poniedziałek, 21 lipca 2014

Maureen Lee "Wędrówka Marty"

Wracam z zaświatów. Po wyjątkowo nieczytelniczym odpoczynku, stęskniona biegnę czytać i pisać!

Od dawna byłam ciekawa tej autorki, a teraz nadarzyła się okazja, żeby przeczytać dwie jej książki. Jedną udało mi się wygrać w konkursie, a druga wpadła mi w ręce podczas wizyty w bibliotece. Zaczęłam oczywiście od tej bibliotecznej i to była moja książka podróżna, którą dokończyłam dzisiaj.

Zachwyciła mnie czcionka, którą napisane jest nazwisko autorki!

Muszę przyznać się od razu, że uwielbiam pierwszą połowę XX wieku i historie z tych lat, nieważne gdzie się dzieją - bardzo mnie przyciągają. Właściwie również nie liczy się, czy to prawdziwa historia, czy fikcyjne wydarzenia - jeśli zahaczają o I lub II wojnę światową - muszę to mieć i przeczytać. Między innymi dlatego z taką niecierpliwością wyczekuję pojawienia się na mojej książkowej półce "Na Hester Street topnieje śnieg" Daisy Waugh. I oczywiście obowiązkowo zabieram się wkrótce za "Nowy Jork zbuntowany" Ewy Winnickiej.

Wracając do "Wędrówki Marty".. Bardzo lubię powieści obyczajowe, a jeszcze bardziej, jeśli książka pisana jest w formie opowieści w opowieści. Dla mnie to wielki plus i ciekawy sposób opisania historii, która wydarzyła się przed laty. Narratorką jest kobieta, która była świadkiem tych wydarzeń i w roku 1940, kiedy opowiada historię, znów otacza ją wojenny krajobraz, co oczywiście przywołuje wiele wspomnień. Kate przez swoją opowieść staje się drugą główną bohaterką tej książki, która najpierw zaczyna się od opisu jej codzienności, strachu o dzieci i męża, którzy mogą zginąć biorąc udział w wojnie. Historia zatacza koło - jej przyjaciółka miała te same dylematy 25 lat wcześniej, gdy jeden z synów Marty zaciągnął się do armii.

Marta Rossi ma ciężkie życie - z piątką dzieci, w nędznym mieszkanku i z mężem, na którego nie może liczyć. Takich historii jest całe mnóstwo, wystarczy spojrzeć na wspomnienia Franka McCourta w "Prochach Angeli/Popiele i żarze" (książka została wydana pod dwoma tytułami). Ale Marta bierze sprawy w swoje ręce, nie siedzi biernie i nie czeka, aż jej włoski małżonek pogodzi się ze swoim kalectwem i wyleczy z pijaństwa. Dzielnie przełyka upokorzenia, których doznaje ze strony swojej pełnoletniej córki, Joyce, która wstydzi się swojego pochodzenia. Stara nie przejmować się o rok młodszym Frankiem, dla którego życie to zabawa. Może polegać na 14-letnim Joem, który stara się jak może, żeby ułatwić życie matki. Sama również pracuje, a właściwie haruje ciężko za drobne grosze. Żyją biednie, ale uczciwie. Młodsze dzieci, Lily i Geogrie nie skarżą się na nędzną sytuację. Joe w ramach pomocy swojej matce postanawia wziąć udział w wojnie. Choć nie spełnia wymogu wiekowego, są ludzie, dla których to nie jest żadną przeszkodą. Kuszą chłopca pieniędzmi, a ten całkiem nieświadomy zagrożenia, zostaje pchnięty prosto w ramiona śmierci. Na miejscu Marty niejedna kobieta by się poddała. Ale nie ona. Wyrusza w podróż, aby położyć kres nielegalnym praktykom wysyłania dzieci na front. Czy jej się uda - przekonajcie się na własne oczy. I tak już za dużo powiedziałam na temat samej treści.

Epilog to powrót do lat 40. Świetny sposób na zakończenie opowieści w opowieści i powrót do historii życia Kate, a także dość oczywistej odpowiedzi na pytanie, które nasuwa nam się pod koniec lektury - kto jest jej mężem?

Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje, czy moja córka wychodzi za mąż, czy nie, ale coś mi mówi, że trzeba zamówić butelkę szampana. A kiedy już go podadzą, może mi ktoś poradzi, komu i czego mam gratulować? s. 289
Dla mnie ta książka to było pierwsze spotkanie z Maureen Lee, ale na pewno nie ostatnie. Bardzo chętnie przeczytam polecane mi przez Darię "Wrześniowe dziewczynki", choć i "Matka Pearl" mnie ciekawi. No i oczywiście "Flora i Grace" - o tej książce na pewno nie zapomnę, skoro mam ją pod ręką. Zainteresowała mnie jej twórczość, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła choć jednej rzeczy, która mi przeszkadzała.

Trochę, nie wiem czemu, nie mogłam się wczuć w tą książkę. Mimo, że historia była ciekawa, to czułam się tak nie do końca wciągnięta. Ale może to wina zmęczenia i gadających w autobusie ludzi (czytać, a nie plotkować!). Poza tym - tytułowa wędrówka rozpoczyna się właściwie pod koniec książki, wcześniej mija 200 stron akcji, które nas na to przygotowują. Liczyłam, że zacznie się wcześniej, ale znowuż ile mogłaby wtedy trwać? Rozumiem, że autorce zajęło trochę czasu zarysowanie całej historii, włączenie w opowieść wszystkich tych postaci i splecenie ich losów ze sobą. Ostatecznie tytuł można by uznać za metaforę, bo Marta, na początku opowieści, jest w fatalnej sytuacji finansowej. Jej życie, choć pełne dzięki rodzinę, jest też - szczególnie przez Carlo - bardzo ciężkie. Koniec opowieści pokazuje jak wiele się zmienia. Marta przeszła wiele kilometrów, ale także doprowadziła do wielu zmian - w życiu swoim i innych ludzi - swoją szczerością, miłością i determinacją.

Cała historia wydaje się bardzo autentyczna, spójna i bardzo uporządkowana. Opowieść jest faktycznie dość przygnębiająca, ale też dająca do myślenia. Marta wiele razy podkreśla, że swojego nędznego życia z kochanymi dziećmi i nie do końca najlepszym na świecie mężem nie zamieniłaby na żadne luksusy, których brakuje w jej skromnym życiu. W dzisiejszych czasach ludzie mieliby wielki problem, gdyby musieli wybierać - życie w dostatku czy szczęśliwy i ciepły dom.


Ogólnie "Wędrówkę Marty" czytało mi się dobrze, wszystko było jasne, mimo, że w trakcie pojawiało się dość sporo postaci i czasem autorka skupiała się bardziej na opisywaniu przeżyć Kate, Clive'a lub Joego.

Ocena: 7/10

Wydawca: Świat Książki
Premiera: 14.03.12
Strony: 304

2 komentarze:

  1. Nie miałam jeszcze okazji spotkać się z książkami tej autorki ale po Twojej recenzji chyba rozejrzę się w bibliotece :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam o tej książce, jednak nie miałam okazji jej przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń