poniedziałek, 30 czerwca 2014

Blake Crouch "Pustkowia"

Dzisiaj będzie szybko, bo jeśli choć trochę przeciągnę swoje rozmyślania o "Pustkowiach", to ten post będzie wyglądał jak babeczka z hejterskim lukrem.

Po rozczarowaniu jakim okazała się książka "Wayward Pines. Szum", o której pisałam niedawno, postanowiłam jednak się nie poddawać i dać jej autorowi szansę na naprawienie mojej opinii o jego twórczości. Padło na pierwszą powieść Blake'a Croucha, czyli "Pustkowia". Szybko okazało się, że to będzie truuuudna lektura. I bynajmniej nie dlatego, że jest jakoś szczególnie skomplikowana. Ale od początku..

Piękny kwiatuszek bez zbędnych starań przyćmił książkę.

Okładka interesująca; zachęca do otworzenia książki, więc za nią na pewno wydawnictwu należy się spory plus. Jeśli chodzi o temat, to wydaje się on ciekawy, choć nieszczególnie oryginalny. Nie jest to pierwsza książka o tym, jak ktoś zostaje wplątany i wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił.

Nie mogę jakoś pozbierać swoich myśli, więc niech się posypią jak chcą..

Drażniła mnie z początku narracja w pierwszej osobie - Andy wydawał się nadętym bufonem, który uważa siebie za nie wiadomo kogo. W szczególności irytowało mnie jego opowiadanie o swojej karierze pisarskiej, bo brzmiało to jak przechwałki; później jakoś się do niej przyzwyczaiłam. 

Co do samej akcji książki.. Trochę takie skakanie po gorącym asfalcie, niezbyt się wszystko lepiło ze sobą; miałam chwilami wrażenie, że z książki wycięto rozdziały, które nadawałyby spójności całej opowieści. Były momenty, kiedy wcale nie byłam ciekawa co się dalej stanie, nudziło mnie czytanie i miałam wręcz problem ze zmuszeniem się do skończenia tej powieści. Jak na thriller trochę brakowało emocji, napięcia wręcz żadnego nie odczuwałam. Te irytujące łzawe momenty między Andrew i Walterem (bez dodatkowych opisów odczuć i nastroju, jakby nagle z ich oczu tryskały łzy, towarzyszące dramatycznym wyznaniom) ostatecznie uprzedziły mnie do twórczości tego autora.

Blake Crouch raczej nie przypadł mi do gustu i postanawiam więcej nie marnować na niego swoich pieniędzy. Szczególnie, że podobne odczucia towarzyszyły mi czytając zarówno pierwszą, jak i jedną z ostatnich książek jego autorstwa. O ile w "Wayward.." udało mi się nawet wciągnąć, tak z "Pustkowiami" miałam poważny problem - zupełnie do mnie nie przemawiała. 

Pierwsza książka, każdy wie jaka jest - pierwsza. Ale to nie znaczy, że ma być kiepska. Dlatego tym bardziej dziwi mnie fakt, że ten pisarz ma za sobą już całkiem długą listę wydanych książek. Ale może ja po prostu się nie znam, skoro ktoś go ciągle chce wydawać i jego twórczość trafia do czytelników. Dla mnie w każdym razie nie zasługuje na na ocenę wyższą niż 5/10

Wydawca: Replika
Premiera: 4.2011
Strony: 304

czwartek, 26 czerwca 2014

Jonas Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

Książka Jonasa Jonassona to jedna z tych pozycji, które chodziły za mną przez dłuuugi czas, lecz przy każdym spotkaniu w księgarni im się opierałam. W końcu nie miałam innego wyjścia, jak tylko poddać się i ją kupić. Tę wytropiłam w Empiku jakiś czas po premierze - stała sobie ładnie wyeksponowana i przyciągała barwną okładką i przewrotnym tytułem. Brałam do łapek, oglądałam, czytałam opis, po czym odkładałam z powrotem na półkę. Raz, drugi, trzeci.. Moje podchody do niej trwały dobre dwa lata, aż natrafiłam na nią w Biedronce i już nie potrafiłam sobie odmówić.

Oczywiście książka musiała odstać swoje na półce, dopiero niesamowicie nachalna promocja związana z premierą filmu sprawiła, że zechciałam zabrać się za nią - dla mojej egoistycznej satysfakcji, że udało mi się najpierw przeczytać książkę - gdyby kiedyś zaszła potrzeba obejrzenia filmu na jej podstawie.

Stulatek w towarzystwie ładnych kwiatuszków..

Ta książka to trwająca sto lat podróż w czasie, rozciągnięta na dwa stulecia. W tle ważne wydarzenia historyczne i znane wszystkim postacie. Mamy zdarzenia bieżące oraz powrót do barwnej przeszłości obecnie już stuletniego dowcipnisia, który jest głównym bohaterem powieści ''Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął''. Dodajmy do tego dynamit, przymusową sterylizację, ''obszczykapcie'' (które rozbawiły mnie do łez), 50 milionów koron szwedzkich, małe miasteczka - takie same w każdym zakątku świata - i mamy mieszankę bardzo wybuchową. Więcej chyba nie dodam, żeby nie psuć niespodzianki. Chociaż jest jeszcze jedna rzecz, która jest bardzo istotna - jak na stulatka, Allan wciąż nie potrafi sobie odmówić alkoholu. 

