką jest nie tak, co sprawia, że mimo obecności tych wszystkich tak cenionych przeze mnie elementów nie byłam w stanie się do niej przekonać.

Jak wielu innych czytelników, skusiło mnie nazwisko autorki, spod której pióra wyszła świetna ''Krawcowa z Madrytu''. Ten powrót uważam niestety za mało udany. Nie wciąga, a wręcz męczy. Nie byłam nawet w połowie, kiedy zadecydowałam, że tak książka w ogóle mi się nie podoba, nie trafia do mnie. Podczas czytania nie towarzyszyła mi ta typowa dla dobrej lektury niechęć przy wieczornym odkładaniu jej - bo w końcu kiedyś trzeba się wyspać. Czułam wręcz ulgę, że mogę zrobić sobie przerwę.


Ta pozycja niewątpliwie jest ciekawa, ale ciągle myślę o niej przez pryzmat ''Krawcowej z Madrytu'' i nie jestem w ogóle przekonana. Niby cała opowieść ma sens, historie są ciekawe, ale w sumie nie wiadomo o czym jest ta powieść. O Blance? O Andresie? O Danielu? Ta książka to taki misz-masz. Trochę historii zranionej kobiety, trochę odkrywania przeszłości nieżyjącego już człowieka. W sumie wszystko w jednym, ale jak dla mnie nie do końca się klei.


Brakuje jej tego czegoś, co sprawiło, że pierwsza książka Maríi Dueñas pochłonęła mnie bez reszty. Już od pierwszych rozdziałów nie przypadła mi do gustu i właściwie cały pozostały czas to było brnięcie przez opowieść na siłę, żeby tylko ją skończyć - a ja nie znoszę przerywania, choć z niejedną książką już przegrałam. Podczas czytania średnio wciągnęłam się w tą opowieść; musiałam czasem czytać po trzy razy jedną linijkę, żeby cokolwiek do mnie dotarło - to nie jest rzecz normalna, kiedy ma się za sobą poranną kawę.


No cóż, nie zawsze książki muszą nas porywać. Ta jest ledwie poprawna, bez większych szaleństw.


Ocena: 5/10


Wydawca: Muza S.A.

Premiera: 16.04.14
Strony: 432

piątek, 1 sierpnia 2014

Anna Herbich "Dziewczyny z Powstania"

Dziś 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Z tej okazji postanowiłam jeszcze raz napisać o tej pięknej książce. Poprzednim razem wspomniałam o niej trochę w ramach porównania z "Dziewczynami wojennymi", ale uważam, że w pełni zasługuje ona na osobną recenzję.


"Dziewczyny z Powstania" to książka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Od pierwszych dni swojego istnienia na rynku wydawniczym udało jej się zdobyć przychylność tysięcy czytelników; a i ze mną było podobnie. Od momentu, kiedy ten tytuł trafił w moje ręce, wiedziałam, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym. Nie zważając na naukę i inne książki do czytania na stosiku - usiadłam i najzwyczajniej w świecie się zaczytałam. Spędziłam z nią cały wieczór i bez żalu zarwałam noc. 

I tak, od pierwszych stron, na przemian pojawiały dwa towarzyszące mi podczas lektury tej książki uczucia - wzruszenie i radość. Przepiękne historie z życia codziennego kilku kobiet, które wojna zaskoczyła w najpiękniejszym okresie ich życia. W jednej chwili musiały zdecydować, czy zostają w domu, czy ruszają na pole bitwy. I większość z nich wybrała walkę. Nie dosłowną, ale kiedy nad głowami świszczą kule, a za każdym rogiem czai się wróg, przenoszenie meldunków będące częścią konspiracyjnej działalności czy opatrywanie rannych kolegów lub cywilów, to zadania, które wymagają ogromnej odwagi. Wszystkie bohaterki książki Anny Herbich miały pełną świadomość, że pewnego dnia one same mogą zginąć, ale mimo wszystko, postanowiły walczyć.

Bohaterki "Dziewczyn z Powstania" to kobiety czasem bardzo się od siebie różniące; jedne miały więcej pieniędzy i pochodziły z tzw. "dobrych" domów, inne były niewyróżniającymi się z tłumu dziewczynami z żyjących skromniej rodzin. Jednakowoż każda wykazała się nadzwyczajną siłą psychiczną, nierzadko też fizyczną. Nieważne czy matka, czy sanitariuszka, czy posłaniec - te kobiety zrobiły co w ich mocy, żeby pomóc tym, którzy ich potrzebowali. 

Tak samo jak ich mężowie, ojcowie, czy bracia, zostawiały za sobą dom i ruszały walczyć ramię w ramię o swą ukochaną ojczyznę i o lepszą przyszłość dla swoich bliskich. Robiły to, bo chciały, nikt ich do tego nie zmuszał; czuły obowiązek wobec swojego kraju, a patriotyzm miały wpajany od najmłodszych lat. Wykazały się niezwykłą odwagą i męstwem, niejednokrotnie wystawiając swoje życie na niebezpieczeństwo. I za to są w takim samym stopniu bohaterkami, jak wszyscy mężczyźni, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim razem z nimi.

Historie te opowiedziane zostały w prosty, ale bardzo przemyślany sposób. Czyta się je niezwykle lekko i szybko, co okazuje się zdecydowaną zaletą tej książki, zważając na trudną tematykę wojenną. Koniecznie trzeba ją przeczytać, bo w końcu głos zabrała ta płeć, którą zwykle określa się słabszą (czyli również bierną). A mimo to, te kobiety ani nie okazały słabości, ani nie pozostały bierne.

"Dziewczyny z Powstania" to jedna z tych pozycji, które mimo pozornie przystępnej formy w jakiej zostały podane czytelnikowi, zmusza do głębokich przemyśleń nad tym, w jakim kierunku zmierza ludzkość. Czy my, na miejscu tych bohaterek zrobilibyśmy to samo? Czy fakt, że żyjemy zupełnie innych czasach  w jakiś sposób wpłynąłby na podjętą przez nas decyzję? Choć wydaje się, że te walczące niegdyś w Powstaniu Warszawskim kobiety są całkiem pewne, że dzisiejsza młodzież postąpiłaby tak samo, jak one latem 1944 roku. I ja również mam taką nadzieję.

Wydawca: Znak Horyzont
Premiera: 19.05.14
Strony: 320