wtorek, 29 lipca 2014

Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"

Jedna z tych książek z tytułem tak uroczym, że nie można się od niej uwolnić. U mnie zaczęło się na odwrót, bo od filmu. Wtedy też obiecałam sobie, że w końcu kiedyś przeczytam też książkę. Minęło parę lat, zanim ją w końcu kupiłam. Później przeleżała u mnie dobre pół roku. Teraz postanowiłam się za nią zabrać, bo pogoda w Polsce idealnie wpasowuje się w klimaty Karoliny Południowej. Sue Monk Kidd zabrała mnie w niesamowitą podróż w czasie.


Jest to pierwsza przeczytana przeze mnie książka tej autorki, ale jestem pewna, że każda następna będzie wypadała słabo w porównaniu z "Sekretnym życiem pszczół". Uwielbiam wszystko, co ma związek z południem Stanów Zjednoczonych, a problemy rasowe i lata 50. i 60. nie znudzą mi się nigdy. Nietrudno też zgadnąć, że uwielbiam "Służące" - zarówno film jak i książkę Kathryn Stockett. W planach mam jeszcze czytanie "Suchej sierpniowej trawy" Anne Jean Mayhew (która jutro pewnie do mnie dotrze) i "Wyborów" Ruty Sepetys. Moje myśli znów odbiegają od tematu głównego. 

"Sekretne życie pszczół" to piękna opowieść o tolerancji, dorastaniu i podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Jest lato roku 1964. Mieszkająca w Sylvan w Karolinie Południowej Lily Owens to typowa nastolatka, która próbuje uporać się z przytłaczającą ją rzeczywistością. Nie ułatwia jej tego na pewno świadomość, że przyczyniła się do śmierci własnej matki, a nieczuły ojciec (który zdaje się kochać tylko swojego psa), sprawia, że dziewczynka czuje się jeszcze bardziej wyobcowana. Nie potrafi znaleźć sobie w szkole przyjaciół i dopiero dzięki nauczycielce zaczyna powoli uświadamiać sobie, że nie jest wcale tak bezużyteczna, jak uważa T. Ray.

Rosaleen, czarnoskóra pomoc domowa, która zastępuje Lily matkę, jest jej bliższa niż własny ojciec, który nie szczędzi córce gorzkich słów i na każdym kroku okazuje brak zainteresowania jej osobą. Swoim zachowaniem T. Ray doprowadza w końcu do tego, że dziewczyna zaczyna planować ucieczkę z plantacji brzoskwini, na której mieszka. W tym samym czasie Rosaleen wpada w poważne kłopoty, co przyspiesza decyzję o opuszczeniu przez nie miasta. Wtedy pamiątka pozostawiona przez matkę Lily staje się ich drogowskazem. 

Wkrótce Lily i Rosaleen trafiają do różowego domu w Tiburon, gdzie wraz z pszczelarką August mieszka jej młodsze rodzeństwo - przyjazna May i ostrożna June.  Kobiety przyjmują pod swój dach uciekinierki, mimo że te kłamią jak z nut, pytane o to, skąd pochodzą oraz jaki jest cel ich podróży. Na słoiczkach produkowanego przez siostry Boatwright miodu widnieje podobizna Czarnej Madonny. Religia jest bardzo ważnym elementem tej książki, choć odkrywa się ją zupełnie na nowo dzięki oryginalnym obrządkom wymyślonym przez właścicielki pasieki.

Choć znam film na pamięć, to po przeczytaniu książki po prostu brakuje mi słów. Nie wiem co więcej napisać, żeby nie opisywać za dużo fabuły. Dla mnie Lily jest taką postacią, która symbolizuje nadchodzące zmiany. Choć w Stanach do dziś jest bardzo dużo rasizmu, to jednak postać ta wydaje się pokazywać, w jakim kierunku powinno pójść ludzkie myślenie. Dla tej dziewczynki całkiem naturalne jest mieszkanie w domu czarnych kobiet, spędzając całe dnie w ich otoczeniu. Mimo, że otwarcie przyznaje, że jest trochę uprzedzona, to jednak nie pozwala, aby rasistowski sposób myślenia zdominował jej nastawienie do ludzi o innym kolorze skóry. 