Książka przezabawna, ale na pewno nie głupia - powinna przypaść do gustu fanom ''Trafnego wyboru'' J.K. Rowling, o którym od razu pomyślałam, po zaledwie kilkunastu stronach. Z jednej strony mamy prawdziwe wydarzenia historyczne (takie jak na przykład konstrukcja pierwszej bomby atomowej przez Roberta Oppenheimera), a z drugiej fikcję, która ma na celu trochę podkolorować światową historię - czyli i fani ''Krawcowej z Madrytu'' autorstwa Marii Dueñas znajdą tu coś dla siebie. Mamy tajemnicze zniknięcie (a raczej wiele zniknięć), śledztwo policyjne, prawdziwych zbrodniarzy i kryminalistów oraz całą masę zwykłych krętaczy  i kombinatorów, a po środku sympatyczny i nieco zwariowany starszy pan.

29 rozdziałów, w których przeplatają się wydarzenia z teraźniejszości, ze zdarzeniami, które miały miejsce od narodzin Allana, aż do chwili obecnej. Taki układ dobrze się tu sprawdza, bo odpowiednio buduje nastrój i sprawia, że chcemy czytać dalej, żeby szybciej dowiedzieć się, co stanie się później. I czyta się to naprawdę przyjemnie - trochę podkolorowanej fikcją historii XX wieku i szczegółowo opisana ostatnia wycieczka człowieka, którego życie nosiło od jednego do drugiego kontynentu.

Czasem niespodziewane sploty wydarzeń sprawiają, że nie chce się wierzyć jak coś takiego mogło się wydarzyć. Ale wszystko jest jak najbardziej spójne, nie widać tam dziur logicznych, a jedyne błędy popełnione zostały wielokrotnie nie przez autora, lecz przez bohaterów, których wykreował. Komisarz policji, który czasem jest do przodu, czasem do tyłu ze swoim śledztwem, gangsterzy-fajtłapy i stuletni szczęściarz, który niezliczoną ilość razy wymknął się z rąk Kostuchy i nawet w wieku stu lat nie wydaje się zwalniać tempa; przygód wciąż ma całe mnóstwo. Może tylko trochę bolą go kolana, ale to nie przeszkadza mu wyruszyć w podróż po całej Szwecji w doborowym towarzystwie ''złodziejaszka, właściciela małej gastronomii i baby'' (s. 208).

Choć wielce nieprawdopodobnym wydaje się, żeby w prawdziwym świecie, gangster roszczący sobie prawo do kilkudziesięciu milionów koron, w ramach wdzięczności za uratowanie życia (które prawie stracił z rąk tych samych ludzi), wybaczył im kompletnie obcym osobom ich postępowanie i zrzekł się całej, jakże imponującej kwoty, to jednak jest to książka, w której takich zaskakujących zwrotów akcji znajdziemy całe mnóstwo i nie gryzie nas tak bardzo zachowanie tej postaci.

Problem, a właściwie nie problem - masa, maaaasa nazw szwedzkich miast i miejscowości, w których czasem można było się pogubić.

Wieczorem herbatka do książki,
oczywiście w pasującym kolorystycznie kubku. :)

Podsumowując, "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" to lekka i wciągająca książka, którą całkiem szybko się czyta, a do tego wiele razy jest w stanie czytelnika rozśmieszyć. Ocena: zasłużone 8/10 - za to, że w taki sprawny sposób Jonasowi Jonassonowi udało się połączyć ze sobą sto lat historii przy pomocy jednej postaci. Co z tego, że Allan Karlosson ma tyle przygód za jednego życia, że wydaje się to aż nieprawdopodobne? Taki był zapewne cel książki i został on osiągnięty - przy "Stulatku.." na pewno można wypocząć.

Wydawca: Świat Książki
Premiera: 25.01.12
Strony: 416

piątek, 20 czerwca 2014

M.A. Trzeciak "Bliżej Dalej"

Dzisiaj krótko, bo czuję się po lekturze tej książki wyjątkowo mocno wyczerpana, ale jest to ten rodzaj pozytywnego zmęczenia, kiedy nie masz ochoty wychodzić z książkowego świata, tylko szybko tam wrócić.. a tu zastał cię koniec książki i nie ma gdzie iść.

Niespodziewajka!

A zaczęło się tak niewinnie.. Wcale nie byłam przekonana, że mi się tak bardzo spodoba, ale w ramach nakłaniania siebie samej do sięgania po polskich autorów, postanowiłam wybrać coś nowszego - zamiast tych przemielonych już na tysiące odcinków lub części książek Kalicińskiej i Grocholi, które szczerze mówiąc bardziej mnie odpychają, niż zachęcają. 

Książkę wygrałam we wspólnym konkursie Przeglądu czytelniczego i Najprawdziwszej Fikcji i już wiem, że to musiało być przeznaczenie. Ja i "Bliżej Dalej" bardzo sobie przypadłyśmy do gustu. Ponadto, bardzo miło zdziwiłam się po otrzymaniu przesyłki - nie spodziewałam się jakiejkolwiek dedykacji, ale mimo wszystko było mi bardzo miło ją tam zobaczyć.

O samej autorce i jej twórczości usłyszałam dopiero niedawno, właśnie przy okazji premiery tej pozycji. Oczywiście pierwsze co rzuciło mi się w oczy to magiczny realizm i już byłam przekonana, a raczej bardzo pozytywnie nastawiona do "Bliżej Dalej". 

I co mogę powiedzieć po tych paru spędzonych z nią wieczorach? Bardzo dobrze mi się ją czytało, wciągnęłam się na tyle, że nie liczyło się dla mnie dziś wcale, że cały dzień przesiedziałam na swoich czterech literach, chcąc bardzo dowiedzieć się, jak potoczy się ta osobliwa historia. Nie zawiodłam się wcale, mimo nieco może dla niektórych odrzucającego języka głównych bohaterek, który właściwie mnie mocno rozbawił i zachęcił do dalszego czytania.

