czwartek, 3 lipca 2014

Liane Moriarty "Sekret mojego męża"

Lubię takie lekkie książki, które sprzyjają letniemu odpoczynkowi. Ta, o której dzisiaj piszę, jest jedną z nich. Pomimo sporej objętości (ponad 500 stron), doskonale spełniła swoją rolę.

Mąż w pracy, a żona czyta jego sekrety :)

O Liane Moriarty słyszałam, a w dokładniej "widziałam" już sporo. Parę razy trafiła mi się zakładka w zakupionej książce, na której reklamowano dwie powieści: "Ktoś we mnie" Sary Waters i "Kilka dni z życia Alice" tej właśnie australijskiej pisarki. Jak to w życiu bywa, twórczość obydwu autorek w końcu mnie dopadła, jednak w jednym i w drugim przypadku zaczęłam od zupełnie innych książek. Te "zakładkowe" wciąż czekają w kolejce na później. 

Co do samej książki - dziś zabawa w słowa-klucze.

Stereotypy. Drażniące miejscami, czasem bawiące, ale jakże prawdziwe. Jest Rachel, zrozpaczona matka, żyjąca przeszłością i jednocześnie babcia i teściowa, która nie znosi swojej synowej, bo jest zbyt idealna, a jednak nigdy nie potrafi okazać jej wprost swojej niechęci. Są także Cecilia i Tess, dwie matki, które realizują się również zawodowo i usilnie próbują pogodzić pracę z życiem rodzinnym, poświęcić całą siebie spełniając zarówno obowiązki matki i żony jak i pracownicy. Wszystkie trzy łączy to, że w pewnym momencie każdą z nich dopada przeszłość. I, oczywiście, ich drogi zaczynają się krzyżować. 

Mężczyźni. Bez nich ta książka by pewnie nie istniała, bo każda z trzech głównych bohaterek ma swój sekret-problem związany z jakimś panem. Nie podobało mi się tylko to, że autorka miejscami traktuje każdego faceta jak nieco głupszy gatunek człowieka. Na przykład - co za idiota zostawia na miejscu zbrodni różaniec z odciskami palców? Jakie szczęście, że w 1984 roku robienie testów DNA nie było jeszcze tak powszechne.

Przewidywalność. To jedna z cech "Sekretu mojego męża", która sprawia, że na pewno nikt czytaniem jej się nie zmęczy. Mniej więcej wiadomo, co się dalej stanie, choć są momenty, kiedy autorka zostawia trochę miejsca na domysły. Czy to dobrze, czy źle? Dla mnie było to do zaakceptowania, tym bardziej, że jak już wcześniej to podkreśliłam, powieść Liane Moriarty to książka wakacyjna. Popatrzcie tylko na tą okładkę, jest taka letnia; czego można od niej wymagać? Oczywiście, można się spierać, że przecież temat nie jest wcale najlżejszy, ale przecież książka do odpoczynku wcale nie musi być naiwna i głupiutka.

Sekret. Niby miał być tajemnicą, ale już od pierwszej wzmianki o Janie byłam przekonana, że wiem, co się święci. Czyli nie taki znowu sekret. Do tego został wyjawiony dopiero prawie w połowie książki, więc trochę się naczekałam, zanim w końcu okazało się, że jednak miałam rację. Ale tą powieść trzeba doczytać do końca, bo tam sekretów jest jeszcze więcej, a ile domysłów.. Kto nie lubi czasem pomarzyć?

Zemsta. Los się zawsze pięknie odpłaci.

Happy end? Nic nie powiem. :)

Gdyby ktoś pomyślał o ekranizacji tej książki, to ja bardzo chętnie w roli Connora widziałabym Deana Norrisa, a z kolei pulchną Felicity mogłaby zagrać przepiękna aktorka, Rebecca Field. Podczas czytania szczególnie te dwie postaci tak właśnie sobie wyobrażałam. Tak, oglądam zdecydowanie za dużo seriali. A tym, którzy lubią dobry serial, nawet oparty na książce, polecam Under the Dome na podstawie powieści Stephena Kinga o tym samym tytule. W Stanach właśnie emitowany jest drugi sezon. 

Na koniec cytat, który tak świetnie opisuje związki i pod którym podpisuję się wszystkimi piszącymi łapkami + czterema łapkami mojego psa i kolejnymi czterema należącymi do prawie mojego kota. :)

Właśnie dlatego, jeśli człowiek cenił sobie swój związek, budował wokół siebie mur odgradzający jego emocje i myśli. Nie zatrzymywał na nikim dłużej wzroku. Nie zostawał na jeszcze jednego drinka. I pilnował, żeby flirt nie wymknął się spod kontroli. Po prostu nie zapuszczał się w niebezpieczne rejony. s. 406

Polecam wszystkim tym, którzy szukają niewymagającej lektury na wakacyjne dni. "Sekret mojego męża" można pochłonąć naprawdę szybko i to jest jedna z jej zalet. Co do wad - z początku ta mnogość postaci sprawiała, że trochę się gubiłam. Ale ja nie dam rady? Bez żartów!

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 17.06.14
Strony: 504

1 komentarz:

  1. Aniu miałam podobne odczucia po jej przeczytaniu :-)

    OdpowiedzUsuń