Z pomocą sióstr Boatwright odkrywa zupełnie inny świat, którym rządzi miłość - zarówno do innych ludzi, jak i do zwierząt i natury. Dowiaduje się też wiele o swej matce, uczy panować nad gniewem i negatywnymi uczuciami względem samej siebie, stawia  czoło największemu wrogowi (ojcu). W Tiburon Lily poznaje prawdziwą siłę miłości, dla której nie ma granic takich jak kolor skóry, wyznanie czy pochodzenie i w końcu zaznaje tak bardzo upragnionego spokoju i szczęścia. 

Kawa na przebudzenie, woda z miętą na upały..
Książka na letnią nudę :)

Miód, Rice Krispies, zapiekanka makaronowa, oranżada i mrożona herbata, Nat King Cole i Miles Davis.. Zakochałam się w tej książce od pierwszych stron i nie będę ani trochę obiektywna przy ocenie. Każdy musi ją przeczytać, tak samo jak "Złodziejkę książek". Nie przewiduję innej opcji i nie przekona mnie żadna wymówka. Czytać, bo tak mówię! :)

Ocena: 10/10 

Wydawca: Review (w Polsce - Albatros)
Premiera: 3.03.03
Strony: 275

P.S. Wybaczam twórcom adaptacji filmowej zmianę koloru włosów głównej bohaterki i jej matki z czarnego na blond, bo bezgranicznie wielbię Dakotę Fanning. Z filmów z nią w roli głównej wszystkimi łapkami polecam też "Hounddog" - te same czasy, również amerykańskie południe i do tego jest Elvis Presley, a także bardziej współczesną historię opowiedzianą w "Now is Good".

poniedziałek, 28 lipca 2014

Kamil Wojciechowski "Klatki z codzienności"

Nie lubię wierszy. Albo raczej - nie jestem fanką poezji. Szkoła i "co autor miał na myśli" - najskuteczniejsze "zniechęcacze" jakie znam. Wcale nie chodzi o to, że wiersze są nudne. Wręcz przeciwnie - są trudne i wymagają dużo więcej uwagi niż książki. Ale w końcu trzeba się przełamać. 

Jakiś czas temu napisał do mnie Kamil Wojciechowski, a ja w ramach rzucana się na głęboką wodę, zgodziłam się zrecenzować "Klatki z codzienności". Strasznie się bałam, co z tego wyjdzie.

źródło

Ogromne, pozytywne zaskoczenie. Spodobało mi się, tak po prostu. Mimo, że wierszy wolnych nie czyta się łatwo, a ja jestem bardzo przywiązana do moich kochanych znaków interpunkcyjnych. Za to bardzo przemawiają do mnie wiersze białe - rymowanki były dobre, jak miało się pięć lat. Po prostu są ciekawsze, mniej uporządkowane - zupełnie jak myśli człowieka.

"Klatki z codzienności" to po prostu życie zamknięte w wersach. Ludzie, ich relacje, problemy, marzenia, plany.. Jest o miłości, o związkach. Czyta się bardzo przyjemnie - wszystko za sprawą humoru, którego jest sporo. Czasem się śmiałam, czasem się zgadzałam - "tak, tak właśnie jest, to chyba o mnie ten wiersz!". Do tego trochę przytłaczającej prawdy o naszym stylu życia "z supermarketowej promocji". Każdy znajdzie coś dla siebie i coś o sobie. 

Co spodobało mi się najbardziej? Zdecydowanie język. Autor świetnie bawi się wyrazami - jedno słowo, dwa znaczenia, dwie zupełnie różne myśli, a jednak tak naturalnie pasujące do siebie. Te wiersze to prawdziwe poetyckie puzzle. Czasem czułam się jak podczas gry w skojarzenia. Mój absolutny faworyt to "Matematyka z języczkiem", drugi po nim "Stażysta V". "Życzenia z pokoju" - mało który mieszkaniec bloku by się z tym nie zgodził; szczególnie mojego bloku. ;) Były też wiersze, które mnie nie zachwyciły, ale tych było zdecydowanie mniej.

Z poezją zawsze więcej jest zachodu. Ale naprawdę warto się odważyć i zajrzeć do tomików współczesnych autorów. Można znaleźć świetne wiersze. Polecam.

