środa, 31 grudnia 2014

Mikołaj Grynberg "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne"

Pod koniec roku większość ludzi woli odpoczywać przy lekkiej lekturze. Kryminał, obyczajówka czy fantastyka idealnie się do tego nadają. Ja jednak wybrałam na te ostatnie wolne dni grudnia książkę, którą należy czytać z uwagą i w skupieniu.


Mikołaj Grynberg przedstawił w "Oskarżam Auschwitz" grupę osób, które zaliczają się do drugiego pokolenia, a mianowicie są dziećmi ocalałych z Holokaustu. Autor podróżował po Polsce, Stanach Zjednoczonych i Izraelu, szukając tych, których rodzice, choć żyją, dawno temu umarli emocjonalnie. Ich potomkowie bardzo różnie patrzą na swoją rzeczywistość, przyćmioną Zagładą Żydów. Jedni wstydzą się swojego pochodzenia, inni odwrotnie. Niektórzy nie chcą pamiętać, ale większość stara się upamiętnić w jakiś sposób ofiarę rodziców.

Każdy ma swój powód, by odbyć rozmowę z autorem. Opowiadają między innymi, aby zachować pamięć o każdej jednostce, bo życie człowieka jest najważniejsze - choć Żydów mordowano masowo, każda śmierć boli osobno. Pragną utrwalić na papierze i w masowej pamięci innych ludzi historię swoich niekompletnych rodzin.

- Są różne sposoby wspierania ludzi po traumie. Nie chodzi o zapomnienie o tym, co im się wydarzyło. - A o co chodzi? - O to, żeby jakoś mogli żyć i nie zatruwać życia innym. s. 21 

Bohaterowie "Oskarżam Auschwitz" otwarcie mówią o syndromie drugiego pokolenia, o własnej tożsamości obciążonej przeszłością rodziców, która staje się również ich przeszłością, ich bolesnymi wspomnieniami. Starają się nauczyć świat rozumienia ich problemów, zauważenia ich wagi i docenienia wysiłku, jaki wkładają w codzienne zmaganie się z wyobcowaniem, żyjąc z piętnem Holokaustu.

To jest właśnie kwintesencja drugiego pokolenia. Nie ma do kogo się odezwać, bo wokół jest pusto. To jest mój Holokaust. Odziedziczona pustka. s. 99

Zanim przystąpiłam do lektury poszczególnych rozmów, przebiegłam wzrokiem przez znajdujący się na końcu książki spis treści. Stwierdziłam wtedy, że brakuje rozdziału, w którym sam Mikołaj Grynberg odpowiada na podobne pytania. Szybko jednak okazało się, że jest on zbędny - autor książki i jednocześnie zadający pytania w każdym fragmencie opowieści rodzinnych pojawia się jako ten, który również mówi o sobie. Rozmówcy Grynberga przyjmują  wówczas rolę autora i zaczynają pytać o jego dziadków, rodziców  i dzieci, o doświadczenia, wspomnienia czy powody, dla których zajmuje się tym tematem.

Skończyłam tę książkę już jakiś czas temu, ale nadal mam problem z odpowiednim określeniem jej. Pozostanę więc przy najprostszym wytłumaczeniu dlaczego "Oskarżam Auschwitz" powinno znaleźć się na półce każdego rozsądnego człowieka. To tytuł obowiązkowy, niezbędny; bez niego w naszej świadomości pozostaje tylko wielka ziejąca pustką dziura. Dzięki zapoznaniu się z historiami rodzinnymi ocalałych, czytelnik zbliża się o krok do zrozumienia, kim jest drugie pokolenie. Nieprawdą jest, że to, co odciska piętno na rodzicach, nie ma żadnego związku z ich dziećmi. Kolejne pokolenia stanowią żywy obraz najważniejszych doświadczeń swych przodków.

Ocena: 9/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 29.09.14
Strony: 304

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Michał Olszewski "Najlepsze buty na świecie"

Ostatnie dni grudnia, w mojej głowie (prawie) wyłącznie myśli związane z Sylwestrem, sałatką owocową i szampanem.. Już za 63 godziny powitamy nowy rok. Ale czy czekają nas jakieś wielkie zmiany? Póki tkwimy jeszcze w starym roku, warto przyjrzeć się z bliska naszemu krajowi, tak jak zrobił to Michał Olszewski. Może przy okazji uda się wyciągnąć jakieś przydatne w 2015 roku wnioski..?

Prezent urodzinowy w roli świątecznej lektury

Dla czytających nałogowo gazety, ta książka nie okaże się niczym nowym. I nie jest. Materiał w niej zawarty to reportaże z różnych miejsc w Polsce, pisane od początku XXI wieku do teraz. Poruszane w nich tematy są bardzo różne, mają jednak jeden wspólny mianownik - Polaków. Podzielona na pięć części publikacja jest zbiorem tematycznie uporządkowanych opowieści między innymi o religijności, stosunku do ekologii i zdrowia, o więzieniach, przytułkach, oprawcach, ofiarach, szukających pomocy oraz tych, którzy ją oferują, a także o życiu w cieniu II wojny światowej.

Autor ukazuje sytuację w Polsce, naświetlając największe problemy (głównie) małych społeczności, wskazując na liczne absurdy życia codziennego. Uzdrowiska z zatrutym powietrzem czy ksiądz-pedofil kryty przez wiernych - tych samych, których dzieci padły ofiarą jego chorych skłonności, to tylko czubek góry lodowej. Czytelnik poznaje również ludzi stojących po przeciwnych stronach w opisywanych sporach, otrzymuje pełny obraz sytuacji, z uwzględnieniem wielu perspektyw. Wnioski z lektury zawsze są takie same: sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.

Podczas lektury "Najlepszych butów na świecie" rodzą się niezliczone ilości pytań, na które trudno jest udzielić poprawnej odpowiedzi. Czy narkomanów leczyć metodą całkowitej eliminacji substancji uzależniających, czy z wykorzystaniem terapii metadonowej? Jak pomóc maltretowanym kobietom, aby nie wracały do swoich oprawców? Jak pielęgnować pamięć o Holokauście, kiedy za płotem obozu mieszkańcy Oświęcimia chcą toczyć normalne życie? Łatwo teoretyzować, kiedy dany problem człowieka nie dotyka. Wystarczy jednak choćby na papierze (lub elektronicznie, jak ja) otrzeć się o rzeczywistość zupełnie obcych ludzi i świat przestaje być czarno-biały.

Z reportaży Olszewskiego wyłania się obraz kraju, którego można się bardzo wstydzić. Na samą myśl o tym, do czego zdolni są ludzie, do których autorowi udało się dotrzeć i opisać (a im podobnych, którzy nie trafili do gazet lub książek jest pewnie nieskończenie wiele), czuję wstręt do ogółu gatunku ludzkiego. Ostatecznie nie tylko Polacy zdolni są do robienia okropnych rzeczy. My jednak powinniśmy skupiać się przede wszystkim na swoim "podwórku" i dążyć do tego, aby napawało nas dumą, a nie odrazą. Gorąco polecam tę gorzką lekturę, szczególnie wierzącym w mit pięknej i szlachetnej Polski, która - jak się okazuje - ma brud za paznokciami i nieczyste sumienie. 

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 18.11.14
Strony: 256

sobota, 27 grudnia 2014

Karen Duve "Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment"

Nie należę do tych szczególnie patrzących na składy na opakowaniach kupowanych produktów. Czasem staram się bardziej, czasem mniej. Zdarza mi się samej upiec chleb czy zdrowe słodycze; kocham domową granolę i ciasto drożdżowe pod pizzę. Nie przepadam za daniami mięsnymi, ale też wcale nie omijam wielkim łukiem śmieciowego jedzenia. Mimo to, od dawna chciałam przeczytać książkę Foera o "Zjadaniu zwierząt" i właśnie "Jeść przyzwoicie".


Karen Duve w dojrzałym wieku postanowiła zmienić swoje nawyki żywieniowe. Wybrała dużo ciekawszą drogę, niż większość nawracających się na zdrowy tryb życia. Postanowiła, że (ze wsparciem swojej przyjaciółki jaroszki) wypróbuje wszystkie dostępne diety i na koniec wybierze tą, która najbardziej ją usatysfakcjonuje - również z etycznego punktu widzenia.

To nieustanne rozróżnianie na istoty pierwszej i drugiej kategorii stanowi dowód kompletnej nędzy moralnej. Przyzwoitość nie może być postawą względną, odnoszącą się do wąskiego kręgu wybrańców, obwarowaną zastrzeżeniami czy oszczędzaną na specjalne okazje. Powinna obowiązywać zawsze i w odniesieniu do wszystkich - również wtedy, gdy okazuje się uciążliwa lub gdy jest ze szkodą dla nas samych. Zwłaszcza wtedy.

Począwszy od stycznia 2010, autorka decyduje o całkowitej zmianie zawartości swojej lodówki i spiżarni. Oznacza to, że do jej życia na dwa miesiące wkroczą dania przygotowane wyłącznie z żywności ekologicznej. Kolejnych osiem tygodni Duve spędza na diecie bezmięsnej. Następnie przychodzi najdłuższa, bo aż czteromiesięczna faza wegańska, podczas której pisarka nie tylko całkowicie eliminuje z posiłków nabiał czy miód, ale też ubrania ze skóry, wełny czy jedwabiu. Ponadto pozbywa się swojej kolekcji wypchanych zwierząt i pościeli z pierza. Ostatnim etapem jest jesienny eksperyment z frutarianizmem. Jak zmieni się Karen Duve? Czy porzuci dotychczasowy tryb życia?

