wtorek, 29 lipca 2014

Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"

Jedna z tych książek z tytułem tak uroczym, że nie można się od niej uwolnić. U mnie zaczęło się na odwrót, bo od filmu. Wtedy też obiecałam sobie, że w końcu kiedyś przeczytam też książkę. Minęło parę lat, zanim ją w końcu kupiłam. Później przeleżała u mnie dobre pół roku. Teraz postanowiłam się za nią zabrać, bo pogoda w Polsce idealnie wpasowuje się w klimaty Karoliny Południowej. Sue Monk Kidd zabrała mnie w niesamowitą podróż w czasie.


Jest to pierwsza przeczytana przeze mnie książka tej autorki, ale jestem pewna, że każda następna będzie wypadała słabo w porównaniu z "Sekretnym życiem pszczół". Uwielbiam wszystko, co ma związek z południem Stanów Zjednoczonych, a problemy rasowe i lata 50. i 60. nie znudzą mi się nigdy. Nietrudno też zgadnąć, że uwielbiam "Służące" - zarówno film jak i książkę Kathryn Stockett. W planach mam jeszcze czytanie "Suchej sierpniowej trawy" Anne Jean Mayhew (która jutro pewnie do mnie dotrze) i "Wyborów" Ruty Sepetys. Moje myśli znów odbiegają od tematu głównego. 

"Sekretne życie pszczół" to piękna opowieść o tolerancji, dorastaniu i podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Jest lato roku 1964. Mieszkająca w Sylvan w Karolinie Południowej Lily Owens to typowa nastolatka, która próbuje uporać się z przytłaczającą ją rzeczywistością. Nie ułatwia jej tego na pewno świadomość, że przyczyniła się do śmierci własnej matki, a nieczuły ojciec (który zdaje się kochać tylko swojego psa), sprawia, że dziewczynka czuje się jeszcze bardziej wyobcowana. Nie potrafi znaleźć sobie w szkole przyjaciół i dopiero dzięki nauczycielce zaczyna powoli uświadamiać sobie, że nie jest wcale tak bezużyteczna, jak uważa T. Ray.

Rosaleen, czarnoskóra pomoc domowa, która zastępuje Lily matkę, jest jej bliższa niż własny ojciec, który nie szczędzi córce gorzkich słów i na każdym kroku okazuje brak zainteresowania jej osobą. Swoim zachowaniem T. Ray doprowadza w końcu do tego, że dziewczyna zaczyna planować ucieczkę z plantacji brzoskwini, na której mieszka. W tym samym czasie Rosaleen wpada w poważne kłopoty, co przyspiesza decyzję o opuszczeniu przez nie miasta. Wtedy pamiątka pozostawiona przez matkę Lily staje się ich drogowskazem. 

Wkrótce Lily i Rosaleen trafiają do różowego domu w Tiburon, gdzie wraz z pszczelarką August mieszka jej młodsze rodzeństwo - przyjazna May i ostrożna June.  Kobiety przyjmują pod swój dach uciekinierki, mimo że te kłamią jak z nut, pytane o to, skąd pochodzą oraz jaki jest cel ich podróży. Na słoiczkach produkowanego przez siostry Boatwright miodu widnieje podobizna Czarnej Madonny. Religia jest bardzo ważnym elementem tej książki, choć odkrywa się ją zupełnie na nowo dzięki oryginalnym obrządkom wymyślonym przez właścicielki pasieki.

Choć znam film na pamięć, to po przeczytaniu książki po prostu brakuje mi słów. Nie wiem co więcej napisać, żeby nie opisywać za dużo fabuły. Dla mnie Lily jest taką postacią, która symbolizuje nadchodzące zmiany. Choć w Stanach do dziś jest bardzo dużo rasizmu, to jednak postać ta wydaje się pokazywać, w jakim kierunku powinno pójść ludzkie myślenie. Dla tej dziewczynki całkiem naturalne jest mieszkanie w domu czarnych kobiet, spędzając całe dnie w ich otoczeniu. Mimo, że otwarcie przyznaje, że jest trochę uprzedzona, to jednak nie pozwala, aby rasistowski sposób myślenia zdominował jej nastawienie do ludzi o innym kolorze skóry. 

Z pomocą sióstr Boatwright odkrywa zupełnie inny świat, którym rządzi miłość - zarówno do innych ludzi, jak i do zwierząt i natury. Dowiaduje się też wiele o swej matce, uczy panować nad gniewem i negatywnymi uczuciami względem samej siebie, stawia  czoło największemu wrogowi (ojcu). W Tiburon Lily poznaje prawdziwą siłę miłości, dla której nie ma granic takich jak kolor skóry, wyznanie czy pochodzenie i w końcu zaznaje tak bardzo upragnionego spokoju i szczęścia. 

Kawa na przebudzenie, woda z miętą na upały..
Książka na letnią nudę :)

Miód, Rice Krispies, zapiekanka makaronowa, oranżada i mrożona herbata, Nat King Cole i Miles Davis.. Zakochałam się w tej książce od pierwszych stron i nie będę ani trochę obiektywna przy ocenie. Każdy musi ją przeczytać, tak samo jak "Złodziejkę książek". Nie przewiduję innej opcji i nie przekona mnie żadna wymówka. Czytać, bo tak mówię! :)

Ocena: 10/10 

Wydawca: Review (w Polsce - Albatros)
Premiera: 3.03.03
Strony: 275

P.S. Wybaczam twórcom adaptacji filmowej zmianę koloru włosów głównej bohaterki i jej matki z czarnego na blond, bo bezgranicznie wielbię Dakotę Fanning. Z filmów z nią w roli głównej wszystkimi łapkami polecam też "Hounddog" - te same czasy, również amerykańskie południe i do tego jest Elvis Presley, a także bardziej współczesną historię opowiedzianą w "Now is Good".

4 komentarze:

  1. Nie słyszałam o tej książce ale muszę się a nią rozejrzeć :-) Milego dnia :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytam recenzji, bo MUSZĘ przeczytać tę książkę :) Widziałam film, piękny...Wkrótce zabieram się za najnowszą autorki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czekam na "Czarne skrzydła", ale może też zafunduję sobie w oryginale.. Bo i tak planuję zakup "The Mermaid Chair" (polski tytuł mnie jakoś nie przekonał).
      Coś czuję, że Sue Monk Kidd i Aimee Bender będą moimi ulubionymi pisarkami od uroczych książek :D

      Usuń