Czuję się jakbym gdzieś pośród tych kartek zgubiła swój mózg, bo nie potrafię, choć bardzo się staram, wymyślić czegoś mądrego. I to stwierdzenie musi w zupełności wystarczyć za miliony słów wypisanych w wielkim zachwycie nad książką, która okazała się taką niespodzianką. 

Magiczny realizm magicznemu realizmowi nierówny. Pierwszą książką z tego nurtu o jakiej tu pisałam była oczywiście "The Particular Sadness of Lemon Cake". Ona i "Bliżej Dalej" są skrajnie różne, ale tak samo cholernie dobre. Oj, tak. 

Jeśli chodzi o samego wydawcę, to ta książka sprawiła, że mimo całej, znanej pewnie każdemu już afery, będę dalej sięgać po ich książki; oczywiście tylko po te dobre. Choć byli już bardzo blisko, żeby przez swoje głupie zachowanie odciągnąć mnie od lektury drugiej powieści M.A. Trzeciak. Ale jednak widać, że dobra książka obroni się sama, nieważne kto ją wyda.

Bardzo proszę o więcej takich dobrych książek. To właśnie one sprawiają, że tak bardzo kocham czytanie; z każdym dniem nawet mocniej, o ile to możliwe.

Ocena: 9/10

Wydawca: Novae Res
Premiera: 30.05.14
Strony: 358

wtorek, 17 czerwca 2014

Jhumpa Lahiri "Imiennik"

„Imiennik” nie należy do grupy tak lubianych przez czytelników powieści obfitujących w elektryzujące zwroty akcji, ze skomplikowaną fabułą. Jest to prosta opowieść o wielopokoleniowej rodzinie z tradycjami, żyjącej na dwóch kontynentach, jednocześnie należącej i nienależącej do obydwu tych tak znacznie różniących się od siebie światów. Nie zmienia to jednak faktu, że jest piękna i czyta się ją niezwykle przyjemnie.

Mimo to, zdecydowanie nie nadaje się ona do odpoczynku, dlatego nie polecam jej na typowe „odmóżdżenie” po ciężkim tygodniu. Mimo małej objętości (zaledwie 240 stron) mieści w sobie tyle treści i ma tak silny przekaz, że każde niemal zdanie daje nam do myślenia. Przeliczyłam się, myśląc, że załatwię ją w jedno popołudnie. Spędziłam z nią trzy dni i za każdym razem, kiedy odkładałam tą książkę, czułam się zadowolona, ale też bardzo wyczerpana psychicznie. Historia wcale nie jest cukierkowa, choć miłość odgrywa w niej bardzo dużą rolę.

Boleję nad tą filmową okładką i na film raczej się nie skuszę..

Książka zaczyna się jako opowieść o rodzinie z Indii, która próbuje znaleźć w Ameryce swój drugi dom. O mężczyźnie, który czuje się szczęśliwy poza granicami swojej ojczyzny i kobiecie, dla której opuszczenie rodzinnego domu i wyprawa na inny kontynent jest niczym najgorsza kara. W tle tradycyjne zaaranżowane małżeństwo tak charakterystyczne dla Bengalczyków. Wkrótce w ich świecie pojawia się dziecko. Urodzony w Stanach Zjednoczonych chłopiec jest typowym przedstawicielem grupy kulturowych hybryd. 
Ashoke i Ashima przez większość życia wydają się być pod wpływem kulturowego szoku, jakiego doznali lata wcześniej osiedlając się w Massachusetts. Oderwani od swojej ojczyzny, rodziny, tradycji, kultury i języka, nawet po latach nie są w stanie do końca pogodzić się z przemianami, jakie wymusza na nich ich, jak sami o nim mówią, ich drugie życie. Ale czy tak pozostanie już do końca?

Ashima jest typową kobietą z lat 60. - wykształconą kurą domową. Studia były jednym z jej panieńskich atutów dzięki którym została „sprzedana” jako żona dla Ashoki. Później, lata nauki stają się nieistotne, zupełnie jak główna bohaterka „Pani Bovary” Gustave’a Flauberta, zostaje zamknięta w czterech ścianach z mężem, który jest jej całkiem obcy i dzieckiem, którym jednak jest zmuszona zajmować się sama. Ale tu kończą się podobieństwa między Ashimą Gangul i Emmą Bovary. Wkrótce okazuje się, że rola matki pochłania ją do końca i jej życie okazuje się nie do końca tak złe jak wcześniej myślała. Przeprowadzka pod Cambridge pogarsza jednak sytuację i kobieta emocjonalnie wraca do punktu wyjścia, znów jest tak samo zagubiona.

Po paru latach w rodzinie pojawia się Sonia. To dla swoich dorastających dzieci rodzice w końcu, lecz bardzo niechętnie, poddają się kulturowej przemianie, w pewnym sensie akceptując swoją amerykańską część duszy. Dorastający Gogol przeżywa nie tylko okres typowego młodzieńczego buntu. Jest to także czas, kiedy musi zdecydować, kim chce być. Z rosyjskobrzmiącym imieniem i hinduskim nazwiskiem, nie potrafi odnaleźć swojego miejsca w kraju, który jest jego ojczyzną, gdzie się urodził. 