"Jeść przyzwoicie" to nie tylko bardzo rozbudowany dziennik zmagań autorki z nowymi dietami czy też z trudną codziennością odmieńców żywieniowych. Duve pisze o asortymencie sklepów, w których szuka charakterystycznych dla danej diety produktów, a także o reakcjach ludzi na jej rewolucję kulinarną i konsekwencjach dla zdrowia. Sporą część książki poświęca też na opisanie sytuacji zwierząt, związku między ich cierpieniem a zyskiem producentów oraz popytem na mięso. Pokazuje ponadto, jak wiele łączy zmiany klimatyczne z naszymi nawykami żywieniowymi; obnaża ludzką głupotę, lenistwo i hipokryzję.

Nigdy nie odżywiałam się bardziej odpowiedzialnie, a mimo to jeszcze nigdy nie miałam o sobie tak złego mniemania jak teraz. Gorsza od niemyślenia jest bowiem wiedza o stanie faktycznym i niewyciągnięcie z niej konsekwencji.

Po lekturze tej książki mogę uznać, że zostałam w pewnym stopniu uświadomiona jeśli chodzi o żywność i sposób jej wytwarzania. Dowiedziałam się też sporo o racjach producentów i konsumentów. Poznałam obce mi style żywienia oraz poglądy zwolenników diet: bio, bezmięsnej, wegańskiej i frutariańskiej. Zyskałam również pewność co do tego, jakim typem człowieka jedzącego jestem. Fleksitarianka (również: semiwegetarianka) to własnie ja.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że dobrze mi tu, gdzie jestem. Jasne, chciałabym jeść bardziej świadomie i - przede wszystkim - bardziej konsekwentnie. Nie sądzę jednak, że ruszę do przodu, w kierunku całkowitego wegetarianizmu albo weganizmu, choć to pierwsze ciągle za mną chodzi. Nie zastąpię też mojego półmięsnego życia całkowitym mięsożerstwem, bo najzwyczajniej w świecie nie jestem smakoszem mięsa. 

"Jeść przyzwoicie" stanowi świetną zachętę do podjęcia własnego wyzwania żywieniowego. Otwiera czytelnikowi oczy na wiele istotnych kwestii i naprawdę daje do myślenia. Każdy ma swoje racje, jednak obojętność na cierpienie zwierząt, zasłaniana frazesami w stylu "człowiek ma zęby stworzone do jedzenia mięsa, nie roślin", to objaw naszego okrucieństwa oraz złudnego poczucia wyższości. Jest równoznaczne z przykładaniem się do zadawania bólu tym, którzy nie są w stanie walczyć o swoje prawa. To my, ludzie, musimy wstawić się za zwierzętami. W końcu sami nimi jesteśmy. A i do roślin wcale nie tak nam daleko. 

Ocena: 7/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 19.06.13
Strony: 334

czwartek, 25 grudnia 2014

Magdalena Tulli "Szum"

Niedawno skończyłam czytać stosunkowo niewielką objętościowo książkę, po której spodziewałam się wiele, ale na pewno nie tego, że zwali mnie z nóg. "Szum" przejechał po mnie niczym walec drogowy i już nigdy więcej nie wrócę do stanu poprzedniego. Jedyne, na co mam siłę w tej chwili, to wklejanie tu genialnych cytatów, ale przecież coś oprócz tego wypadałoby napisać.

Zgodnie sądziły, że nawet jeśli potomstwo trochę przypomina rodziców, to jednak co najwyżej zewnętrznie i powierzchownie. (...) Tak to już z dziećmi jest, myślały - loteria, jedne rodzą się łatwe, inne trudne. Tu nie ma żadnego związku z przeszłością, a przede wszystkim nie ma żadnego związku z tamtym. s. 138


Główna bohaterka książki to postać bezimienna. Jednak drobiazgi takie jak wiek czy nazwisko zupełnie nie liczą się, gdy na pierwszy plan wysuwa się ponura codzienność. Skomplikowana relacja dziewczynki z matką, ciotką i kuzynem towarzyszy jej przez całe późniejsze życie. Wydarzenia z przeszłości, których kobieta nie doświadczyła na własnej skórze nie pozwalają o sobie zapomnieć zarówno tym, którzy je przeżyli, lecz także drugiemu pokoleniu, a w szczególności protagonistce. Zmaga się ona nie tylko z brakiem zrozumienia wśród rówieśników, lecz - co bardziej bolesne - nie potrafi odnaleźć akceptacji pośród swoich krewnych.

- Żadne zwierzę nie jest stworzone do znoszenia upokorzeń - ostrzegał lis. - Nie nastawiaj się na to, że będziesz je zawsze znosić. Zatrułabyś się na śmierć. s. 79

Nie jest wcale łatwo przebrnąć przez niecałe dwieście stron, kiedy treść, z każdym przeczytanym zdaniem, coraz mocniej ciąży czytelnikowi i przygniata go do ziemi - metaforycznie, choć również skutecznie. Lektura "Szumu" to prawdziwe wyzwanie, ja jednak nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę. Czuję się wyczerpana emocjonalnie, choć zdecydowanie jest to ten pozytywny typ zmęczenia czytelniczego. Teraz, kiedy powieść Magdaleny Tulli już za mną, trudno będzie mi zadowolić się pierwszą lepszą książką. 

Trudno przebaczyć komuś, kto nie ma sobie nic do zarzucenia. Ludzie nie umieją przełknąć krzywdy, za którą nikt nie przeprasza, więc próbują oddać ją temu, od kogo przyszła. Jeśli gniew jest bezsilny, zmieni się w nienawiść. Ciężar nienawiści dźwigają potem na własnych plecach, póki nie stracą sił. Wtedy ich przygniecie. s. 174

Magdalena Tulli stworzyła historię po części bardzo realną, a po części zupełnie nieprawdopodobną. Rozmowy ze zmarłymi czy z towarzyszącym dorastającej bohaterce lisem świetnie uzupełniają tą bliską wielu ludziom opowieść o szukaniu swojej zagubionej i niejednokrotnie zagłuszonej przeszłością tożsamości.

Zestawienie magicznego realizmu z tym zupełnie niezaczarowanym sprawia, że ta książka podwójnie mocno działa na czytelnika. Zmusza do zastanowienia się nad symbolami i ich znaczeniem, wymusza własną interpretację wydarzeń i skłania do przemyślenia swojej przeszłości. Każdy człowiek już w momencie narodzin obciążony zostaje historią rodziny, której częścią zostaje. A może nie zostaje? Kto wie, czy tak łatwo zyskać akceptację tych, których każdy z nas otrzymuje w pakiecie wraz z nazwiskiem. A czy później, będąc wyrzutkiem, da się do tej zbieraniny najróżniejszych charakterów upodobnić? Czy warto w ogóle starać się o swój talerzyk szarlotki i rodzinne niedziele pełne upokorzeń i wyrzutów za nieswoje przewinienia? Na te, i inne pytania, które kłębią się w głowie po przeczytaniu „Szumu” każdy będzie musiał udzielić sobie sam odpowiedzi, a zaręczam, że nie będzie łatwo. Gwarantuję również najwyższy poziom czytelniczego zadowolenia z wartościowej lektury.

Ocena: 8/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 20.10.14
Strony: 192

wtorek, 23 grudnia 2014

Biblioteczka Małych Pacjentów

Wspólna akcja Biblioteczki Malucha i Kroniki Kota Nakręcacza, o której więcej poczytać można tu, zmotywowała mnie do nietypowej wycieczki do księgarni. Tym razem nie miałam szukać prezentów świątecznych ani czegokolwiek dla siebie, a dla dzieci, które święta muszą spędzić w szpitalu.

Chciałam znaleźć jakieś książki u siebie w domu, ale niestety w pewnym momencie wszystkie dziecięco-młodzieżowe czytanki podałam dalej, młodszym rocznikom. To nic, od czegoś w końcu są uginające się pod ciężarem magicznych opowieści półki księgarniane.

Z początku nie wiedziałam co wziąć, ale szybko doszłam do wniosku, że najlepiej polegać na klasyce. Wybrałam dwie książeczki, na których sama się wychowałam i mam do nich ogromny sentyment.


W ubiegłym tygodniu wysłałam je pod wskazany adres. Mam nadzieję, że wszystkie rozchorowane maluchy, które zajrzą do tych małych książeczek, choć na chwilę zapomną o chorobie, a na ich twarzach zagoszczą uśmiechy.

Święta już blisko, koniec roku wlecze się tuż za nimi.. A ja planuję już, komu poprawić humor za rok. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Karol Lewandowski "Busem przez świat. Ameryka za osiem dolarów"

Uwielbiam Stany Zjednoczone. Studiuję moją najukochańszą na świecie anglistykę. Szlifuję język, poznaję historię, kulturę, ustrój polityczny oraz system prawny, podziwiając ten fascynujący kraj - póki co, jedynie z oddali. I czytam wszystko na temat USA, co wpadnie mi w ręce.

Marek Wałkuski z Trójki i Marcin Wrona z TVN-u uraczyli mnie już swoimi opowieściami o życiu w Stanach. Na półce czekają na mnie książki autorstwa Magdaleny Rittenhouse i Ewy Winnickiej o Nowym Jorku. W kolejce zakupowej mam "Hartland" Wolfganga Buschera i "Amerykę po kawałku" autorstwa mojego ulubionego radiowego korespondenta. 

Wczoraj minęły dokładnie cztery miesiące od publikacji recenzji o "Busem przez świat. Wyprawa pierwsza". A teraz minęło ledwie parę godzin od kiedy skończyłam czytać drugą książkę Karola Lewandowskiego, opowiadającą o tanim podróżowaniu po Ameryce Północnej i jestem pod ogromnym jej wrażeniem. Tym samym dołączyła do skromnego grona moich ulubionych amerykańskich książek.


Szóstka młodych Polaków i jeden stary bus. Trzy wakacyjne miesiące i trzy kraje. Stany Zjednoczone - to tu spełniają się marzenia milionów imigrantów, Kanada - obiekt drwin i żartów przeciętnego Johna Doe i w końcu Meksyk, przed którego ciemną stroną ostrzegają rozsądnie myślący ludzie. Dystans do pokonania - dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Dzienny budżet - osiem dolarów.