Ocena: 9/10

Wydawca: self-publishing / e-bookowo.pl
Premiera: 6.2014
Strony: 40

piątek, 25 lipca 2014

Tom Perrotta "Pozostawieni"

Od momentu, kiedy dowiedziałam się o książce i o serialu na jego podstawie, nie mogłam się doczekać, aż w końcu przeczytam "Pozostawionych". Ale z obejrzeniem ekranizacji obiecałam sobie samej zaczekać i teraz ze spokojnym sumieniem mogę włączyć nowy serial HBO i się pozachwycać - mam nadzieję. Nie jestem całkowitą przeciwniczką filmów i seriali opartych na książkach, dlatego z chęcią sprawdzę tą produkcję i po prostu z ciekawości porównam ją z oryginałem.

W książce pozostawieni ludzie, a na talerzu
pozostawiony ostatni kawałek ciasta wiśniowego*

Szczególnie po tej obiecującej rekomendacji Stephena Kinga z okładki - rzuciłam wszelkie zaległe stosiki i poleciałam czytać "Pozostawionych". Nie jest to książka, którą napisano, by nas w jakiś sposób zaskoczyć czy zaszokować. Nie ma tu też właściwie żadnego zakończenia, ani też wydarzeń, które nadawałyby akcji rozpędu. Ale mimo wszystko czyta się bardzo dobrze. Bo chyba o to chodziło - zajrzeć w życie ludzi, których świat legł w gruzach i sprawdzić, czy uda im się wstać, otrzepać zakurzone ubrania i ruszyć przed siebie. W końcu opowieść nie jest o tych, którzy zniknęli, ale o tych, którzy zostali i z tą stratą muszą się jakoś uporać. Czy dają sobie radę? Na pewno wszyscy na swój sposób próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Akcja toczy się trzy lata po tajemniczym zniknięciu 2% populacji naszej planety. Głównymi bohaterami są członkowie jednej rodziny, która właściwie bezpośrednio nie została dotknięta tą tragedią. Ojciec, matka, syn i córka nadal są wśród tych, którzy pozostali. Ale ich znajomi utracili wiele bliskich osób. Jest też Nora, kobieta, która straciła całą najbliższą rodzinę - w jednej chwili opuścił ją mąż i dwójka ukochanych dzieci.

Mamy wątek religijny, przez który część bohaterów próbuje sobie wytłumaczyć zniknięcie tylu ludzi na raz. Tom i Laurie dołączają do nowo-utworzonych ugrupowań głoszących rychłe nadejście dnia Sądu Ostatecznego, którego zapowiedzią było "porwanie Kościoła". Mamy też ludzi, którzy zupełnie nie chcą wierzyć, że to Stwórca maczał w tym zniknięciu palce. Kevin zostaje burmistrzem Mapleton, a nastoletnia Jill oddala się od ojca, zmieniając się z grzecznej córki w buntowniczkę, która na każdym kroku sprawia rodzicom problemy wychowawcze. Nora z kolei pragnie normalności, jednocześnie uciekając od niej, z całej siły chcąc po prostu zniknąć, zapaść się pod ziemię i nie musieć znosić tych wszystkich współczujących spojrzeń.

Ta książka wydaje się tak zupełnie zwyczajna - opowiedziana z innej niż zwykle perspektywy. Mieliśmy już masę powieści o losach porwanych lub nie wiadomo jak i kiedy znikających ludzi. Było też sporo czytadeł z perspektywy zrozpaczonych rodzin, które trzymają się każdego skrawka nadziei, że bliscy im ludzie w końcu się odnajdą. Tymczasem Tom Perrotta daje nam do zrozumienia, że nie ma szansy powrotu tych, którzy zniknęli. Bohaterowie także doskonale zdają sobie z tego sprawę. I dlatego ich życie jest jeszcze trudniejsze. Nagle wszystko się urwało, skończyło. A oni jak gdyby nigdy nic muszą żyć dalej. Ale nie chcą; wydają się pogrążeni w głębokim śnie. Niby normalnie funkcjonują, wstają rano i jedzą śniadanie, chodzą do pracy i szkoły, robią zakupy, spotykają się z rodzinami i przyjaciółmi.. Jednak nie dla każdego powrót do codzienności wydaje się dobrym wyjściem. Ci, którzy szukają w tym zniknięciu głębszego sensu, odmawiają sobie ziemskich przyjemności, chcąc jednocześnie pokazać innym, że to jedyna droga postępowania po poniesieniu tak ogromnych strat.