Książka zawiera przemyślenia i rodziców i dzieci, jednak postacią, która zdecydowanie wysuwa się na przód jest Gogol. Chłopak wręcz z buntowniczym zawzięciem opiera się wszelkim próbom swoich rodziców, które mają na celu rozwinięcie u niego poczucia związku z Indiami. Jednak dla niego nawet najmniej istotny aspekt życia, który sprawia, że odstaje on od swoich amerykańskich rówieśników odczuwa jako życiową porażkę. Zadania nie ułatwiają mu jego rodzice, którzy za wszelką cenę starają się utrzymać w nim cząstkę Indii zapisując go na zajęcia z języka i historii tego kraju. Kiedy rodzina wybiera się na parę miesięcy do Indii, rodzice czują się tam jak nowo narodzeni, a z kolei dla dzieci jest to przygnębiające doświadczenie. Czują się jak w potrzasku w tym zupełnie obcym dla nich miejscu, z którym nie czują żadnego związku emocjonalnego.

Jako nastolatka, Gogola pociąga zachodni styl życia; jest wielkim fanem Beatlesów, najchętniej jadłby tylko amerykańskie potrawy - ma jednocześnie poczucie, że jego hinduskie korzenie są tylko zbędnym ciężarem i przeszkodą w osiągnięciu pełni szczęścia jako obywatel Stanów Zjednoczonych. Z kolei dla rodziców najważniejszą oznaką opierania się asymilacji jest utrzymywanie kontaktów z innymi osiedlonymi w Stanach Zjednoczonych rodzinami bengalskimi, co wyśmiewa Gogol, nie mogąc zrozumieć dlaczego jego rodzice dobierają sobie znajomych biorąc pod uwagę kryterium pochodzenia, a nie fakt, że znajdują ze sobą wspólny język i się lubią.

Akcja „Imiennika” toczy się w okresie 1968-2000. Jest to niezwykła podróż w czasie, podczas której odkrywamy jak dla tych ludzi wygląda świat, jak próbują dostosować się do nowego miejsca - zarówno rodzice Gogola jak i on sam mają przed sobą trudne zadanie. Czy są Bengalczykami czy Amerykanami? A może tym i tym? 

Jest jeden cytat, który moim zdaniem w najbardziej trafny sposób określa życie Bengalczyków w Stanach  i brzmi następująco:  
Bo do Ashimy zaczyna powoli docierać, że bycie cudzoziemką przypomina swego rodzaju trwającą całe życie ciążę - wieczne oczekiwanie, stałe brzemię, ciągłe poczucie własnej odmienności. s. 48

Z początku bardzo nużące wydawały mi się fragmenty o wypadku Ashokego i o jego nieco przesadzonym przywiązaniu do książki Mikołaja Gogola, ale po skończeniu książki z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że się myliłam, cofam moje słowa. Te fragmenty były wręcz najistotniejsze dla całej książki. Problemy z imieniem, które ciągną się już od pierwszych stron książki są tylko tło dla niezwykle skomplikowanych relacji między członkami rodziny, między dwoma kulturami i problemami przynależności do określonego miejsca. Co tak naprawdę możemy nazwać swoją ojczyzną? Jak długo będziemy musieli przyzwyczajać się do nowej sytuacji, zanim poczujemy znajomą z rodzinnego domu wygodę i poczucie bezpieczeństwa wynikające z naszej przynależności do tej konkretnej grupy ludzi czy zakątka na świecie? 

Duży plus za wyjaśnienia indyjskich nazw związanych z kulturą tego kraju. W książce pojawia się niezliczona ilość potraw, więc do niej lepiej przygotować sobie coś do przegryzania, bo aż człowiek robi się głodny na myśl o tych wszystkich pysznościach, które tam przygotowują i jedzą.

Co prawda gardzę okładkami filmowymi, ale stojąc nad nią w antykwariacie nie mogłam się oprzeć, szczególnie, że tak bardzo czekam na polski przekład ''The Lowland'' nominowanej w tym roku do nagrody Baileys Women's Prize for Fiction (dawnej Orange Prize). Książka jest z antykwariatu, bo niestety obydwa wydania (z filmową i zwykłą okładką z roku 2006) mają wyczerpany nakład. Oczywiście czuję się teraz w obowiązku przeczytać ''Tłumacza chorób'', za który to zbiór opowiadań autorka otrzymała Nagrodę Pulitzera. Jhumpa Lahiri właśnie trafiła na moją listę pisarek, którymi warto się zainteresować i bliżej poznać ich twórczość. Następną z tej grupy, o której z pewnością wkrótce napiszę, jest Chimamanda Ngozi Adichie.

Ocena: 9/10 - bardzo według mnie zasłużona. W ogóle jestem zdziwiona tymi niskimi ocenami na LubimyCzytać (ledwie ponad 6,5 - czyli raczej średnia książka). Użytkownicy Goodreads przyznali jej prawie 8 gwiazdek, po przeliczeniu na ten system oceniania stosowany na LC. Co sprawia, że polscy czytelnicy tak jej nie doceniają? Według mnie jest to pozycja warta uwagi.

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 2.10.07
Strony: 240

sobota, 14 czerwca 2014

Blake Crouch "Wayward Pines. Szum"

W ramach wstępu - polowałam na nią od momentu, gdy dowiedziałam się o jej istnieniu poprzez serial, który latem pojawi się na antenie amerykańskiej stacji FOX. W końcu, gdy wszystkie konkursy mnie zawiodły, powlekłam się na stronę Matrasa i upolowałam taniej o 30%; zapanował triumf sknery.

Za tą książkę zabrałam się już w środę, w ramach odsuwania nauki. Szło mi opornie, bo byłam po całym dniu podróży autobusem. W czwartek wieczorem przeczytałam parę stron i tylko co chwilę podskakiwało mi ciśnienie. Ale o tym później. W końcu wczoraj wieczorem, w mało klimatycznym towarzystwie lekkiego letniego piwa i truskawek zabrałam się za czytanie. Po paru godzinkach na sen, dzisiaj od rana postanowiłam skończyć tą książkę. Trzy dni zajęło mi przebrnięcie przez pierwsze 3 rozdziały i nie zapowiadało się na to, że będę miała dużo dobrego do powiedzenia na temat tej książki. Ale jednak..