Większość osób na samą myśl o takiej wyprawie postukałaby się w czoło i uznała, że to szalony pomysł, który nie ma żadnych szans na realizację. Pewnie do grona sceptyków należeliby nie tylko jakże "optymistycznie" patrzący na świat Polacy, ale i wiecznie uśmiechnięci Amerykanie czy żyjący na luzie Włosi. Problem niedowiarków polega na tym, że nie wierzą w siłę marzeń. Powyższy plan został przecież wprowadzony w życie i to z powodzeniem, a nawet z wyrobieniem dwustu procent podróżniczej normy, już przed dwoma laty.

Dwa tygodnie temu pomysłodawca busowych wypraw przez świat wraz z wydawnictwem Sine Qua Non oddali w ręce czytelników zapiski z podróży po Ameryce Północnej. Na początku autor opisuje żmudne przygotowania i opowiada o wszystkich problemach związanych z organizacją wyjazdu, szukaniem sponsorów, dopieszczaniem oraz zabezpieczaniem busa o wdzięcznej nazwie Supertramp, zbieraniem środków na paliwo, jedzenie i inne wydatki podczas trzech miesięcy życia na walizkach.

Zdecydowanie większą część książki zajmują wspomnienia z podróży. Z Nowego Jorku przez Los Angeles, do Miami. Od Wschodniego Wybrzeża, przez Kanadę i Niagarę oraz północne stany, do Zachodniego Wybrzeża i Meksyku. Stamtąd, południowymi stanami, do najbardziej wysuniętego na południe kawałka amerykańskiej ziemi - Key West. Śladami legend, sławnych zabytków i znanych ludzi, w tym postaci fikcyjnych, kojarzonych z popularnych filmów i seriali. 

Gangsterzy, krokodyle, pustkowia i często psujący się środek transportu. Przyjaźnie nastawieni amerykańscy obywatele, chętnie niosący bezinteresowną pomoc obcokrajowcom. Ani język, ani inna obyczajowość ludzi, ani ogromne odległości między celami wyprawy nie stanowią przeszkody dla ekipy Busem Przez Świat. W książce Karola Lewandowskiego czytelnik znajdzie liczne opisy mniej lub bardziej znanych miejsc i spotkanych po drodze ludzi. Nie brakuje przygód, mrożących krew w żyłach historii, przydatnych rad i ciekawostek. Cała opowieść opatrzona jest licznymi fotografiami.

Ameryka to miejsce, w którym wszystko jest duże i zorganizowane z hollywoodzkim rozmachem. Tam także spełniają się największe marzenia. Trzeba tylko mieć odwagę planować i realizować swoje - nawet najbardziej szalone - pomysły. Ci, którzy odważyli się śnić, zostali nagrodzeni niesamowitymi przeżyciami i wspomnieniami, które już na zawsze zostaną w ich pamięci. Czytelnikom została książka, która stanowi świetną rozrywkę i dostarcza ogromnej ilości wiedzy na temat taniego podróżowania, a przede wszystkim - motywuje do podjęcia wyzwania, jakim jest podróżowanie. 

Druga busowo-podróżnicza relacja jest znacznie lepsza od pierwszej, bardziej dopracowana i napisana z większą dokładnością. Umieszczenie zdjęć bezpośrednio w rozdziałach opisujących dany etap podróży jest zdecydowanie rozsądniejszym pomysłem, niż kumulowanie ich w jednym miejscu w formie wkładki. Nieco większy format książki sprzyja czytaniu, a lekki, bardzo naturalny styl autora, budzi mój czytelniczy apetyt na kolejne opowieści o przygodach ekipy Busem Przez Świat.


A na koniec jeszcze parę słów o spotkaniu z autorem, które odbyło się 13 grudnia w Łodzi. W piątek, czyli dzień wcześniej, byłam niemal pewna, że wybiorę się do Daleko Blisko z pierwszą książką - po kurierze nie było śladu. Po dwunastej zaczęłam się zbierać na zajęcia i wtedy, niemal w ostatniej chwili, zjawił się mój wybawca z książkami od wydawnictwa. Bardzo chciałam przeczytać "..Amerykę za osiem dolarów" przed sobotą, ale i tak dobrze było mieć ją już u siebie na półce.

Na szczęście spotkanie promujące nową publikację Karola Lewandowskiego dotyczyło przede wszystkim mitów, które wyrastają jak grzyby po deszczu wokół podróżowania. Autor oraz towarzysząca mu Alex - członkini wyprawy do Ameryki (i kilku innych) - opowiadali również o swoich przygodach podczas czteromiesięcznego pobytu w Australii. 

Było naprawdę świetnie, troszkę krótko, ale za to bardzo treściwie i ciekawie. Publiczność też dopisała, a w kawiarni szybko zabrakło miejsc do siedzenia. Tak pozytywnych i przyjaźnie nastawionych do świata ludzi nie spotkałam od dawna. Karol i Alex zarazili mnie swoim optymizmem i podróżniczą pasją. A w korowym VW, którym przemierzyli już kawał świata, zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To kiedy wyruszamy busem do Japonii?

Ocena: 9/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 8.12.14
Strony: 336

piątek, 19 grudnia 2014

Carla Montero "Złota skóra"

Parę lat temu Carla Montero podbiła serca czytelników bestsellerową "Szmaragdową tablicą". Nie mogłam oczywiście odmówić sobie tej książki, ale ciągle stoi na mojej półce nieprzeczytana. Coś mnie od niej zawsze odpycha i sprawia, że sięgam po inne pozycje. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce jej najnowsza powieść, i to od niej zaczęłam swoją przygodę ze znaną hiszpańską autorką.


Jest rok 1904. Po pięknym Wiedniu grasuje brutalny morderca, który potwornie masakruje zwłoki swoich ofiar. A są nimi młode i piękne kobiety, które łączy postać Inés - najpiękniejszej z muz artystów. Detektyw Karl Sehlackman musi odnaleźć bestię, która w okrutny sposób pastwi się nad znanymi modelkami wiedeńskich fotografów i malarzy.

Zapowiadało się naprawdę wspaniale i nie mogłam doczekać się lektury tej powieści.. aż do momentu, gdy otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Tę książkę mogę porównać - najbardziej trafnie - do innej znanej i cenionej przez czytelników historii. "Złota skóra" to po prostu opowiedziane na nowo "Pachnidło". Historia nieco zmodyfikowana i osadzona w innym mieście, parę wieków później, lecz podobnie wstrętna i odpychająca.

Ta historia ani trochę mnie nie poruszyła, wywołała jedynie uczucie znużenia i okazjonalne obrzydzenie. Nie podobał mi się prymitywny język głównego bohatera oraz jego przyjaciela. A gdzie ta obiecywana przez wydawcę secesja? Parę razy rzucone nazwisko Klimta czy sceny przedstawiające proces tworzenia dzieła to zdecydowanie za mało. Jedno, czego na pewno nie zabrakło, to tandetne sceny łóżkowe i łzawe wyznania. Wszystkiemu temu towarzyszyła nieudana próba budowania przez pisarkę napięcia, którego ostatecznie zabrakło.

Pomysł był niewątpliwie dobry, lecz niestety nic z tego nie wyszło. Autorka postarała się, by opowiedzieć historię łącząc ze sobą fragmenty dotyczące śledztwa policyjnego prowadzonego "parę miesięcy później" (narracja pierwszoosobowa) z tymi opisującymi okres, w którym dokonywane były zbrodnie (narracja w trzeciej osobie). Sporo było ciekawych zwrotów akcji, a morderca ukrywał się przed czytelnikiem niemal do ostatnich stron książki.

Zachwytu, przerażenia i "wciągania" brak. Pozostało tylko jedno, dominujące uczucie - rozczarowanie. I jak ja teraz mam zabrać się za tę nieszczęsną"Szmaragdową tablicę"? Mimo wysokich ocen czytelników, nie sądzę, że przypadnie mi teraz do gustu cokolwiek autorstwa Montero. A tymczasem na portalach czytelniczych "Złota skóra" jest zdecydowanie dobrze oceniana (7,23/10 na LubimyCzytać, 5,0/6 na Granicach i 3,31/5 na Goodreads). Chyba w takim razie coś jest ze mną nie tak..

Ocena: 6/10

Wydawca: Rebis
Premiera: 4.11.2014
Strony: 376

środa, 17 grudnia 2014

Darien Gee "Uśmiech Madeline"

Wyleczona - głównie niezawodną polopiryną - wracam do świata książek. W chorobie moją towarzyszką stała się pokaźnej wielkości książka, zdecydowanie idealna na chłodne zimowe wieczory bez śniegu. Darien Gee stworzyła lekką, ciepłą opowieść o małym miasteczku w stanie Illinois, którą czyta się bardzo przyjemnie, siedząc pod kocem, z kubkiem jakiejś pysznej, rozgrzewającej herbaty w ręce.


O herbaciarni tytułowej Madeline można było już przeczytać w książce zatytułowanej.. "Herbaciarnia Madeline". Ja jednak nie miałam okazji jej poznać. Sięgnęłam za to po tę pozycję, bo nie mogłam oprzeć się tej uroczej okładce. Poza tym, obydwie książki nie są częściami żadnej serii, łączy je jedynie to samo miejsce akcji i podobni bohaterowie. 

"Uśmiech Madeline" opowiada o losach kilku mieszkanek Avalon, które w jakiś sposób stają się sobie bliskie. Właścicielka herbaciarni, wynajmuje pokój Connie, młodej kobiecie, która ucieka od bolesnej przeszłości. Każdego dnia kobiety pieką słodkości i przygotowują aromatyczne mieszanki herbat dla swoich gości. Stałą bywalczynią jest siedemdziesięcioletnia Bettie, która zaraża wszystkich miłością do scrapbookingu. Ta trójka to tylko postaci drugoplanowe, pojawiające się często w życiu protagonistek.

