sobota, 14 czerwca 2014

Blake Crouch "Wayward Pines. Szum"

W ramach wstępu - polowałam na nią od momentu, gdy dowiedziałam się o jej istnieniu poprzez serial, który latem pojawi się na antenie amerykańskiej stacji FOX. W końcu, gdy wszystkie konkursy mnie zawiodły, powlekłam się na stronę Matrasa i upolowałam taniej o 30%; zapanował triumf sknery.

Za tą książkę zabrałam się już w środę, w ramach odsuwania nauki. Szło mi opornie, bo byłam po całym dniu podróży autobusem. W czwartek wieczorem przeczytałam parę stron i tylko co chwilę podskakiwało mi ciśnienie. Ale o tym później. W końcu wczoraj wieczorem, w mało klimatycznym towarzystwie lekkiego letniego piwa i truskawek zabrałam się za czytanie. Po paru godzinkach na sen, dzisiaj od rana postanowiłam skończyć tą książkę. Trzy dni zajęło mi przebrnięcie przez pierwsze 3 rozdziały i nie zapowiadało się na to, że będę miała dużo dobrego do powiedzenia na temat tej książki. Ale jednak..


Wiele razy bohaterowie książki powtarzali, że coś jest nie tak. Z ta książką też coś jest nie do końca OK. Bezpośrednio po przystąpieniu do czytania miałam po części wrażenie, że to wina niezbyt dobrego tłumaczenia, język był sztywny i taki mechaniczny, bardzo angielski, niestety. Nie czułam, że czytam płynny tekst po polsku. Tłumacz się nie popisał. Może jest to też po części wina kiepskiego języka oryginału, ale to musiałabym jeszcze sprawdzić.

Autor powinien darować sobie co najmniej połowę z pierwszych 50 stron, bo akcja się dłuży, nic nie wiadomo, wszystko takie dziwne - ale brakuje najważniejszego - nie ma napięcia, nie umiałam się wczuć w tą książkę. Nawet makabryczne odkrycie trupa (prawie że w szafie) było pozbawione emocji. Dopiero 4-5 rozdział przynosi trochę nowych informacji, zaczyna się robić ciekawie i nawet zaczęłam odczuwać trochę to znajome uczucie ciszy przed burzą, czające się gdzieś z tyłu napięcie. Później zdecydowanie się wciągnęłam, więc może tylko kiepski początek sprawił, że byłam w stanie przyczepić się do każdej bzdury. Dalej albo tłumaczenie się poprawiło, albo przestało mi przeszkadzać przez nabierającą tempa akcję. 

Nie przypadł mi do gustu cały ten pomysł nagonki na Ethana, bo już myślałam, że mieszkańcy miasta będą tylko nieruchomymi figurami w tle, a tu biorą czynny udział w tym dziwactwie. Miasto pozornie zwyczajne, ciche, typowo amerykańskie, trochę jak z ''Pod Kopułą'' Stephena Kinga. Wracając do nielubianego przeze mnie wątku pogoni za głównym bohaterem - dzieci biorące w niej udział od razu przypomniały mi o filmie ''Dzieci kukurydzy'' na podstawie jednego z opowiadań - również Kinga. W sumie ciekawym ale i dość zaskakującym posunięciem okazało się wplecenie wątku post apokaliptycznego.. I tu od razu moje myśli płyną w stronę ''Oryksa i Derkacza'' Margaret Atwood. 

Ostatecznie moim największym problemem, pomijając rozpoczynające książkę rozdziały napisane chyba przez autora na półśpiąco, były te dziury i różnice czasowe między przeszłością a teraźniejszością. 

Nie mówię, że „Wayward Pines. Szum” jest złą książką, ale wydaje się trochę słaba przez niedopracowanie początkowych rozdziałów. Jednak w wielu przypadkach tych pierwszych 50 stron decyduje, czy chcemy kontynuować, czy nie. Ja byłam zniechęcona, ale ciągle nie mogłam porzucić nadziei na poprawę. No i faktycznie, dalej było tylko lepiej. Ale jeśli taki jest efekt wieloletnich starań autora, to chyba robił to troszkę na pół gwizdka. 