Wiele razy bohaterowie książki powtarzali, że coś jest nie tak. Z ta książką też coś jest nie do końca OK. Bezpośrednio po przystąpieniu do czytania miałam po części wrażenie, że to wina niezbyt dobrego tłumaczenia, język był sztywny i taki mechaniczny, bardzo angielski, niestety. Nie czułam, że czytam płynny tekst po polsku. Tłumacz się nie popisał. Może jest to też po części wina kiepskiego języka oryginału, ale to musiałabym jeszcze sprawdzić.

Autor powinien darować sobie co najmniej połowę z pierwszych 50 stron, bo akcja się dłuży, nic nie wiadomo, wszystko takie dziwne - ale brakuje najważniejszego - nie ma napięcia, nie umiałam się wczuć w tą książkę. Nawet makabryczne odkrycie trupa (prawie że w szafie) było pozbawione emocji. Dopiero 4-5 rozdział przynosi trochę nowych informacji, zaczyna się robić ciekawie i nawet zaczęłam odczuwać trochę to znajome uczucie ciszy przed burzą, czające się gdzieś z tyłu napięcie. Później zdecydowanie się wciągnęłam, więc może tylko kiepski początek sprawił, że byłam w stanie przyczepić się do każdej bzdury. Dalej albo tłumaczenie się poprawiło, albo przestało mi przeszkadzać przez nabierającą tempa akcję. 

Nie przypadł mi do gustu cały ten pomysł nagonki na Ethana, bo już myślałam, że mieszkańcy miasta będą tylko nieruchomymi figurami w tle, a tu biorą czynny udział w tym dziwactwie. Miasto pozornie zwyczajne, ciche, typowo amerykańskie, trochę jak z ''Pod Kopułą'' Stephena Kinga. Wracając do nielubianego przeze mnie wątku pogoni za głównym bohaterem - dzieci biorące w niej udział od razu przypomniały mi o filmie ''Dzieci kukurydzy'' na podstawie jednego z opowiadań - również Kinga. W sumie ciekawym ale i dość zaskakującym posunięciem okazało się wplecenie wątku post apokaliptycznego.. I tu od razu moje myśli płyną w stronę ''Oryksa i Derkacza'' Margaret Atwood. 

Ostatecznie moim największym problemem, pomijając rozpoczynające książkę rozdziały napisane chyba przez autora na półśpiąco, były te dziury i różnice czasowe między przeszłością a teraźniejszością. 

Nie mówię, że „Wayward Pines. Szum” jest złą książką, ale wydaje się trochę słaba przez niedopracowanie początkowych rozdziałów. Jednak w wielu przypadkach tych pierwszych 50 stron decyduje, czy chcemy kontynuować, czy nie. Ja byłam zniechęcona, ale ciągle nie mogłam porzucić nadziei na poprawę. No i faktycznie, dalej było tylko lepiej. Ale jeśli taki jest efekt wieloletnich starań autora, to chyba robił to troszkę na pół gwizdka. 

Za to bardzo dobra reklama książki i serialu, bo jednak podpieranie się legendą jaką jest serial „Miasteczko Twin Peaks” to pewny sukces marketingowy. Ale żeby jeszcze za tym stała od początku (!) do końca dobrze napisana powieść.. Szczególnie po tym mało obiecującym rozpoczęciu opowieści, nie byłam pewna, czy Twin Peaks zechciałoby zmienić nazwę na Wayward Pines. Ale serial chętnie obejrzę, może scenarzyści bardziej się popiszą i ta produkcja znajdzie się na mojej top liście dobrych dziwnych seriali, na które składają się w tej chwili: „Miasteczko Twin Peaks”, „Bates Motel”, „Under the Dome” i „American Horror Story”. 

Ze wszystkiego - okładka najlepsza! Zachęca bardzo, jest mroczna, tajemnicza i bardzo w klimacie amerykańskiego wybrzeża północno-zachodniego. Aż robi mi się zimno w nos! Zdecydowanie dużo lepsza od oryginalnej, która kolorystycznie miała chyba nawiązywać do kultowego serialu lat 90 i okładki wydania na VHS/DVD.

Ostatnia uwaga odnosi się do tłumacza.. Pan Paweł Lipszyc mógł trochę bardziej uważnie tłumaczyć posłowie i podziękowania. Wiem, że oryginalny tytuł to „Pines”, czyli „Sosny”, ale nie każdy angielski zna i warto byłoby w wyżej wymienionych częściach książki zawrzeć ostateczny polski tytuł. Jak sądzę tłumacz się zagapił, a „Sosny” były tytułem roboczym, później zmienionym na ''Wayward Pines. Szum''. W każdym razie nagle wyskakujące w posłowiu i podziękowaniach „Sosny” były dla mnie dość dziwnym posunięciem - oby nie celowym.


Ostatecznie książka zasługuje według mnie na dobrą ocenę, jaką jest 7/10. Trzy punkty odebrał jej głównie ten spaprany początek nad którym jeszcze długo będę stękać, bo popsuł ogólny dobry obraz tej książki. Jednak nie żałuję, że ją mam. Fajnie się czyta i polecam wszystkim fanom historii Laury Palmer jako ciekawostkę.