Kiedy czytelnik wkracza w świat bohaterów książki, Isabel postanawia wystawić dom, który kojarzy jej się z nieżyjącym już mężem na sprzedaż. Yvonne pracuje jako hydraulik, zmagając się na każdym kroku z zabawnymi reakcjami swoich klientów na kobietę naprawiającą zatkane zlewy. Ava walczy z przeciwnościami losu, jako młoda matka samotnie wychowująca dziecko. Frances ma już trzech synów, lecz wraz z mężem oczekują pojawienia się czwartego dziecka - wymarzonej córki.

Kiedy myślę o tej opowieści, od razu przypomina mi się historia opisana przez Liane Moriarty w "Sekrecie mojego męża". Tam też pojawiło się sporo postaci, których losy zaczęły się w jakiś sposób ze sobą splatać. To może stara metoda słów-kluczy wróci z tej okazji do recenzji?

Współnota. Małe amerykańskie miasteczko, w którym każdy zna każdego, jednak wszyscy lubią czasem trochę się od reszty odsunąć. Ta opowieść pokazuje, jak mieszkańcy Avalon znów staną się jednością, czego najlepszym przykładem może być relacja dwóch sąsiadek.

Scrapbooking. Metoda ozdabiania albumów zdjęciami i różnymi kolorowymi dodatkami, którą Bettie zachwala wszystkim napotkanym ludziom, jednocześnie zachęcając ich do kreatywnego spędzania czasu i chwalenia cię swoimi dokonaniami na comiesięcznych spotkaniach.

Przeszłość. Bohaterowie opowieści zmagają się z konsekwencjami wyborów, których sami kiedyś dokonali lub decyzjami innych w sprawie ich życia. Yvonne wciąż nie może pogodzić się ze swoim losem, po tym jak jej najbliższa rodzina przed laty sprawiła jej tyle bólu.

Przyjaźń. Bez drugiej osoby, która w momencie najgłębszego kryzysu potrafi zaoferować wsparcie i udzielać mądrych rad, naprawdę ciężko sobie poradzić. Tym większa wdzięczność za przyjaciela, gdy pomocną dłoń wyciąga osoba, której człowiek najmniej się spodziewał. 

Upór. Czasem warto robić coś wbrew innym ludziom. Może się okazać, że to oni się mylą i ostatecznie będą zadowoleni. Nikt nie wie tego lepiej od Bettie, która jest mistrzynią w dążeniu do celu i z powodzeniem przekonuje do scrapbookingu nawet mężczyzn.

Miłość. Bo ostatecznie to liczy się najbardziej. Każdy bohater szuka tego kogoś, kto wypełni pustkę w jego sercu. Szkoda mi jedynie tego niedokończonego wątku Bettie i jej przeszłości. Pozostali bohaterowie.. No właśnie, czy znajdą to, czego brakuje im najbardziej? 

Jedzenie. Dużo pyszności przygotowują książkowi bohaterowie i tuż po epilogu autorka dodała parę stron poświęconych przepisom na wybrane potrawy tak chętnie jedzone przez mieszkańców Avalon. Może po lekturze czytelnik wraz z domownikami urządzi książkową ucztę?

Polecam tę książkę wszystkim stęsknionym za wielowątkowymi obyczajówkami z dobrym zakończeniem, a już szczególnie fanom "Sekretu mojego męża". Jest to naprawdę udana opowieść, która nie wymaga wiele od czytelnika, a jest w stanie świetnie umilić czas spędzony przymusowo w domu.

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 14.08.2014
Strony: 632

niedziela, 14 grudnia 2014

Jennifer Clement "Modlitwa o lepsze dni"

Przeziębienie u mnie w pełni. Chyba nadszedł czas lekkich i przyjemnych obyczajówek o działaniu leczniczym. Dziś o książce, która łączy w sobie powieść obyczajową z reportażem - oczywiście fikcyjnym, ale opartym na prawdziwych historiach.

Zza książki wychyla się zdecydowanie ciekawsze
filcowe etui na nowy czytnik. Ręcznie szyte przeze mnie :)

Jennifer Clement mieszka w Meksyku i historia tego kraju stanowi inspirację dla jej twórczości. Do sięgnięcia po tę książkę skusił mnie przede wszystkim blurb i recenzja Asi z bloga Babskie Czytanie. Myślałam, że ta opowieść całkowicie zdobędzie moje czytelnicze serce i nie będę mogła się od niej oderwać. Było niestety trochę inaczej.

Musiałam mocno ze sobą walczyć, by nie odłożyć tej historii na półkę z "nigdy nieskończonymi", bo po prostu mnie nie zainteresowała. Czytało mi się ją niezwykle gładko i szybko, ale odniosłam wrażenie, że w ogóle nie potrafię zaangażować się w tą opowieść, wejść do świata głównej bohaterki i przeżywać razem z nią wszystkie jej perypetie. A działo się sporo.

Ladydi otrzymała imię po księżnej Dianie, której historia poruszyła do głębi jej matkę. Ta dwójka mieszka w małej miejscowości przy wielkiej górze, rozdartej na pół przez niebezpieczną autostradę. Ich dom jest równie skromny i pusty jak pozostałe. Wszyscy mężczyźni porzucili rodziny i uciekli do Stanów Zjednoczonych, w poszukiwaniu lepszej przyszłości.

Pozostające w mieście kobiety sparaliżowane są strachem; każdego dnia obawiają się o swoje córki, które mogą paść ofiarą porywaczy z gangów narkotykowych. Policja nie chroni słabszych i bezbronnych obywateli, lecz współpracuje z bandytami. Ladydi dorasta w tym nieprzyjaznym środowisku, pod opieką matki alkoholiczki, z którą łączą ją trudne relacje. Po ukończeniu szkoły dostaje szansę, by wyrwać się z tego piekła. Czy uda jej się ją wykorzystać? Czy wielkie miasto, jakim jest Acapulco zapewni jej szczęście i bezpieczeństwo?

Zapamiętałam ten dzień, jako początek jej gniewu. Jej wściekłość była nasionkiem, które tego popołudnia zostało wrzucone do ziemi. Zanim (...), z nasiona zdążyło wyrosnąć wielkie drzewo rzucające cień goryczy na całe nasze życie. s. 143

Autorka często nagradzana jest za swoją twórczość w Stanach, ma tam również spore grono czytelników. Mnie niestety nie zachwyciła, spodziewałam się po tej książce więcej. Czuję niedosyt i jestem rozczarowana sposobem, w jaki Clement połączyła wątki. Brak porządku i płynnego przechodzenia z jednego tematu do drugiego. Podczas lektury miałam wrażenie, że Jennifer Clement wsadziła mnie do autobusu i posłała w nieznane drogą z wybojami. 

Ocena: 6/10

Wydawca: MUZA S.A.
Premiera: 17.09.2014
Strony: 320

środa, 10 grudnia 2014

Greg Marinovich, João Silva "Bractwo Bang Bang"

Relacje z wojen mają to do siebie, że wstrząsają czytelnikiem. Są bezpośrednie i prawdziwe, niemal zawsze szokujące i głęboko poruszające. Najczęściej wojnę opisują jej ofiary lub korespondenci wojenni. A co dzieje się, kiedy o walkach postanawia opowiedzieć fotoreporter? Na ile jego spojrzenie na świat jak na materiał, który musi w swojej fotoreporterskiej pracy utrwalić na kliszy, wpływa na odczuwanie empatii? Gdzie przebiega cienka granica między nakazem relacjonowania dramatycznych wydarzeń a obowiązkiem niesienia pomocy potrzebującym? Kiedy należy porzucić aparat i pomagać rannym?


Republika Południowej Afryki to kraj, który dziś przede wszystkim kojarzy się z makabrycznymi zdjęciami, jakie zrobiono w mieszkaniu Oscara Pistoriusa po tragicznej śmierci Reevy Stenkampf. Ponad dwadzieścia lat wcześniej grupa fotografów określana jako Bractwo Bang Bang (autorzy książki - Greg Marinovich, João Silva oraz Ken Oosterbroek i Kevin Carter), relacjonowała całemu światu krwawe walki, które rozgrywały się w tym kraju.

Jak mówią sami autorzy, teoretycznie żadnej wojny domowej w RPA nie było, miały za to miejsce liczne walki, ataki, czy zasadzki na przeciwników. W rzeczywistości liczba ofiar śmiertelnych pokazuje jasno, jak wiele osób włączyło się w obalenie apartheidu lub utrzymanie go. Autorzy książki wiele razy podczas swej pracy stawali się świadkami śmierci. Ocierali się o nią każdego dnia, fotografując ofiary i oprawców, ostatnie sekundy ludzkiego życia. Sami również często wymagali pomocy medycznej, ale ich praca wymagała czasem jeszcze większych poświęceń,

Dziennikarze relacjonujący konflikty zbrojne, podobnie jak żołnierze i ludność cywilna, na traumatyczne wydarzenia reagują podobnie. Depresja, zespół stresu bojowego, problemy ze snem, z relacjami międzyludzkimi. Trudy życia zawodowego przekładały się na problemy w sferze prywatnej. O tych doświadczeniach nie można zapomnieć we śnie, kiedy w głowie powracają do człowieka szokujące obrazy.

Trudno poradzić sobie z tak dramatycznymi przeżyciami. Część genialnych fotografów szukała pocieszenia w alkoholu czy narkotykach. Kevin Carter - który za wstrząsające zdjęcie umierającej z głodu  dziewczynki i czyhającego na nią sępa wykonane w 1993 roku w Sudanie otrzymał Nagrodę Pulitzera - również przez lata zmagał się z nałogiem i depresją. Kilka miesięcy przed jego samobójczą śmiercią, podczas fotografowania zamieszek w townshipie Tokhoza zginął Ken Oosterbroek.