Zakładka i książka - para nierozłączna niczym Winni Pozostali

Nie jest to jedna z tych pozycji, które zapierają nam dech w piersiach swoją wartką akcją, pełną niespodziewanych zwrotów i urwanych tropów. "Pozostawieni" to po prostu zwykła opowieść o ludziach, którzy uczą się żyć od nowa, w innym świecie; zupełnie jak po jakimś kataklizmie czy wojnie. 

Zakończenie jest w pewnym sensie satysfakcjonujące, bo wydaje się, ze jeden z wątków książki zostaje zamknięty. Nie wiemy natomiast co z resztą bohaterów, a już na pewno niech nikt nie liczy na rozwiązanie zagadki tajemniczego zniknięcia milionów ludzi. Nie o to w tej książce chodzi. Autor pozwala nam tylko na chwilę zajrzeć do życia bohaterów swojej powieści, żebyśmy przekonali się, jak toczy się ich życie.

Wiedział, że będzie mu brakowało jej uśmiechu o poranku i nadziei, którą mu dawała, przekonania, że wciąż może być fajnie, że jesteśmy czymś więcej niż sumą tego, co nam odebrano. s. 363

Nie było wielkich fajerwerków, ale ich brak sprawił, że ta książką jest jeszcze lepsza, niż byłaby z nimi. 

Ocena: 9/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 30.06.14
Strony: 380

* Ciasto wiśniowe z serialu Miasteczko Twin Peaks, przepis z From Movie to the Kitchen - polecam!

środa, 23 lipca 2014

Cecelia Ahern "Dziękuję za wspomnienia"

Gdybym wiedziała wcześniej, co mnie czeka, powiedziałabym: Nie, dziękuję. 

Cecelia Ahern to kolejna autorka, nad której twórczością rozpływają się kobiety, a której książek nigdy wcześniej nie było dane mi czytać. Pewnie kiedyś obejrzałam w telewizji "P.S. Kocham Cię" na podstawie jej najgłośniejszej powieści. Najpierw szerokim łukiem omijałam tę autorkę, ale później stwierdziłam, że może jednak? Trafiłam na "Dziękuję za wspomnienia" i od niej postanowiłam zacząć, bo zachęcił mnie dość niecodziennie brzmiący opis. 


Temat ciekawy, trochę zahaczający o magiczny realizm, ale to jednak typowa literatura kobieca. "Dziękuję za wspomnienia" to romantyczna historia dwójki zakochujących się w sobie niespodziewanie ludzi, z dodatkiem niezwykłego elementu, który pełni rolę ''kleju do akcji'', dzięki któremu dzieje się tak, jak się dzieje. Dodam, że raczej nieprawdopodobnego - ale dziwne rzeczy się teraz dzieją: lekarz pisze, że widział Boga i był w niebie, po czym wrócił, choć tam było tak dobrze, pragnąc podzielić się z nami swoim niebiańskim doświadczeniem (Eben Alexander "Dowód"). No dobra, mogłoby się wydarzyć, jeśli przyjęlibyśmy, że wampiry istnieją i wysysają z nas krew razem z naszymi wspomnieniami i umiejętnościami.

Ale do rzeczy. Zaczęłam czytać i takie były moje pierwsze obserwacje, które od razu zapisałam, żeby mi nic nie umknęło: od początku książka jest moim zdaniem za bardzo rozwleczona; obfituje w przemyślenia bohaterów, opisane w mało interesujący sposób. 

Od razu zauważyłam też to naciąganie, które towarzyszy nam do samego końca książki. Napiszę tylko o paru początkowych, żeby zbyt wiele nie zdradzać. Czy przedmiot tak mały i niepozorny jak obrączka ślubna może 'rzucony z wściekłością' zafundować komuś bliznę? Chyba, że to obrączka na kostkę u nogi i ważyła tyle, co przeciętnej wielkości ziemniak (a wiemy już z doświadczenia, że oberwanie ziemniakiem może skutkować siniakiem). Ponadto, co to za dziwny pomysł ratowania sypiącego się małżeństwa (bo co to za związek, kiedy nie ma w nim miłości) ciążą? 