Wydawca: Otwarte
Premiera: 21.05.14
Strony: 344

[niedzielna edycja]

PS. Pewien ktoś (hyhyhy..) zwrócił mi uwagę, że w ogóle nie piszę o tym, co mi się podobało i jak na to, że tylko narzekam co mi nie przypadło do gustu to ocena trochę za wysoka. Ale uznałam, że żeby pisać o tym, co mi pasuje, musiałabym już wejść w szczegóły, a nie znoszę czytania na blogach recenzenckich spoilerów książek, których sama jeszcze nie czytałam. Zaglądam na recenzje, żeby się dowiedzieć, czy warto po coś sięgnąć, a nie żeby dostać streszczenie.
Jeszcze raz, w takim razie: poza tym, co mi się nie spodobało, wszystko inne mi się podobało. Jak już pisałam, dalej się wciągnęłam i książka była na tyle ciekawa, że całą połknęłam wczoraj.

piątek, 13 czerwca 2014

"Dziewczyny z Powstania" a "Dziewczyny wojenne"

Dwie niby podobne książki, a okazały się całkiem inne

Wspomnienia z okresu II wojny światowej są dla mnie jednym z najlepszych tematów książkowych. Mam nawet w domu osobną mini-półeczkę wojenną z "Dziennikiem" Anny Frank na czele. Szczególnie w liceum polowałam na podobne wydawnictwa. Po maturach (ustny polski o małych bohaterach wojennych) postanowiłam zrobić sobie przerwę, bo jednak czytanie ciągiem relacji naocznych świadków tych tragicznych wydarzeń może stać się przytłaczające. Jeszcze w liceum zaczęłam czytywać Jodi Picoult, więc całkiem przerzuciłam się na fikcję, choć nie jest to zdecydowanie lekka literatura w stylu "Dziennika Bridget Jones". ..i znów odchodzę od tematu. Jak zawsze, tu coś sobie przypomnę, tam coś i robi się kilometrowy post. Dzisiaj szybko, bo książka czeka!!

W każdym razie do książek wojennych sentyment mi pozostał. Najpierw, tuż po premierze, zaczaiłam się bardzo na "Dziewczyny wojenne" autorstwa Łukasza Modelskiego. Ale jak to z wieloma książkami bywa - mimo wielkich chęci, w końcu jej nie kupiłam. Dopiero w grudniu 2013, podczas zakupów urodzinowych i przedświątecznych z mamą, znalazłyśmy tą książkę całkiem przypadkiem (a może nie do końca przypadkiem - nigdy nie mogę sobie odmówić stoiska książkowego, nawet w supermarkecie) w Biedronce. 20 złotych? NASZA! Tyle miałam na głowie, że najpierw czytała ją moja mama, później o niej zapomniałam - do Łodzi pojechałam po świętach bez niej i chyba dopiero po feriach ją przywiozłam. Ale to jeszcze nie był jej czas, czekała cierpliwie na półce.

Przyszedł maj, okolice Dnia Matki, pełno konkursów a ja w stanie bankructwa. I wtedy odkryłam, że przy odrobinie szczęścia można coś dostać całkiem za darmo. I trafiło się - konkurs organizowany przez profil "Dziewczyny z Powstania", reklamowany na fejsbukowej stronie wydawnictwa Znak. I wtedy też w ogóle odkryłam tą książkę - szybko przeczytałam opis, bo od razu przypomniała mi się książka Modelskiego. CHCĘ! No to szybko, zgłaszam się.. i moją odpowiedź wybrała sama autorka książki - Anna Herbich.

Tydzień później książeczka była już moja i wtedy, nie zważając na naukę i inne książki do czytania - usiadłam i się zaczytałam. I tak, od pierwszych stron, na przemian - wzruszenie i radość. Przepiękne historie opowiedziane w prosty, ale bardzo przemyślany sposób. Tak różne kobiety, ale każda wykazała się nadzwyczajną siłą psychiczną, czasem też fizyczną. Nieważne czy matka, czy sanitariuszka, czy posłaniec - te kobiety zrobiły co w ich mocy, żeby pomóc tym, którzy ich potrzebowali. I za to są w takim samym stopniu bohaterkami, jak wszyscy ci mężczyźni, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim razem z nimi.

Pozwoliłam sobie skraść swoją własną opinię z serwisu LubimyCzytać, bo lepiej nie będę w stanie teraz jej opisać. Później była przerwa, bo przecież czekała na mnie już Diane Chamberlain. Ale wróciłam zaraz do klimatów wojennych, zabierając się za czytanie książki Łukasza Modelskiego. I tu klops - a tak wielkie nadzieje wiązałam z tą pozycją. Książkę Anny Herbich dosłownie połknęłam - tak płynnie była napisana.

W pewnym sensie "Dziewczyny wojenne" to dla mnie wielkie rozczarowanie. O ile początkowe trudy tłumaczyłam sobie zmęczeniem (mam tendencję do zaczynania książek w nocy, tuż przed spaniem), w dalszym ciągu z wielkim entuzjazmem oczekiwałam powrotu do czytania następnego dnia. Jednak wcale się nie poprawiło. Chwilowo czytało się lepiej, ale ciągle się gubiłam w postaciach - o ile u Anny Herbich opowieści były w jakiś sposób uporządkowane i łatwo się je czytało, tak tu miałam wrażenie, że ktoś wsadził mnie w głowy opowiadających. Nie przeszkadza mi forma książki, gdzie język mówiony staje się językiem pisanym, jednak te dodatkowe uwagi autora pisane inną czcionką czasem służyły wyjaśnieniom, czasem dodawały informacji - ale jednak trudno było się połapać, jeśli nie znało się bardzo dokładnie całych historii. Czasem tu urywek jednej opowieści, tam drugiej.. Wszystko się ze sobą przeplatało, ale bardzo brakowało mi jakiegoś uporządkowania tego wszystkiego. Temat świetny, wiele można się dowiedzieć, ale bałagan straszny i to mnie bardzo zniechęciło do lektury. Tym bardziej, że tak bardzo na nią czekałam i nie mogłam się doczekać, aż ją przeczytam.