Choć Bractwo Bang Bang przeszło do historii fotografii, to jednak tylko jego członkowie wiedzą tak naprawdę jak wysoką cenę zapłacili za swoją sławę. Ta książka to fascynujący zapis ich życia i pracy, od młodości, przez początki kariery i coraz lepsze zlecenia, aż po słodko-gorzkie zakończenie. Dla ich kraju druga połowa lat 90. oznaczała szansę na lepszą przyszłość dla Czarnych, wyzwolonych spod okrutnych rządów Białych, a dla autorów - ciągłe zmaganie się z traumą, jakiej doświadczyli. W książce zamieszczone są trzy wkładki z czarno-białymi fotografiami bohaterów tej historii, jednak to słowo pisane najsilniej oddziałuje na czytelnika, a obrazy tylko dopełniają całości.

Trudno jest czytać o morderstwach dokonywanych na ludziach przez ludzi, o niesamowitym okrucieństwie oprawców i bezbronności ich ofiar. Ci, którym udało się przeżyć, opowiadają o strasznych rzeczach, które ciężko sobie nawet wyobrazić. Rasizm, brak zrozumienia i tolerancji, wzajemna niechęć i rosnąca niczym fala nienawiść, znajdowały swoje ujście w przemocy, zupełnie bezsensownej i niemożliwej do zapomnienia. Równie ciężko będzie wyrzucić z pamięci tę książkę. Polecam wszystkim tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej o burzliwej historii Republiki Południowej Afryki.

Ocena: 8/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 12.09.2012
Strony: 306

środa, 3 grudnia 2014

Listopadowe podsumowanie książkowe

Pora na czwarte podsumowanie na blogu. Tak nieksiążkowego miesiąca jak listopad jeszcze nie miałam. Czytało mi się okropnie ciężko i nie mogłam się zmusić, żeby więcej czasu spędzić z czytadłami. Mam zaległości, które trudno będzie nadrobić w tym miesiącu, ale czy ja nie dam rady?


1. Katarzyna Klejnocka, Jarosław Klejnocki - Próba miłości (224)
2. Małgorzata Szumska - Zielona sukienka (336)
3. Magdalena Samozwaniec - Tylko dla dziewcząt (192)
4. Diane Chamberlain - Dobry ojciec (392)
5. Colin Woodard - Republika Piratów (384)
6. "Nie mogę powiedzieć, bo obedrą mnie z futra" (500)
7. "Nie mogę powiedzieć, bo obedrą mnie z futra" (304)

Razem: 2332 stron

Z wydarzeń czytelniczych, udało mi się trafić na IV Salon Ciekawej Książki, gdzie zaadoptowałam na stoisku Znaku dwie książki - "Szum" Magdaleny Tulli oraz "Papugi z placu d'Arezzo" Erica-Emmanuela Schmitta. Na zdjęciu umieściłam również "Miniaturzystkę" Jessie Burton, którą udało mi się wygrać w konkursie.


Na początku listopada byłam na spotkaniu z autorami "Autorki", a ponieważ mój egzemplarz poszedł w świat, kupiłam drugi - do podpisania. Dostałam za to dedykację inną niż wszystkie i taaaką długą, że nie zmieściła się w całości na zdjęciu.

Drugie spotkanie miało miejsce na wspomnianych wcześniej łódzkich targach książkowych. Do Polski przyjechał ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz i odwiedził rówież "moje" miasto. Tym razem tylko posłuchałam (a było czego), ponieważ mój egzemplarz "Szcze ne wmerła i nie umrze" jeszcze do mnie nie dotarł. Niestety, na miejscu można było dostać żadnych innych książek autora.

Moje grudniowe plany czytelnicze obejmują kolejne autorskie spotkania, m.in. z Magdaleną Tulli, Andrzejem Stasiukiem oraz ekipą Busem Przez Świat. Zobaczymy, czy uda mi się trafić na wszystkie.

wtorek, 2 grudnia 2014

Paula Daly "Gdy przejdziesz przez próg"

Był taki moment, kiedy uległam niesamowicie zabiegom marketingowym wydawcy i mało brakowało, a kupiłabym wszystkie książki z serii Kobieca Strona Thrillera. Choć tytuły i okładki kuszą, a tematy wydają się ciekawe, coś tu jednak nie jest do końca tak, jak powinno. W zamyśle twórców - tak mi się przynajmniej wydaje - seria miała być skierowana do tych czytelniczek, które odczuwają znużenie klasycznymi powieściami obyczajowymi. Pod wspólną nazwą zebrano kilka historii rodzinnych z lekkim dreszczykiem.


Natty i Sean wiodą spokojne życie w niemal idyllicznej scenerii angielskiej Krainy Jezior. Mają dwie wspaniałe córki, prowadzą hotel i mieszkają w bajecznej posiadłości z widokiem na jezioro Windermere. Kiedy czternastoletnia Felicity trafia do szpitala podczas szkolnej wycieczki do Francij, jej matka rzuca wszystko i leci do córki. W domu zostawia męża i starszą córkę pod opieką swojej najserdeczniejszej przyjaciółki jeszcze z czasów akademickich. 

To początek końca sielanki; Eve zastępuje Natty w każdej sferze życia rodzinnego Wainwrightów, a główna bohaterka nie jest w stanie przemówić omamionemu mężowi do rozsądku. Wtedy właśnie rusza nieprawdopodobna lawina dziwnych wydarzeń, które prowadzą do makabrycznych odkryć. Okazuje się, że Eve.. 

Tu muszę przerwać, bo dalej nie wypada mi opowiadać, choć bardzo chętnie bym zdradziła, co działo się dalej. Na koniec autorka serwuje czytelnikowi mocne zakończenie, którego nawet ja się nie spodziewałam. Mimo to czuję pewien niedosyt. Mam wrażenie, że razem z końcem opowieści urywa się ona w dziwny sposób, nie wszystkie wątki zostają odpowiednio zamknięte.

Autorce częściowo udało się zbudować napięcie, które skłaniało mnie do niemal automatycznego przewracania kartek w książce. Co jeszcze wymyśliła Paula Daly, aby sprawić, że będę kręciła głową z niedowierzaniem? Czy aż tyle może się naraz dziać w życiu jednego człowieka? A może pomyliłam "bajki" i wpadł mi w ręce scenariusz jakiegoś tasiemca?

"Gdy przejdziesz przez próg" kryje w sobie wartką akcję napędzaną serią pechowych zdarzeń. Tu mroczne tajemnice tkwią we wszystkich zakamarkach opowieści. Nie ma postaci, która nie skrywałaby czegoś przed resztą świata. Choć ani Sean ani Natty nie są z kryształu, to jednak prym w kłamaniu i udawaniu kogoś innego wiedzie Eve. Koszmarna przyjaciółka, w najtrudniejszym dla Wainwrightów momencie, wykorzystuje skomplikowaną sytuację i rozbija szczęśliwą rodzinę.

Historia opisana przez Daly nie jest daleka od rzeczywistości. Niejedna przyjaciółka rozbiła z pozoru udane małżeństwo. Niejedna kobieta skrywała wstydliwą przeszłość. A mimo to mam wrażenie, że trochę tego złego za dużo, jak na jedną opowieść. Choć wątek obyczajowy wydaje się najmocniej zarysowany, to tych przyprawiających o gęsią skórkę elementów jest sporo. Nie są one jednak na tyle wyraziste i mocne, aby tą książkę można było uznać za dobry thriller. 

Wiele czytelniczek narzekało na jakość książek z serii Kobieca Strona Thrillera i ja również mam sporo zastrzeżeń do tej pozycji. Całość wydaje się trochę naciągana i nie powaliła mnie tak, jak miałam na to nadzieję. Chyba nie skuszę się na kolejne, choć nie przeczę, że lektura "Gdy przejdziesz przez próg" była ciekawym doświadczeniem. 

Ocena: 5/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 7.08.2014
Strony: 456

niedziela, 30 listopada 2014

Colin Woodard "Republika Piratów"

Chciałam dziś napisać parę słów o książce bardzo nietypowej dla mnie. Zarówno świetne wydanie, jak i ciekawa tematyka skusiły mnie do sięgnięcia po tę publikację. Trochę czasu zajęło mi czytanie jej, ponieważ aż bolało mnie serce na myśl o ściskaniu tego pięknego wydania w torbie z całą masą innych babskich drobiazgów. Opowieści o piratach, które zebrał i opisał Colin Woodard,  towarzyszyły mi głównie w domu i zapewniły rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie.


Początek wieku osiemnastego określić można złotą erą piratów. Ich burzliwe losy w późniejszych czasach stały się inspiracją dla wielu pisarzy, scenarzystów i reżyserów. Każdy zna filmy z Johnnym Deppem, lecz nie każdy już wie, kim był Edward Thatch, Benjamin Hornigold, Henry Jennings, Samuel Bellamy czy Charles Vane. To oni, na swoich imponujących okrętach, byli prawdziwymi postrachami mórz. Dlatego właśnie czas zapomnieć na chwilę o efektach specjalnych i obróbce graficznej. Rzeczywistość nie zawsze była tak interesująca dla twórców książek, seriali i filmów, lecz nie mniej barwna.

Szczególnie początki tej fascynującej historii nie były wcale kolorowe. Morskie potęgi, takie jak Imperium Brytyjskie, potrzebowały ludzi, którzy będą pływać po morzach i oceanach świata. Bez nich nie było mowy o podbijaniu lądów i handlu międzynarodowym. Mimo to, traktowano ich bez należytego szacunku. Trudne warunki pracy i bardzo często brak wynagrodzenia sprzyjały licznym buntom. Ci, którzy odważyli się zaprotestować, musieli szukać innego zajęcia. Nie znali innego życia, niż to na statku. Niejednokrotnie nie mieli też po co wracać na ląd. Tak narodziło się piractwo, którego głównym ośrodkiem były Bahamy.