Tłumacz też się nie popisał, pełno poplątanych i niezgrabnych zdań. Jeden z wielu przykładów, który wywoływał moją konsternację: ''(...) przez pierwszy tydzień pobytu w domu ciągle mnie drażnił, i chcę, żeby już pojechał''. Chcę? Chciałam! Do tego cała masa dziwnych wyrażeń i bardzo niesłownikowych słów; mało kiedy cokolwiek jest wyjaśnione, poza skrótami od nazw. Nadal nie wiem co to za głupia gra w rymowanki, którą uprawiał ojciec głównej bohaterki i nie mam zielonego pojęcia czy w dzisiejszych czasach na krótkie płaszcze mówi się jeszcze "budrysówka". Moja irytacja rosła ze strony na stronę, a nawet nie doszłam do końca 1/6 książki. Miałam nadzieję, że może początek jest taki słaby, ale później opowieść się rozwinie i będzie ciekawsza - i mniej denerwująca.

Ale im głębiej w las, tym więcej drzew. Joyce i jej ojciec - ciągle mam wrażenie, że mają jakieś zaburzenia psychiczne. Ona zachowuje się dziwnie, a on dziwniej, a może to Justin jest tu mistrzem dziwaków? Do tego, skoro tak świetnie Joyce poznała Justina i jakby weszła w jego skórę po transplantacji krwi, to czemu w punkcie kulminacyjnym tej opowieści podejmuje złą decyzję? Tyle uganiania się za sobą i w końcu nic ma z tego nie wyjść? I ten epilog - naciąganie do kwadratu; jest mi żal Sary, bo Justin po raz kolejny poleci do niej, żeby torturować ją faktem, że i tak nigdy nie będą razem. Co za bezduszny, egoistyczny typ.

Kolejna rzecz, do której w ogóle nie byłam w stanie się przyzwyczaić to styl. Nie podoba mi się sposób pisania Ahern, ale równie dobrze w tłumaczeniu coś mogło umknąć i wyszło jak wyszło. W tej chwili jednak mam wrażenie, że styl autorki nadaje tej książce wygląd chaotycznego, bazgranego na kolanie pamiętnika rozhisteryzowanej 30-latki. Wszystko jest zupełnie bez ładu i składu. 

Może jeszcze kiedyś spróbuję przeczytać coś jej autorstwa, ale w tej chwili jestem bardzo negatywnie nastawiona do twórczości tej pisarki.

Ocena: 5/10

Wydawca: Akurat
Premiera: 21.08.13
Strony: 318

P.S. Po tej traumie czekają na mnie "Pozostawieni" Toma Perrotty. Może w końcu przestanę marudzić i będę czymś absolutnie zachwycona.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Maureen Lee "Wędrówka Marty"

Wracam z zaświatów. Po wyjątkowo nieczytelniczym odpoczynku, stęskniona biegnę czytać i pisać!

Od dawna byłam ciekawa tej autorki, a teraz nadarzyła się okazja, żeby przeczytać dwie jej książki. Jedną udało mi się wygrać w konkursie, a druga wpadła mi w ręce podczas wizyty w bibliotece. Zaczęłam oczywiście od tej bibliotecznej i to była moja książka podróżna, którą dokończyłam dzisiaj.

Zachwyciła mnie czcionka, którą napisane jest nazwisko autorki!

Muszę przyznać się od razu, że uwielbiam pierwszą połowę XX wieku i historie z tych lat, nieważne gdzie się dzieją - bardzo mnie przyciągają. Właściwie również nie liczy się, czy to prawdziwa historia, czy fikcyjne wydarzenia - jeśli zahaczają o I lub II wojnę światową - muszę to mieć i przeczytać. Między innymi dlatego z taką niecierpliwością wyczekuję pojawienia się na mojej książkowej półce "Na Hester Street topnieje śnieg" Daisy Waugh. I oczywiście obowiązkowo zabieram się wkrótce za "Nowy Jork zbuntowany" Ewy Winnickiej.

Wracając do "Wędrówki Marty".. Bardzo lubię powieści obyczajowe, a jeszcze bardziej, jeśli książka pisana jest w formie opowieści w opowieści. Dla mnie to wielki plus i ciekawy sposób opisania historii, która wydarzyła się przed laty. Narratorką jest kobieta, która była świadkiem tych wydarzeń i w roku 1940, kiedy opowiada historię, znów otacza ją wojenny krajobraz, co oczywiście przywołuje wiele wspomnień. Kate przez swoją opowieść staje się drugą główną bohaterką tej książki, która najpierw zaczyna się od opisu jej codzienności, strachu o dzieci i męża, którzy mogą zginąć biorąc udział w wojnie. Historia zatacza koło - jej przyjaciółka miała te same dylematy 25 lat wcześniej, gdy jeden z synów Marty zaciągnął się do armii.