Za to bardzo dobra reklama książki i serialu, bo jednak podpieranie się legendą jaką jest serial „Miasteczko Twin Peaks” to pewny sukces marketingowy. Ale żeby jeszcze za tym stała od początku (!) do końca dobrze napisana powieść.. Szczególnie po tym mało obiecującym rozpoczęciu opowieści, nie byłam pewna, czy Twin Peaks zechciałoby zmienić nazwę na Wayward Pines. Ale serial chętnie obejrzę, może scenarzyści bardziej się popiszą i ta produkcja znajdzie się na mojej top liście dobrych dziwnych seriali, na które składają się w tej chwili: „Miasteczko Twin Peaks”, „Bates Motel”, „Under the Dome” i „American Horror Story”. 

Ze wszystkiego - okładka najlepsza! Zachęca bardzo, jest mroczna, tajemnicza i bardzo w klimacie amerykańskiego wybrzeża północno-zachodniego. Aż robi mi się zimno w nos! Zdecydowanie dużo lepsza od oryginalnej, która kolorystycznie miała chyba nawiązywać do kultowego serialu lat 90 i okładki wydania na VHS/DVD.

Ostatnia uwaga odnosi się do tłumacza.. Pan Paweł Lipszyc mógł trochę bardziej uważnie tłumaczyć posłowie i podziękowania. Wiem, że oryginalny tytuł to „Pines”, czyli „Sosny”, ale nie każdy angielski zna i warto byłoby w wyżej wymienionych częściach książki zawrzeć ostateczny polski tytuł. Jak sądzę tłumacz się zagapił, a „Sosny” były tytułem roboczym, później zmienionym na ''Wayward Pines. Szum''. W każdym razie nagle wyskakujące w posłowiu i podziękowaniach „Sosny” były dla mnie dość dziwnym posunięciem - oby nie celowym.


Ostatecznie książka zasługuje według mnie na dobrą ocenę, jaką jest 7/10. Trzy punkty odebrał jej głównie ten spaprany początek nad którym jeszcze długo będę stękać, bo popsuł ogólny dobry obraz tej książki. Jednak nie żałuję, że ją mam. Fajnie się czyta i polecam wszystkim fanom historii Laury Palmer jako ciekawostkę.

Wydawca: Otwarte
Premiera: 21.05.14
Strony: 344

[niedzielna edycja]

PS. Pewien ktoś (hyhyhy..) zwrócił mi uwagę, że w ogóle nie piszę o tym, co mi się podobało i jak na to, że tylko narzekam co mi nie przypadło do gustu to ocena trochę za wysoka. Ale uznałam, że żeby pisać o tym, co mi pasuje, musiałabym już wejść w szczegóły, a nie znoszę czytania na blogach recenzenckich spoilerów książek, których sama jeszcze nie czytałam. Zaglądam na recenzje, żeby się dowiedzieć, czy warto po coś sięgnąć, a nie żeby dostać streszczenie.
Jeszcze raz, w takim razie: poza tym, co mi się nie spodobało, wszystko inne mi się podobało. Jak już pisałam, dalej się wciągnęłam i książka była na tyle ciekawa, że całą połknęłam wczoraj.

2 komentarze:

  1. Z twojej opinii wynika, że książka aż tak bardzo cię nie zachwyciła, a mimo to i tak dałaś jej wysoką notę :) Sama też mam podobnie. Niby dużo minusów, a całokształt oceniam pozytywnie.
    Ja chyba jednak się na nią nie skuszę, bo wspominasz o tym, że język był sztywny i taki mechaniczny, bardzo angielski. Szkoda, że nie popisali się z płynnym tłumaczeniem. Ja jestem na tym punkcie bardzo wyczulona. Dostrzegam też inne drażniące mnie mankamenty, dlatego nie będę się zmuszać, tylko dam sobie spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie tak jest, niby dużo mam zastrzeżeń, ale im było dalej, tym lepiej. Przyjemnie się ją czytało i bardzo szybko. Dla nie dorasta do pięt Miasteczku Twin Peaks.
      Ten język doprowadzał mnie z początku do białej gorączki, ale zmusiłam się i czytałam dalej. Gdyby to nie było to "Wayward Pines..", na które tak się cieszyłam, to pewnie dałabym sobie spokój z nią i wylądowałaby na stosie niedokończonych.

      Usuń