Głód, choroby i niedostatek wody pitnej niejednokrotnie zagrażały zdobywcom skarbów podczas ich codziennej ciężkiej pracy. A przecież na statku trzeba być samowystarczalnym. Potrzebny był dowódca, ale też wszelkie wyprawy nie mogły dojść do skutku, jeśli brakowało najpotrzebniejszej i najliczniejszej grupy najniższych rangą ludzi od brudnej roboty. Piractwu nie sprzyjały również władze państwowe. Brytyjska monarchia zwalczała je wszelkimi możliwymi sposobami, próbując nie dopuścić do utraty swoich kosztowności. Kariera morskiego rzezimieszka była jednoznaczna z nieustanną walką o przetrwanie. Należało ścigać złoto i egzotyczne towary, jednocześnie oglądając się ciągle w tył, wypatrując potencjalnego wroga.

Colin Woodard w swojej książce opisuje barwne dzieje piratów od schyłku siedemnastego wieku, do początku lat trzydziestych kolejnego stulecia, kiedy to m.in. dzięki działaniom Woodesa Rogersa udało się położyć kres morskim rozbojom. Ta fascynująca opowieść, oparta na prawdziwych wydarzeniach, ukazuje prawdziwą historię pirackiej republiki, która swoim założeniami wyprzedziła resztę "prawdziwych" krajów o dekady. Panująca tam demokracja, według której czarni byli równi białym, a wszyscy mieli tyle samo praw i wolności, sprawiły że pirackie podboje stały się tak popularne.

W "Republice Piratów" znaleźć można niezliczoną ilość faktów wplecionych zgrabnie w tą spójną opowieść o prawdziwych losach Czarnobrodego czy Czarnego Sama. Dla mnie, jako osoby zupełnie niezorientowanej w temacie, która obejrzała dawno temu "Piratów z Karaibów", książka ta służy za wspaniałe uzupełnienie skromnej wiedzy o tym okresie i o faktycznej działalności morskich rozbójników. Będzie to również prawdziwa gratka dla osób zafascynowanych pirackimi opowieściami.

Ocena: 7/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 24.09.2014
Strony: 384

piątek, 28 listopada 2014

Diane Chamberlain "Dobry ojciec"

Chciałam na chwilę odpocząć od literatury faktu i odetchnąć od książki o piratach, która już niedługo się tu pojawi. W związku z tym sięgnęłam po obyczajówkę z serii Kobiety To Czytają! i.. nagle z kart powieści wyskoczył Czarnobrody! Na szczęście to nie o nim jest ta opowieść.


Powieść Diane Chamberlain wydaje się wprost idealna do adaptacji na scenariusz filmowy, w którym akcja ani na chwilę nie zwalnia tempa. Ogromną zaletą "Dobrego ojca" są wielowątkowość, misternie stworzona intryga i amerykański rozmach. W tym przypadku efekt ten udało się osiągnąć dzięki wprowadzeniu do akcji powieści aż trzech głównych postaci (z Travisem jako najważniejszą z nich), których decyzje wprawiają w ruch całą historię.

Travis, dwudziestodwuletni ojciec małej Belli nagle traci grunt pod stopami. Jego dotychczasowe życie staje się jedynie wspomnieniem, a on musi szybko się otrząsnąć. Potrzebuje nowego domu dla siebie i córki, nowej pracy i, naturalnie, nowej opiekunki dla dziecka. Nie ma ani pieniędzy, ani czasu na zastanowienie. Musi działać.

Robin dostaje nowe życie - metaforycznie i całkiem dosłownie. Jako szczęśliwa przyszła żona lokalnego polityka cieszy się w końcu zdrowiem, które dał jej przeszczep serca. Ma wszystko, o czym marzą młode kobiety w jej wieku. Jest popularna, bogata i otoczona kochającą rodziną jak z obrazka. Czegoś jednak wyraźnie jej brakuje. 

Erin musi uporać się ze stratą córki, choć powrót do normalności wydaje się niemożliwy. Jak można zacząć robić to samo, co robiło się, gdy rodzina była w komplecie, skoro teraz brakuje jednego istotnego ogniwa? Walka o normalność pochłania wszystkie jej siły. Czy upora się z tym ciężarem?

Akcja "Dobrego ojca" bardzo szybko rozkręca się w taki sposób, że czytelnik siłą rzeczy pędzi razem nią i nie jest w stanie się zatrzymać, póki nie dotrze do ostatniego zdania. Wszystkie wątki zostają jednocześnie rozwinięte, a ich bohaterowie odnajdują rozwiązania swoich problemów. Mimo tego wrażenia, że wszystko idzie ku dobremu, z czasem  sprawy coraz bardziej się komplikują. 

To ten moment kulminacyjny, następujący tuż przed zakończeniem opowieści, po raz ostatni gmatwa sytuację całej trójki, by później pozwolić im rozpocząć życie niemalże od nowa. Ale jak wygląda to nowe życie? Jest lepsze? Gorsze? Co zdarzy się zanim czytelnik dotrze do zakończenia? I, w końcu, co oni wszyscy mają ze sobą wspólnego? Tego nie zdradzę.

Właściwie ta książka nie jest jedynie o byciu dobrym ojcem, lecz dobrym rodzicem. Nie tylko jeden Travis przez całą opowieść zmaga się z wyborami, które największą zmianę przyniosą właśnie jego dziecku. "Dobry ojciec" opisuje relacje dziecka z rodzicem, ukazuje jaką władzę nad swoimi pociechami mają jego opiekunowie i jak wiele zależy od pojedynczych decyzji dorosłych.

Jedyna rzecz, do której muszę się przyczepić, to tragiczne tłumaczenie. Na początku były momenty, kiedy zamykałam książkę i cierpiałam w ciszy; nie mogłam czytać tak kiepsko przełożonej książki. Wszędzie natykałam się na kalki językowe i bardzo niezgrabne określenia, a do tego masa głupich błędów, chociażby ten mac’n’cheese jako makaron z serem - a przecież to słynna amerykańska zapiekanka makaronowa (i to wystarczy, bo przecież danie o tej nazwie jest zawsze z serem).

"Dobry ojciec" to druga, tuż po "W słusznej sprawie" powieść Chamberlain, którą dane było mi przeczytać. Na mojej półce na swoją kolej czeka jeszcze "Zatoka o północy" - oby dorównała poziomem dwu poprzednim. Wracając do przedmiotu dzisiejszej recenzji, historia Travisa i Belli pokazuje, jak wiele w życiu jest w stanie zrobić rodzic, który na uwadze ma dobro swojego dziecka. Kiedy człowiek znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, w potrzasku, wszelkie dylematy moralne schodzą na dalszy plan.

Ocena: 7/10

Wydawca: Prószyński i S-ka
Premiera: 5.08.2014
Strony: 392

wtorek, 25 listopada 2014

Magdalena Samozwaniec "Tylko dla dziewcząt"

Dobrze jest raz na jakiś czas zrobić sobie chwilę przerwy i odpocząć od wszystkiego, co zaczyna człowieka nudzić, lub czego ma w nadmiarze. Tym razem w moje ręce trafiła książka zupełnie inna od dotychczas czytanych przeze mnie pozycji. Nie jest to nowość, ale stosunkowo świeże wydanie. 


Wystarczy spojrzeć na tę książkę i od razu chce się ją czytać, tak zachęcająco się prezentuje. Mimo lekkich obaw odnoszących się do jej treści i stylu Magdaleny Samozwaniec, postanowiłam dać tej publikacji szansę. Ostatecznie nie chciałam nigdy czytać tylko "bezpiecznych" książek autorów dobrze mi już znanych i, co gorsze, piszących niekoniecznie wymagające czytadła. Zdecydowałam się na własnej skórze sprawdzić, jak zadziała na mnie proza autorki i czy również będę nią zachwycona?

Książka to rodzaj alkoholu, bo też "idzie do głowy". s. 185

Temat ogólnie pojętych relacji damsko-męskich - problemów w związkach, etapu zalotów czy życia małżeńskiego to niezmiennie jeden z najlepszych materiałów na książki. A jeśli autor wplecie w swoje przemyślenia humor, gwarantuje to lekturę, która bawi i uczy jednocześnie. Tak właśnie jest w przypadku "Tylko dla dziewcząt". W niewielkiej objętościowo książce autorka zmieściła całkiem pokaźny zbiór różnego rodzaju opowieści "z życia wziętych". Co przede wszystkim stanowi o wartości tej książki, to bardzo naturalny styl i wyszukane poczucie humoru pisarki. Obydwie te rzeczy bardzo pozytywnie wpływają na odbiór opisywanej przeze mnie publikacji.

Swoje pierwsze spotkanie z pierwszą damą polskiej satyry uważam za bardzo udane. Magdalena Samozwaniec w niezwykle trafny sposób opisuje relacje międzyludzkie i problemy współczesnych sobie młodych kobiet. Oprócz stylu, który sprawia, że tę książkę tak świetnie się czyta, ważną rolę odgrywają opisy sytuacji, które wydają się bardzo prawdopodobne i.. ciągle aktualne. W ogóle nie odniosłam wrażenia, że czytam o zamierzchłych czasach. Moje zdziwienie i zainteresowanie rosło wraz z kolejnymi rozdziałami, kiedy to uświadamiałam sobie raz po raz, że opisywane przez Samozwaniec wydarzenia równie dobrze mogłyby się właśnie teraz rozgrywać w przeciętnym polskim domu.

I co mi się w nim podoba - to, że jest oszczędny. Nie wydał pieniędzy ani na kwiaty dla ciebie, ani na czekoladki. O, spójrz, jak się teraz z numerowym targuje, będzie dobrym mężem, który się liczy z każdym groszem. s. 13

Okazuje się, że pomimo wielkiego postępu technologicznego oraz zmiany obyczajów, mentalność ludzka pozostaje niezmienna. Ludzi nadal ciągnie za ocean, modne są cieliste szminki i dziwaczne fryzury, rodzice wtrącają się w związki swoich pociech, nastolatki się buntują, a dla wielu młodych kobiet szczytem marzeń jest zamążpójście. Mężczyźni nie mają ochoty słuchać swoich żon, którym z kolei brakuje wsparcia. Pieniądze rządzą światem i niekiedy miłością.. Co jeszcze? Dowiecie się, kiedy zajrzycie do "Tylko dla dziewcząt". 