Marta Rossi ma ciężkie życie - z piątką dzieci, w nędznym mieszkanku i z mężem, na którego nie może liczyć. Takich historii jest całe mnóstwo, wystarczy spojrzeć na wspomnienia Franka McCourta w "Prochach Angeli/Popiele i żarze" (książka została wydana pod dwoma tytułami). Ale Marta bierze sprawy w swoje ręce, nie siedzi biernie i nie czeka, aż jej włoski małżonek pogodzi się ze swoim kalectwem i wyleczy z pijaństwa. Dzielnie przełyka upokorzenia, których doznaje ze strony swojej pełnoletniej córki, Joyce, która wstydzi się swojego pochodzenia. Stara nie przejmować się o rok młodszym Frankiem, dla którego życie to zabawa. Może polegać na 14-letnim Joem, który stara się jak może, żeby ułatwić życie matki. Sama również pracuje, a właściwie haruje ciężko za drobne grosze. Żyją biednie, ale uczciwie. Młodsze dzieci, Lily i Geogrie nie skarżą się na nędzną sytuację. Joe w ramach pomocy swojej matce postanawia wziąć udział w wojnie. Choć nie spełnia wymogu wiekowego, są ludzie, dla których to nie jest żadną przeszkodą. Kuszą chłopca pieniędzmi, a ten całkiem nieświadomy zagrożenia, zostaje pchnięty prosto w ramiona śmierci. Na miejscu Marty niejedna kobieta by się poddała. Ale nie ona. Wyrusza w podróż, aby położyć kres nielegalnym praktykom wysyłania dzieci na front. Czy jej się uda - przekonajcie się na własne oczy. I tak już za dużo powiedziałam na temat samej treści.

Epilog to powrót do lat 40. Świetny sposób na zakończenie opowieści w opowieści i powrót do historii życia Kate, a także dość oczywistej odpowiedzi na pytanie, które nasuwa nam się pod koniec lektury - kto jest jej mężem?

Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje, czy moja córka wychodzi za mąż, czy nie, ale coś mi mówi, że trzeba zamówić butelkę szampana. A kiedy już go podadzą, może mi ktoś poradzi, komu i czego mam gratulować? s. 289
Dla mnie ta książka to było pierwsze spotkanie z Maureen Lee, ale na pewno nie ostatnie. Bardzo chętnie przeczytam polecane mi przez Darię "Wrześniowe dziewczynki", choć i "Matka Pearl" mnie ciekawi. No i oczywiście "Flora i Grace" - o tej książce na pewno nie zapomnę, skoro mam ją pod ręką. Zainteresowała mnie jej twórczość, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła choć jednej rzeczy, która mi przeszkadzała.

Trochę, nie wiem czemu, nie mogłam się wczuć w tą książkę. Mimo, że historia była ciekawa, to czułam się tak nie do końca wciągnięta. Ale może to wina zmęczenia i gadających w autobusie ludzi (czytać, a nie plotkować!). Poza tym - tytułowa wędrówka rozpoczyna się właściwie pod koniec książki, wcześniej mija 200 stron akcji, które nas na to przygotowują. Liczyłam, że zacznie się wcześniej, ale znowuż ile mogłaby wtedy trwać? Rozumiem, że autorce zajęło trochę czasu zarysowanie całej historii, włączenie w opowieść wszystkich tych postaci i splecenie ich losów ze sobą. Ostatecznie tytuł można by uznać za metaforę, bo Marta, na początku opowieści, jest w fatalnej sytuacji finansowej. Jej życie, choć pełne dzięki rodzinę, jest też - szczególnie przez Carlo - bardzo ciężkie. Koniec opowieści pokazuje jak wiele się zmienia. Marta przeszła wiele kilometrów, ale także doprowadziła do wielu zmian - w życiu swoim i innych ludzi - swoją szczerością, miłością i determinacją.

