środa, 23 lipca 2014

Cecelia Ahern "Dziękuję za wspomnienia"

Gdybym wiedziała wcześniej, co mnie czeka, powiedziałabym: Nie, dziękuję. 

Cecelia Ahern to kolejna autorka, nad której twórczością rozpływają się kobiety, a której książek nigdy wcześniej nie było dane mi czytać. Pewnie kiedyś obejrzałam w telewizji "P.S. Kocham Cię" na podstawie jej najgłośniejszej powieści. Najpierw szerokim łukiem omijałam tę autorkę, ale później stwierdziłam, że może jednak? Trafiłam na "Dziękuję za wspomnienia" i od niej postanowiłam zacząć, bo zachęcił mnie dość niecodziennie brzmiący opis. 


Temat ciekawy, trochę zahaczający o magiczny realizm, ale to jednak typowa literatura kobieca. "Dziękuję za wspomnienia" to romantyczna historia dwójki zakochujących się w sobie niespodziewanie ludzi, z dodatkiem niezwykłego elementu, który pełni rolę ''kleju do akcji'', dzięki któremu dzieje się tak, jak się dzieje. Dodam, że raczej nieprawdopodobnego - ale dziwne rzeczy się teraz dzieją: lekarz pisze, że widział Boga i był w niebie, po czym wrócił, choć tam było tak dobrze, pragnąc podzielić się z nami swoim niebiańskim doświadczeniem (Eben Alexander "Dowód"). No dobra, mogłoby się wydarzyć, jeśli przyjęlibyśmy, że wampiry istnieją i wysysają z nas krew razem z naszymi wspomnieniami i umiejętnościami.

Ale do rzeczy. Zaczęłam czytać i takie były moje pierwsze obserwacje, które od razu zapisałam, żeby mi nic nie umknęło: od początku książka jest moim zdaniem za bardzo rozwleczona; obfituje w przemyślenia bohaterów, opisane w mało interesujący sposób. 

Od razu zauważyłam też to naciąganie, które towarzyszy nam do samego końca książki. Napiszę tylko o paru początkowych, żeby zbyt wiele nie zdradzać. Czy przedmiot tak mały i niepozorny jak obrączka ślubna może 'rzucony z wściekłością' zafundować komuś bliznę? Chyba, że to obrączka na kostkę u nogi i ważyła tyle, co przeciętnej wielkości ziemniak (a wiemy już z doświadczenia, że oberwanie ziemniakiem może skutkować siniakiem). Ponadto, co to za dziwny pomysł ratowania sypiącego się małżeństwa (bo co to za związek, kiedy nie ma w nim miłości) ciążą? 

Tłumacz też się nie popisał, pełno poplątanych i niezgrabnych zdań. Jeden z wielu przykładów, który wywoływał moją konsternację: ''(...) przez pierwszy tydzień pobytu w domu ciągle mnie drażnił, i chcę, żeby już pojechał''. Chcę? Chciałam! Do tego cała masa dziwnych wyrażeń i bardzo niesłownikowych słów; mało kiedy cokolwiek jest wyjaśnione, poza skrótami od nazw. Nadal nie wiem co to za głupia gra w rymowanki, którą uprawiał ojciec głównej bohaterki i nie mam zielonego pojęcia czy w dzisiejszych czasach na krótkie płaszcze mówi się jeszcze "budrysówka". Moja irytacja rosła ze strony na stronę, a nawet nie doszłam do końca 1/6 książki. Miałam nadzieję, że może początek jest taki słaby, ale później opowieść się rozwinie i będzie ciekawsza - i mniej denerwująca.

Ale im głębiej w las, tym więcej drzew. Joyce i jej ojciec - ciągle mam wrażenie, że mają jakieś zaburzenia psychiczne. Ona zachowuje się dziwnie, a on dziwniej, a może to Justin jest tu mistrzem dziwaków? Do tego, skoro tak świetnie Joyce poznała Justina i jakby weszła w jego skórę po transplantacji krwi, to czemu w punkcie kulminacyjnym tej opowieści podejmuje złą decyzję? Tyle uganiania się za sobą i w końcu nic ma z tego nie wyjść? I ten epilog - naciąganie do kwadratu; jest mi żal Sary, bo Justin po raz kolejny poleci do niej, żeby torturować ją faktem, że i tak nigdy nie będą razem. Co za bezduszny, egoistyczny typ.

Kolejna rzecz, do której w ogóle nie byłam w stanie się przyzwyczaić to styl. Nie podoba mi się sposób pisania Ahern, ale równie dobrze w tłumaczeniu coś mogło umknąć i wyszło jak wyszło. W tej chwili jednak mam wrażenie, że styl autorki nadaje tej książce wygląd chaotycznego, bazgranego na kolanie pamiętnika rozhisteryzowanej 30-latki. Wszystko jest zupełnie bez ładu i składu. 

Może jeszcze kiedyś spróbuję przeczytać coś jej autorstwa, ale w tej chwili jestem bardzo negatywnie nastawiona do twórczości tej pisarki.

Ocena: 5/10

Wydawca: Akurat
Premiera: 21.08.13
Strony: 318

P.S. Po tej traumie czekają na mnie "Pozostawieni" Toma Perrotty. Może w końcu przestanę marudzić i będę czymś absolutnie zachwycona.

3 komentarze:

  1. No to ja Ci życzę żebyś tym razem była absolutnie zachwycona :-) Kiepska ta ocena, ja nie czytałam niczego tej autorki i chyba po Twojej ocenie nie będę szukać :-) Milego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Ja liczyłam na coś fajnego, co się lekko czyta, a tymczasem męczyłam się z tą książką okropnie.. Zachciało mi się babskich książek. :D

      Usuń
  2. Czytałam tą książkę i w mojej opinie może być :D szału nie ma ale coś na nudę :D tylko w moim wydaniu nie ma epilogu :( i nie wiem co to znaczy :D

    OdpowiedzUsuń