Niezaprzeczalnie jest ona jednak ważna, bo mało się pisze o kobietach biorących udział w wojnie, jakby one tylko siedziały w piwnicach zaszywając przy świeczce dziurawe skarpety. Ale i tak nie przeboleję szybko faktu, że liczyłam na coś dużo bardziej spójnego.


Anna Herbich "Dziewczyny z Powstania"
Wydawca: Znak Horyzont
Premiera: 19.05.14
Strony: 320
Ocena: 10/10

Łukasz Modelski "Dziewczyny wojenne"
Wydawca: Znak
Premiera: 16.09.11
Strony: 300
Ocena: 7/10

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Aimee Bender "The Particular Sadness of Lemon Cake"

źródło

Dziś zacznę nietypowo, bo trochę od końca. 
Ogólnie książkę oceniam na 9/10.

Wydawca opisał to cudo tak:
On the eve of her ninth birthday, Rose Edelstein bites into her mother's homemade lemon-chocolate cake and discovers she has a magical gift: she can taste her mother's emotions in the slice. All at once her cheerful, can-do mother tastes of despair and desperation. Suddenly, and for the rest of her life, food becomes perilous. Anything can be revealed at any meal.

Rose's gift forces her to confront the truth behind her family's emotions - her mother's sadness, her father's detachment and her brother's clash with the world. But as Rose grows up, she learns that there are some secrets even her taste buds cannot discern.

The Particular Sadness of Lemon Cake is about the pain of loving those whom you know too much about, and the secrets that exist within every family. At once profound, funny, wise and sad, this is a novel to savour.

Jednak to nie opis mnie zaciekawił, a tytuł. Przeuroczy, przyciągający i taki niespotykany. Jasne, były już "Smażone zielone pomidory" czy "Smak pestek jabłek", ale "Szczególny smutek ciasta cytrynowego" zachęca jeszcze bardziej. Wyszukałam ją na Allegro i kupiłam ze stosikiem innych fajnych książek (zdjęcie poniżej). Jak to u typowego czytacza, książka odczekała swoje na półce, bo musiałam znaleźć na nią odpowiedni moment. Znalazłam go w końcu w maju. Odpowiednia pora na ciasto cytrynowe i na takie słodkie książki. Ale kto myśli, że książka jest tylko fajna i przyjemna, ten się myli. 

Opisana historia jest magiczna przez co nierealna, ale czyta się równie dobrze, co zdecydowanie bardzo życiowe powieści Jodi Picoult - która, przy okazji, pochwaliła tą książkę tymi słowami:
A book with such beautiful writing that sometimes I have to stop and taste a sentence a second time.
I ja zgadzam się z tymi słowami w całości.

Teraz dość nudnego słodzenia. Czytam, czytam, i.. Po jakimś czasie akcja zaczyna bardziej skupiać się na starszym bracie Rose i jedynym co łączy te fragmenty książki z główną bohaterką jest jej pierwszoosobowa narracja. Dodatkowo dziewczynka często wraca myślami do przeszłości, co wydaje się ciekawym rozwiązaniem, bo mimochodem dostarcza nowych informacji na temat rodziny Edelsteinów i ich relacji. Autorka sprawnie manewruje akcją i nie jesteśmy w stanie się znudzić jednym tylko tematem szukania sensu w smakowaniu uczuć osoby, która przyrządziła daną potrawę. Dziewczynka rozmyśla o swoim bracie, wtrącając w swoje przemyślenia uwagi dotyczące jej przypadłości czy opisy reakcji innych ludzi na ten niezwykły talent, wspomina opowieść swoich rodziców o tym, jak się poznali, przytacza historie z narodzin swoich i brata.. Z początku nie spodobało mi się przeniesienie całej uwagi na Josepha, bohatera drugoplanowego, ale faktycznie miało to sens, bo jesteśmy w stanie odkryć kolejną "warstwę" opowieści. Okazuje się, że nie tylko Rose jest nietypowym dzieckiem i pozornie zwyczajna rodzina stoi na głowie.

Jeśli chodzi o bohaterów, to jednak najbardziej tajemniczą postacią wydaje się być matka Rose, która ciągle jest jakoś oddalona od swojej rodziny. Niby obecna, ale tylko ciałem. Jednak gdyby jej całkiem zabrakło, mam przeczucie, że wszystko by się posypało w tym osobliwym domu. Powodów ma ku temu kilka, ale nie będę nic mówić, żeby nie popsuć innym niespodzianki.
Brat - stuprocentowy dziwak. Gdyby go przyrównać do siostry, ona okazuje się przy nim całkiem normalna. Joseph trochę odziedziczył swoje "oddalenie" po matce, ale i częściowo jest to zasługą ojca. Przy pierwszych wzmiankach na temat jego odmienności odniosłam wrażenie, że czytam o chłopcu z niezdiagnozowaym Aspergerem (i tu od razu czerwone światełko w mojej głowie i przed oczami mam "W naszym domu" Jodi Picoult). Ale oczywiście to byłoby zbyt proste, prawda?
Ojciec z kolei, wcale nie inaczej niż cała reszta gromady, trochę jest częścią tej rodziny, a trochę odstaje. Wydawałoby się, że największe sekrety skrywa matka Rose, ale to ten mężczyzna jest kluczem do całej układanki. (I w tym momencie myślę o klubowej książce z Kobiety To Czytają - "Sekret mojego męża" Liane Moriarty.)