Cała historia wydaje się bardzo autentyczna, spójna i bardzo uporządkowana. Opowieść jest faktycznie dość przygnębiająca, ale też dająca do myślenia. Marta wiele razy podkreśla, że swojego nędznego życia z kochanymi dziećmi i nie do końca najlepszym na świecie mężem nie zamieniłaby na żadne luksusy, których brakuje w jej skromnym życiu. W dzisiejszych czasach ludzie mieliby wielki problem, gdyby musieli wybierać - życie w dostatku czy szczęśliwy i ciepły dom.


Ogólnie "Wędrówkę Marty" czytało mi się dobrze, wszystko było jasne, mimo, że w trakcie pojawiało się dość sporo postaci i czasem autorka skupiała się bardziej na opisywaniu przeżyć Kate, Clive'a lub Joego.

Ocena: 7/10

Wydawca: Świat Książki
Premiera: 14.03.12
Strony: 304

sobota, 5 lipca 2014

Olga Rudnicka "Fartowny pech"

Dziś znów krótko, bo po prostu nie mam się do czego przyczepić, a ileż można pisać, że coś nam się podoba? No dobra, można. Pewnie i tak się rozpiszę.

Letnia czytanka i poziomki :)

Kto nie boi się "strasznych" gangsterów, na pokład!

Książka trafiła do mnie dzięki konkursowi i bardzo, bardzo się z niej cieszę. Początkowo zdziwiła mnie mała objętość powieści i zaczęłam nawet zastanawiać się, czy tyle stron wystarczy na porządne rozwinięcie historii w skrócie zarysowanej na tylnej okładce. Tak jak w ostatnio komentowanej przeze mnie książce Liane Moriarty, w "Fartownym pechu" mamy 3 głównych bohaterów i sporo się dzieje. Jednak moje obawy dość szybko zostały rozwiane. Gdyby ta książka była dłuższa, to mogłaby zrobić się nudna, a tak jest w sam raz. 

Dzięki wprowadzeniu humoru, temat stał się niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze. Czyta się bardzo dobrze i po prostu nie mam się do czego przyczepić. Od pierwszych stron nie mogłam przestać się śmiać. Później było trochę mniej śmiesznie, ale nie ma się co dziwić - żarty na bok, kiedy tyle zaczyna się dziać. 

Mamy miasto i wieś, bez przerwy rywalizujące ze sobą o teren i wpływy grupy przestępcze, policjantów nieudaczników i polsko-włoskiego pana od brudnych robót, który pewnych zasad nigdy nie łamie. Na wsi jest pensjonat, a mieszkańcy Paszcz.. Kto nie ma takich sąsiadów? Bohaterowie tej książki to prawdziwe okazy, ale wcale nie tak inne od prawdziwych ludzi. Teściowa bijąca synową, rzekomo czarownicę i klnąca przy tym bez umiaru czy "pisarz", który swój pierwszy krok na wsi postawił prosto w krowi placek - nawet scenarzyści "Rancza" lepiej by tego nie wymyślili. I jeszcze ten sierotowaty półświatek przestępczy. 

"Fartowny pech" to kolejna książka autorstwa młodej polskiej pisarki, która skutecznie mnie przekonała, że warto jednak sięgać po twórczość rodzimych autorów. Wbrew temu, co przeczytałam gdzieś w internetach, ta książka Oldze Rudnickiej zdecydowanie się udała. Zaciekawiła mnie jej twórczość, choć do grona oddanych fanów kryminałów nie należę. Choć szczególnie kusi mnie "Czy ten rudy kot to pies", to jednak zabiorę się za nią dopiero po lekturze "Martwego jeziora", które ją poprzedza.

Zabawna, lekka, dobrze napisana.

Ocena: 8/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 10.06.14
Strony: 304

czwartek, 3 lipca 2014

Liane Moriarty "Sekret mojego męża"

Lubię takie lekkie książki, które sprzyjają letniemu odpoczynkowi. Ta, o której dzisiaj piszę, jest jedną z nich. Pomimo sporej objętości (ponad 500 stron), doskonale spełniła swoją rolę.

Mąż w pracy, a żona czyta jego sekrety :)

O Liane Moriarty słyszałam, a w dokładniej "widziałam" już sporo. Parę razy trafiła mi się zakładka w zakupionej książce, na której reklamowano dwie powieści: "Ktoś we mnie" Sary Waters i "Kilka dni z życia Alice" tej właśnie australijskiej pisarki. Jak to w życiu bywa, twórczość obydwu autorek w końcu mnie dopadła, jednak w jednym i w drugim przypadku zaczęłam od zupełnie innych książek. Te "zakładkowe" wciąż czekają w kolejce na później. 