Uwielbiam starannie wydane książki, najlepiej w twardej oprawie. Wygląd okładki również ma znaczenie, bo jak tu przeczytać dzieło, które ubrane zostało przez grafików w strój iście halloweenowy (w skrócie, koszmarny) i na jego widok można tylko krzyczeć? W przypadku "Tylko dla dziewcząt", nie ma mowy o wizualnym koszmarze. Różowa (!) twarda oprawa jest miła dla oka - taka czysta i jednocześnie porządnie wyglądająca. Z wierzchu obłożona obwolutą, która skusiła mnie do zajrzenia do środka. Tak powinny wyglądać wszystkie książki. Może wtedy ludzie przestaliby ukrywać je za gazetą? A może ten fenomen ubierania książek w papierową okładkę wynika ze świadomości czytelnika, że czyta byle co? W każdym razie tej książki nie można się wstydzić zarówno czytając w podróży, jaki i pokazując gościom domową biblioteczkę.

Ocena: 8/10

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 2012 (wydanie IV), 1966 (wydanie I)
Strony: 192

sobota, 22 listopada 2014

Małgorzata Szumska "Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii"

Do tej pory więcej udało mi się zwiedzić palcem po mapie, a raczej palcem po książce, niż faktycznie ruszyć leniwą siebie poza granice naszego pięknego kraju. Ale i tak nie jest źle, kawałek Europy zwiedziłam. Najbardziej na wschód dotarłam do Lwowa na Ukrainie. A gdzie Rosja? Kazachstan? Daleko. Babcia Szumska ma rację.

Książa o podróży musiała towarzyszyć mi w tramwaju

"Zielona sukienka" to książka, w której czytelnik znajdzie dosłownie wszystko. Są podróże, wspomnienia, przygody, niespodziewane spotkania z ludźmi i oczywiście te najważniejsze - sentymentalne, z rodzinną historią, która dziadków autorki zawiodła aż za Ural. Do tego dwie wkładki z kolorowymi fotografiami opisującymi podróż Wnuczki Szumskiej. I cudowna okładka z intrygującym tytułem.

Zobaczyłam tę książkę w październikowych zapowiedziach na stronie wydawcy. Początkowo moje oko przyciągnęły te piękne barwy na fotografii, kontrast między zielenią sukienki i czerwienią uroczego czajniczka. Wystarczył jeszcze tylko szybki rzut okiem na opis i postanowiłam, że mieć muszę. Przegapiłam spotkanie z autorką w Łodzi, ale książkę udało mi się dostać, zanim zabrakło jej w sklepach.

Opowieści babci o jej młodości, zsyłce do Rosji i rozłące z mężem, motywują autorkę do wyruszenia w podróż aż do Kazachstanu. Najpierw odwiedza ponownie Wileńszczyznę, by następnie kolej transsyberyjska zabrała ją na Syberię. Na swojej drodze spotyka zarówno zupełnie obcych jej ludzi, jak i osoby, które pamiętają jeszcze Jankę i Staszka z czasów ich młodości.

Książka nie powstałaby, gdyby nie liczne wspomnienia Janki Szumskiej. Historie, które opisuje jej wnuczka, autorka "Zielonej sukienki", są prawdziwe, jednak czasem aż trudno uwierzyć, że życie może być tak okrutne.  Rodzinne opowieści wplecione w podróżnicze zapiski Małgorzaty Szumskiej, tworzą interesującą całość. Świat kiedyś i dziś, miejsca nadgryzione zębem czasu, niektóre zupełnie niezmienione, inne trudne do rozpoznania.

Autorka podąża śladami dziadków, opisuje swoje perypetie i jednocześnie przypomina wydarzenia sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Odwiedza karłag, w którym pracował Stach i szpital w Mokruszy, dokąd po przesiedleniu do ZSRR trafiła Janka. Próbuje odszukać ślady dziadków na tamtych terenach, zobaczyć te miejsca i zrozumieć, co przeżywali jej bliscy, wyrwani niespodziewanie ze swojego dotychczasowego życia. 

"Zielona sukienka" skrywa pod niepozornym tytułem bogatą treść. Autorka przekonała mnie do siebie już po kilku pierwszych stronach. Potrafiła rozbawić mnie do łez, chichotałam w tramwaju, na przystanku i we własnym wygodnym fotelu. Małgorzata Szumska pisze lekko i przyjemnie, a przy okazji z sensem i bardzo ciekawie. Pochłonęła mnie zarówno opowieść, jak i sposób pisania autorki.

Temat poruszany przez Szumską jest trudny, bo przecież represje Sowietów na partyzantach i ich rodzinach nie są niczym zabawnym i łatwym do przełknięcia. Jednak ta główna część książki, czyli samotna podróż z licznymi przygodami (i właśnie tą rodzinną historią w tle) stanowi pewien rodzaj odskoczni od ciężkich tematów. To zdecydowanie godna uwagi forma ukazania rodzinnej opowieści i zarazem ciekawy sposób opisywania podróżnych perypetii.

Zielonej sukienki w mej szafie nie ma,
na talerzyku za to pasujące kolorem Leśne Runo*

To piękne, że młodzi ludzie wciąż tak żywo interesują się dziejami własnych rodzin; że są w stanie wyruszyć w podróż, może nie najwygodniejszą i nieszczególnie relaksującą, ale wzbogacającą wiedzę o własnej historii i tożsamości. A przecież przeszłość ma ogromny wpływ na to, kim jesteśmy. Dzięki opowieści Szumskiej ja również nabrałam ochoty na wyprawę śladami mojej rodziny, na Ukrainę.

Ocena: 9/10

Wydawca: Znak Literanova
Premiera: 6.10.2014
Strony: 336

* Najpyszniejsze na świecie czekoladowe ciasto bez glutenu, za to z pierzynką z mąki dyniowej; przepis z Kwestii Smaku.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Katarzyna Klejnocka, Jarosław Klejnocki "Próba miłości. Jak pokochać cudze dziecko"

Uff.. Laptop z nowym dyskiem, a ja bez wszystkich moich danych i o parę stówek do tyłu. Ale żeby o tym nie myśleć, postanowiłam zająć się - jak zwykle - czytaniem. Niedawno na mojej półce pojawiła się nowość pod każdym względem. Pierwszy raz czytałam o polskich domach dziecka, a sama publikacja trafiła do księgarń na początku tego miesiąca.


Kiedy myślę o adopcji, przypomina mi się program opisujący losy dzieci szukających nowego domu, który kiedyś emitowała Telewizja Polska. Poza tym, każdego roku przed większymi świętami organizowane są zbiórki darów dla wychowanków lokalnych placówek opiekuńczo-wychowawczych; kto z nas nie pamięta, jak dorzucał od siebie jakieś drobiazgi?

Mało kto jednak w swoim dorosłym wieku ociera się bliżej o temat domów dziecka. Ludzie z reguły omijają temat sierot i dzieci, których rodzice się nimi nie interesują. W głowie zaraz zapala im się czerwona lampka i na myśl przychodzą wszystkie te świetnie funkcjonujące w polskim społeczeństwie stereotypy. Niektóre prawdziwe, ale jak pokazuje ta książka, nie zawsze.

Autorzy mają już swoje biologiczne dzieci i, jak sami przyznają, nie planowali powiększenia rodziny. A już szczególnie nie w taki sposób. Ale jak to bywa z miłością - to nie ona słucha nas, a my jej i kiedy serce wyraża potrzebę otworzenia się na innego człowieka, któż ma siłę mu odmówić? Miłość rodzicielska działa podobnie, jak ta, która wcześniej tych rodziców ze sobą złączyła.

W "Próbie miłości" możemy przeczytać o całym procesie, który miał na celu odmienienie jednego ludzkiego życia, a przy tym wielu innych, niezupełnie przypadkowo. Przeczytamy tu trochę o procedurach, dużo o psychologii, ale ta książka zawiera przede wszystkim wspomnienia i refleksje autorów. Dwa głosy wypowiadają się na przemian w jednej sprawie, niekiedy nie współbrzmiąc ze sobą, bo przecież każdy ma prawo do własnej opinii.

Opowieść o walce o lepszy byt dla Asi z domu dziecka w S. to piękna historia, opisana szczerze, ale też z taktem i należytym szacunkiem. Pokazuje nie do końca lubianą przez nas prawdę. W domach dziecka wcale nie jest jak w domu i nie jest to też szczególnie zdrowe dla dziecka środowisko, sprzyjające jego rozwojowi. 

Trudno jest zawrócić kijem rzekę i całkowicie zmienić młodego człowieka, który większość swojego życia spędził w tak okropnym miejscu. Ale trzeba starać się, by jak najbardziej ułatwić mu wkroczenie w dorosłość z całym jego bagażem emocjonalnym. Katarzyna i Jarosław Klejnoccy nie idealizują, kiedy mówią o swojej codzienności z dodatkowym członkiem rodziny pod dachem. 

Ich wspólna historia wciąż się toczy. I jeśli czytelnik myśli, że ta książka go nie zaskoczy, to jest w wielkim błędzie. Ta opowieść nie wycisnęła ze mnie hektolitrów łez, choć należy do tych mocno wstrząsających czytelnikiem. Czuję się poruszona, ale też douczona i odpowiednio uświadomiona. W końcu, odczuwam zadowolenie, że ta pozycja trafiła w moje ręce.


Literatura faktu to taki specyficzny gatunek literacki, który ciężko jest oceniać, bo jak tu przylepić cyferkę do historii, która faktycznie kiedyś się komuś przydarzyła? Ale mimo wszystko, lubię. To jednak trochę ambitniejsza lektura, bardziej wymagająca, stanowiąca dla czytelnika większe wyzwanie. 

