poniedziałek, 9 czerwca 2014

Aimee Bender "The Particular Sadness of Lemon Cake"

źródło

Dziś zacznę nietypowo, bo trochę od końca. 
Ogólnie książkę oceniam na 9/10.

Wydawca opisał to cudo tak:
On the eve of her ninth birthday, Rose Edelstein bites into her mother's homemade lemon-chocolate cake and discovers she has a magical gift: she can taste her mother's emotions in the slice. All at once her cheerful, can-do mother tastes of despair and desperation. Suddenly, and for the rest of her life, food becomes perilous. Anything can be revealed at any meal.

Rose's gift forces her to confront the truth behind her family's emotions - her mother's sadness, her father's detachment and her brother's clash with the world. But as Rose grows up, she learns that there are some secrets even her taste buds cannot discern.

The Particular Sadness of Lemon Cake is about the pain of loving those whom you know too much about, and the secrets that exist within every family. At once profound, funny, wise and sad, this is a novel to savour.

Jednak to nie opis mnie zaciekawił, a tytuł. Przeuroczy, przyciągający i taki niespotykany. Jasne, były już "Smażone zielone pomidory" czy "Smak pestek jabłek", ale "Szczególny smutek ciasta cytrynowego" zachęca jeszcze bardziej. Wyszukałam ją na Allegro i kupiłam ze stosikiem innych fajnych książek (zdjęcie poniżej). Jak to u typowego czytacza, książka odczekała swoje na półce, bo musiałam znaleźć na nią odpowiedni moment. Znalazłam go w końcu w maju. Odpowiednia pora na ciasto cytrynowe i na takie słodkie książki. Ale kto myśli, że książka jest tylko fajna i przyjemna, ten się myli. 

Opisana historia jest magiczna przez co nierealna, ale czyta się równie dobrze, co zdecydowanie bardzo życiowe powieści Jodi Picoult - która, przy okazji, pochwaliła tą książkę tymi słowami:
A book with such beautiful writing that sometimes I have to stop and taste a sentence a second time.
I ja zgadzam się z tymi słowami w całości.

Teraz dość nudnego słodzenia. Czytam, czytam, i.. Po jakimś czasie akcja zaczyna bardziej skupiać się na starszym bracie Rose i jedynym co łączy te fragmenty książki z główną bohaterką jest jej pierwszoosobowa narracja. Dodatkowo dziewczynka często wraca myślami do przeszłości, co wydaje się ciekawym rozwiązaniem, bo mimochodem dostarcza nowych informacji na temat rodziny Edelsteinów i ich relacji. Autorka sprawnie manewruje akcją i nie jesteśmy w stanie się znudzić jednym tylko tematem szukania sensu w smakowaniu uczuć osoby, która przyrządziła daną potrawę. Dziewczynka rozmyśla o swoim bracie, wtrącając w swoje przemyślenia uwagi dotyczące jej przypadłości czy opisy reakcji innych ludzi na ten niezwykły talent, wspomina opowieść swoich rodziców o tym, jak się poznali, przytacza historie z narodzin swoich i brata.. Z początku nie spodobało mi się przeniesienie całej uwagi na Josepha, bohatera drugoplanowego, ale faktycznie miało to sens, bo jesteśmy w stanie odkryć kolejną "warstwę" opowieści. Okazuje się, że nie tylko Rose jest nietypowym dzieckiem i pozornie zwyczajna rodzina stoi na głowie.

Jeśli chodzi o bohaterów, to jednak najbardziej tajemniczą postacią wydaje się być matka Rose, która ciągle jest jakoś oddalona od swojej rodziny. Niby obecna, ale tylko ciałem. Jednak gdyby jej całkiem zabrakło, mam przeczucie, że wszystko by się posypało w tym osobliwym domu. Powodów ma ku temu kilka, ale nie będę nic mówić, żeby nie popsuć innym niespodzianki.
Brat - stuprocentowy dziwak. Gdyby go przyrównać do siostry, ona okazuje się przy nim całkiem normalna. Joseph trochę odziedziczył swoje "oddalenie" po matce, ale i częściowo jest to zasługą ojca. Przy pierwszych wzmiankach na temat jego odmienności odniosłam wrażenie, że czytam o chłopcu z niezdiagnozowaym Aspergerem (i tu od razu czerwone światełko w mojej głowie i przed oczami mam "W naszym domu" Jodi Picoult). Ale oczywiście to byłoby zbyt proste, prawda?
Ojciec z kolei, wcale nie inaczej niż cała reszta gromady, trochę jest częścią tej rodziny, a trochę odstaje. Wydawałoby się, że największe sekrety skrywa matka Rose, ale to ten mężczyzna jest kluczem do całej układanki. (I w tym momencie myślę o klubowej książce z Kobiety To Czytają - "Sekret mojego męża" Liane Moriarty.)

Oddalając się trochę od treści książki wspomnę trochę formie. Podzielona jest na kilka części (chyba pięć) i do tego na rozdzialiki, które są na tyle krótkie, że można przerwać lekturę kiedy się chce, choć ja szczerze powiem, że najchętniej bym wcale nie przerywała, tylko czytała, czytała, czytała.. Język, jak powiedziała sama Jodi Picoult, jest magiczny i uroczy i bardzo pomaga wyobraźni. Do tego te sekrety, świadomość wyboru, który nie przynosi żadnego rozwiązania dla problemów - dać po sobie znać, że się wie, czy zatrzymać to dla siebie? Zburzyć rodzinną sielankę czy trzymać najbliższych w błogiej nieświadomości? To dużo problemów jak na 9-letnią dziewczynkę, która dorasta na naszych oczach, zmagając się ze spoczywającą na niej odpowiedzialnością. Ciekawa perspektywa, świat dorosłych widziany oczami dziecka, zupełnie jak w "O czym wiedziała Maisie" Henry'ego Jamesa.

Największe zaskoczenie i to chyba na minus w przypadku tej książki, to wybranie Kalifornii na miejsce akcji. Wiem, że autorka mieszka w Los Angeles i pewnie lubi pisać o znanych sobie miejscach, jednak ja mam bardzo negatywne skojarzenia z Hollywood - sztuczność, komercja, duża kasa i skandale. Trochę nie potrafię sobie wyobrazić tego miejsca jako tła dla tak szczególnych wydarzeń. Przed otworzeniem książki byłam pewna, że ta historia będzie pasowała tylko do małego miasteczka gdzieś w Nowej Anglii. Nawet mormońskie Utah byłoby lepsze od Kalifornii!!!

Jedyne własnoręcznie zrobione zdjęcie :)

Wydawca: Windmill Books
Premiera: 3.02.11
Strony: 324

1 komentarz:

  1. Po takiej opinii nie można nie przeczytać tej książki :) Zgadzam się co do tytułu - piękny :) Od razu chce się kupić i czytać! (chociaż po angielsku brzmi sto razy lepiej) ;)

    OdpowiedzUsuń