Co do samej książki - dziś zabawa w słowa-klucze.

Stereotypy. Drażniące miejscami, czasem bawiące, ale jakże prawdziwe. Jest Rachel, zrozpaczona matka, żyjąca przeszłością i jednocześnie babcia i teściowa, która nie znosi swojej synowej, bo jest zbyt idealna, a jednak nigdy nie potrafi okazać jej wprost swojej niechęci. Są także Cecilia i Tess, dwie matki, które realizują się również zawodowo i usilnie próbują pogodzić pracę z życiem rodzinnym, poświęcić całą siebie spełniając zarówno obowiązki matki i żony jak i pracownicy. Wszystkie trzy łączy to, że w pewnym momencie każdą z nich dopada przeszłość. I, oczywiście, ich drogi zaczynają się krzyżować. 

Mężczyźni. Bez nich ta książka by pewnie nie istniała, bo każda z trzech głównych bohaterek ma swój sekret-problem związany z jakimś panem. Nie podobało mi się tylko to, że autorka miejscami traktuje każdego faceta jak nieco głupszy gatunek człowieka. Na przykład - co za idiota zostawia na miejscu zbrodni różaniec z odciskami palców? Jakie szczęście, że w 1984 roku robienie testów DNA nie było jeszcze tak powszechne.

Przewidywalność. To jedna z cech "Sekretu mojego męża", która sprawia, że na pewno nikt czytaniem jej się nie zmęczy. Mniej więcej wiadomo, co się dalej stanie, choć są momenty, kiedy autorka zostawia trochę miejsca na domysły. Czy to dobrze, czy źle? Dla mnie było to do zaakceptowania, tym bardziej, że jak już wcześniej to podkreśliłam, powieść Liane Moriarty to książka wakacyjna. Popatrzcie tylko na tą okładkę, jest taka letnia; czego można od niej wymagać? Oczywiście, można się spierać, że przecież temat nie jest wcale najlżejszy, ale przecież książka do odpoczynku wcale nie musi być naiwna i głupiutka.

Sekret. Niby miał być tajemnicą, ale już od pierwszej wzmianki o Janie byłam przekonana, że wiem, co się święci. Czyli nie taki znowu sekret. Do tego został wyjawiony dopiero prawie w połowie książki, więc trochę się naczekałam, zanim w końcu okazało się, że jednak miałam rację. Ale tą powieść trzeba doczytać do końca, bo tam sekretów jest jeszcze więcej, a ile domysłów.. Kto nie lubi czasem pomarzyć?

Zemsta. Los się zawsze pięknie odpłaci.

Happy end? Nic nie powiem. :)

Gdyby ktoś pomyślał o ekranizacji tej książki, to ja bardzo chętnie w roli Connora widziałabym Deana Norrisa, a z kolei pulchną Felicity mogłaby zagrać przepiękna aktorka, Rebecca Field. Podczas czytania szczególnie te dwie postaci tak właśnie sobie wyobrażałam. Tak, oglądam zdecydowanie za dużo seriali. A tym, którzy lubią dobry serial, nawet oparty na książce, polecam Under the Dome na podstawie powieści Stephena Kinga o tym samym tytule. W Stanach właśnie emitowany jest drugi sezon. 

Na koniec cytat, który tak świetnie opisuje związki i pod którym podpisuję się wszystkimi piszącymi łapkami + czterema łapkami mojego psa i kolejnymi czterema należącymi do prawie mojego kota. :)

Właśnie dlatego, jeśli człowiek cenił sobie swój związek, budował wokół siebie mur odgradzający jego emocje i myśli. Nie zatrzymywał na nikim dłużej wzroku. Nie zostawał na jeszcze jednego drinka. I pilnował, żeby flirt nie wymknął się spod kontroli. Po prostu nie zapuszczał się w niebezpieczne rejony. s. 406

Polecam wszystkim tym, którzy szukają niewymagającej lektury na wakacyjne dni. "Sekret mojego męża" można pochłonąć naprawdę szybko i to jest jedna z jej zalet. Co do wad - z początku ta mnogość postaci sprawiała, że trochę się gubiłam. Ale ja nie dam rady? Bez żartów!

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 17.06.14
Strony: 504