Oddalając się trochę od treści książki wspomnę trochę formie. Podzielona jest na kilka części (chyba pięć) i do tego na rozdzialiki, które są na tyle krótkie, że można przerwać lekturę kiedy się chce, choć ja szczerze powiem, że najchętniej bym wcale nie przerywała, tylko czytała, czytała, czytała.. Język, jak powiedziała sama Jodi Picoult, jest magiczny i uroczy i bardzo pomaga wyobraźni. Do tego te sekrety, świadomość wyboru, który nie przynosi żadnego rozwiązania dla problemów - dać po sobie znać, że się wie, czy zatrzymać to dla siebie? Zburzyć rodzinną sielankę czy trzymać najbliższych w błogiej nieświadomości? To dużo problemów jak na 9-letnią dziewczynkę, która dorasta na naszych oczach, zmagając się ze spoczywającą na niej odpowiedzialnością. Ciekawa perspektywa, świat dorosłych widziany oczami dziecka, zupełnie jak w "O czym wiedziała Maisie" Henry'ego Jamesa.

Największe zaskoczenie i to chyba na minus w przypadku tej książki, to wybranie Kalifornii na miejsce akcji. Wiem, że autorka mieszka w Los Angeles i pewnie lubi pisać o znanych sobie miejscach, jednak ja mam bardzo negatywne skojarzenia z Hollywood - sztuczność, komercja, duża kasa i skandale. Trochę nie potrafię sobie wyobrazić tego miejsca jako tła dla tak szczególnych wydarzeń. Przed otworzeniem książki byłam pewna, że ta historia będzie pasowała tylko do małego miasteczka gdzieś w Nowej Anglii. Nawet mormońskie Utah byłoby lepsze od Kalifornii!!!

Jedyne własnoręcznie zrobione zdjęcie :)

Wydawca: Windmill Books
Premiera: 3.02.11
Strony: 324

Najtrudniejszy pierwszy krok

Jak to zwykle w życiu bywa, najcięższe są początki. Bo nie wiemy jak mamy się za coś zabrać, czy nam cokolwiek z tego wyjdzie, czy jest sens.. 

Pomysł na bloga chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, ale nie mogłam się zebrać. Dlaczego akurat teraz? Ponieważ nie ma na świecie gorszej rzeczy niż myśli chodzące po głowie i brak sposobu, żeby się ich pozbyć. Kiedy obudziłam się dziś rano, w głowie miałam jedną z ostatnio przeczytanych książek. Tysiąc myśli na raz; nie dało się ich przegonić. Szybko zapisałam wszystko w telefonie i pomyślałam, że oszaleję, jak nie podzielę się tym z kimś innym.

Przydałoby się w ramach wstępu napisać parę słów o tym, co chodzi mi po głowie i co będzie się tu pojawiało. Nie lubię pisać takich postów, bo nigdy nie wiem jak opisać moje pomysły. Jednak jest pewien sposób, który tutaj sprawdzi się bardzo dobrze. Dzięki temu uniknę chaotycznego skrobania o wszystkim na raz. Na jednych z zajęć w tym semestrze pisaliśmy o tym, co nas interesuje. Pewnego dnia mieliśmy w zwięzły sposób opisać nasz temat w formie odpowiedzi na kilka podstawowych pytań. Pomysł jest świetny, więc go tutaj wykorzystam. (Thank you, Ted!)


BLOG KSIĄŻKOWY


Dlaczego?
Czytam. Na pewno nie tak szybko jak najszybsi ale do statystycznego polskiego nieczytelnika mi zdecydowanie bardzo daleko. Co czytam można zobaczyć tutaj. A czytam po polsku i po angielsku. Bo lubię, bo studia, ale głównie, bo lubię. Drugi powód jest taki, że sporo z moich czytadeł to książki, których nie czyta nikt inny z moich czytających znajomych. O tych czytadłach, mam nadzieję, będę pisała najwięcej.

Dla kogo?
Dla siebie i.. Dla każdego, kto się zainteresuje na tyle, żeby to przeczytać. Dla ciekawych nowych-starych książek (nie wiem ile nowości przy moim obecnym budżecie się pojawi, ale przecież nie chodzi o czytanie tylko tego, o czym teraz jest akurat głośno). Dla tych, którzy szukają czegoś ciekawego, co jeszcze nie zostało przełożone na polski. Dla czytelników o wszechstronnych książkowych zainteresowaniach.

O czym będę pisać?
To będą, po prostu, moje myśli o książkach. Nie o każdej, bo czasem jest tak, że przeczytam, odłożę i więcej o niej nie myślę (np. Patrick Süskind "Pachnidło"). Ale jeśli coś szczególnie utkwi mi w głowie, to będę musiała się tu wygadać - czy to się komuś podoba, czy nie. :) Czasem piszę parę słów o książce na LubimyCzytać, ale ponieważ dla mnie to miejsce, gdzie szuka się czegoś dla siebie, a nie kącik recenzencki, zwykle tylko krótko piszę, czy jestem na tak czy na nie. A tu będzie więcej. Pewnie trochę spoilerów, choć stanę na głowie, żeby było ich jak najmniej.

Były jeszcze dwa pytania, ale je pominę, ponieważ tutaj jakoś nie da się ich użyć. Czasem zamiast książki, będzie ogólnie o czytaniu, bo ten temat mnie bardzo męczy ostatnio, oczywiście pozytywnie - ale jego też nie mogę się pozbyć z głowy.

Do przeczytania. Cytrynowego, w ramach zapowiedzi.