Mam przy tym coraz mniejsze przekonanie do liczb podsumowujących moją opinię, ale dla mnie wprowadzają one pewien ład. No i oczywiście pomagają, przynajmniej mi samej, w znalezieniu odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy warto tę książkę przeczytać? Jeśli chodzi o "Próbę miłości", to odpowiedź jest jak najbardziej pozytywna.

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 4.11.14
Strony: 224

czwartek, 6 listopada 2014

Dariusz Zaborek "Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską"

Czy mówiłam już, że kocham wydawnictwo Czarne? Nie? KOCHAM CZARNE. Wstydźcie się wszyscy, którzy nie znacie tego wydawcy i jego fenomenalnych publikacji. Ja mam to szczęście, że dopiero odkrywam ich bogatą ofertę. Parę świetnych historii już za mną, ale większość wciąż czeka na odkrycie.

Czasem myślę sobie, że dla mnie mogłaby istnieć jedynie literatura faktu. Na co mi fikcja, kryminały, horrory, obyczajówki, kiedy życie pisze tak niesamowite scenariusze? Do tego ludzie z krwi i kości, którzy o niebo lepiej sprawdzają się w roli głównego bohatera danej historii od jakiegoś wymyślonego protagonisty. Literatura faktu królową wszystkich historii. To na niej opiera się cała fikcja literacka.


Alicja Gawlikowska-Świerczyńska przeżyła Ravensbrück. Brzmi strasznie, prawda? A jednak ona nie robi z tego wielkiej tragedii. Dla niej codzienność obozowa nie była piekłem. W przeciwieństwie do wielu osób nie stara się ubarwić historii, dodać wystarczająco złym i okrutnym Niemcom dodatkowych, diabelskich cech. 

Obóz to nie wakacje, ale też nie koniec świata. Nie jest wygodnie, ale też można było dać sobie radę. Takie wyznania mogą szokować - szczególnie po lekturze licznych wspomnień wojennych, których autorzy opisują swoją traumatyczną codzienność. Przyjęło się już, że ocaleni od śmierci z rąk nazistów piszą o tym, jak bardzo trudne było przeżycie w Oświęcimiu czy w Buchenwaldzie. 

Tymczasem dla pani Alicji jest to jeden z wielu etapów w życiu. Jasne jest, że odcisnął na niej jakieś piętno. Z obozem kojarzy jej się lęk przed niskimi temperaturami. Ale też przeżycie obozu otworzyło przed nią nową drogę życiową. Zamiast dziennikarką - została lekarzem; będąc świadkiem tylu śmierci sama postanowiła pomagać chorym. Jest optymistką. Nie żali się na swój los. Nie narzeka.

Zawsze uważałam, że nie ma sytuacji, w której - jak to się mówi - trzeba złożyć broń. Pracowałam. Śpiewałam. Żartowałam. Przecież nie mogłam od rana do wieczora myśleć, że żyję w piekle!

Mimo swojego ogromnego przywiązania do kraju jest taka.. niepolska. Patrzy w przyszłość, zamiast pławić się w rozpaczy związanej ze wspomnieniami wojennymi, nadając im z każdym mijającym rokiem dodatkowych odcieni. Jej opowieść jest ciągle żywa, a opowiadane historie są bardzo realne - przy czym zupełnie niepodkolorowane na potrzebę zgnębienia Niemców - którzy od czasów II wojny światowej ciągle pokutują za grzechy swoich przodków. 

Nazwisko Dariusza Zaborka pojawia się na okładce tej książki jako autora. Jednak on usuwa się po dżentelmeńsku w tył, zwalniając scenę dla pani Alicji. A mimo to jest niezbędny. W umiejętny sposób zadaje właściwe pytania, drąży niektóre tematy, inne taktownie zostawia w spokoju. To dzięki niemu ta historia nabiera odpowiedniego kształtu.

Wydarzenia nie są opisywane przez rozmówczynię w kolejności chronologicznej. Nie raz zaskakuje nas skok daleko w przód lub jeszcze dalej w tył. Ale ta rozmowa to bardzo uporządkowany chaos. Nie czułam się w ogóle zagubiona, przewijające się w dużych ilościach nazwiska różnych ludzi nie sprawiały mi problemu, nie mieszały w głowie.

"Czesałam ciepłe króliki" pochłania się w parę chwil. Historia pani Alicji Gawlikowskiej-Świerczyńskiej wciąga już od pierwszej strony. Ta książka pasuje do kategorii wspomnień wojennych, jednak zupełnie inaczej czyta się tak optymistyczną opowieść. I na co komu fikcja literacka, kiedy gdzieś w Warszawie mieszka taka wspaniała kobieta, która w wieku ponad dziewięćdziesięciu lat ciągle leczy ludzi?

Ocena: 9/10

Wydawca: Czarne
Premiera: 26.05.14
Strony: 200

wtorek, 4 listopada 2014

Październikowe podsumowanie książkowe

Ostatni taki październik, z nauką w tle i książkami piętrzącymi się w każdym kącie. W tym miesiącu poszalałam, ale też odpuściłam trochę.. Bywało różnie, ale jakoś dałam radę znaleźć czas na kochane czytanie. Czas teraz trochę podsumować ten wielki czytelniczy chaos.


1. Ignacy Karpowicz - Sońka (208)
2. Gillian Flynn - Mroczny zakątek (512)
3. Mark Helprin - Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety (542)
4. Małgorzata Czyńska - Najpiękniejsze. Kobiety z obrazów (288)
5. Małgorzata Warda - Miasto z lodu (368)
6. Eric-Emmanuel Schmitt - Trucicielka (288)
7. Warren Ellis - Wzorzec zbrodni (372)
8. Christina Baker-Kline - Sieroce pociągi (296)
9. Dariusz Zaborek - Czesałam ciepłe króliki (200)

Razem: 3074 stron

Wyszedł mi całkiem przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę naukę, zabieganie, stany przedprzeziębieniowe, lenistwo, premiery seriali i miłość do amerykańskiej edycji MasterChef.

Udało mi się również powiększyć biblioteczkę o porządną ilość czytanek na jesień. W tym miesiącu królowało wydawnictwo Czarne, które obchodziło osiemnaste urodziny. Dla mamy zamówiłam biografię Oriany Fallaci, a do tego dorzuciłam jeszcze "Zieloną sukienkę", która chodziła za mną od momentu, gdy zobaczyłam ją dobry miesiąc temu w zapowiedziach Znaku. A na samym dole prawdziwa królowa wśród jesiennych nowości, czyli nowa powieść Olgi Tokarczuk. I prowiant, bo przecież nie można czytać książek na pusty żołądek!


Z "Księgami Jakubowymi" związane jest też ważne dla mnie wydarzenie. Kraków żył w październiku Targami Książki, Łódź na swoje czytelnicze święto musi jeszcze poczekać do końca listopada, ale pod koniec ubiegłego miesiąca odbyło się spotkanie z Olgą Tokarczuk w Domu Literatury. Udało mi się tam trafić dzięki Ani W., a do tego dostać autograf na moim pięknym, pachnącym jeszcze nowością egzemplarzu "Ksiąg..".


Oby listopad był równie udany pod względem zarówno ilości, jak i jakości przeczytanych książek. A kto z Łodzi lub okolic, ten 28-30 listopada musi odwiedzić Salon Ciekawej Książki! Ja będę tam na pewno, grasując między stoiskami wydawców.

niedziela, 2 listopada 2014

Warren Ellis "Wzorzec zbrodni"

Niektóre książki stanowią dla mnie, jako osoby zupełnie nieznającej danego gatunku, prawdziwe wyzwanie. Teoretycznie ta historia jest tak dobra, że aż nie można oderwać wzroku od opisu i okładki. Nadzieje rosną z każdą minutą spędzoną z dala od tej historii. Dlatego w końcu otwieram książkę, by móc skonfrontować moją wizję z rzeczywistością i..


..okazuje się, że czasem czar pryska. 

Ale od początku. Nie jestem fanką kryminałów i między innymi dlatego nieczęsto wpadają mi w ręce powieści detektywistyczne. Zawsze jakoś odkładam czytanie ich na bliżej nieokreśloną przyszłość i wybieram coś innego. Jednak ciągle walczę ze swoimi uprzedzeniami i staram się jak najczęściej wybierać nowy dla mnie gatunek, który być może zdoła mnie zaskoczyć i zaintrygować na tyle, bym zechciała dalej go odkrywać. Jeśli chodzi o "Wzorzec zbrodni", to skusiło mnie przede wszystkim nazwisko autora. Któż nie słyszał o słynnym scenarzyście i twórcy komiksów? 

Tym razem Warren Ellis w roli pisarza zabiera czytelnika do Nowego Jorku po którym grasuje morderca-amator broni. Zostawia za sobą ślad z ludzkich ciał, jednak te średnio rzucają się w oczy policji. Wszystko zmienia się, gdy podczas z pozoru niewinnej interwencji w kamienicy przy Pearl Street ginie partner głównego bohatera, a w jednym z mieszkań odkryta zostaje prawdziwa układanka z broni.

Autor opisuje powolny, wręcz żmudny proces gromadzenia danych, które pomogą w doprowadzeniu do pomyślnego rozwiązania nieszczególnie pożądanego przez nowojorską policję śledztwa. John Tallow od początku wydaje się pozostawiony samemu sobie, bowiem nikt nie chce zajmować się tą sprawą i nikogo tak naprawdę nie interesuje, jak wielkie rozmiary w krótkim czasie przybiera to śledztwo. Każdy chce jak najszybciej zamieść problem pod dywan i równie prędko o nim zapomnieć. Do czasu.

W pewnym momencie kawałki układanki tworzonej przez głównego bohatera zaczynają się ze sobą łączyć. Co ważniejsze - wypełniają luki pozostawione przez tajemniczego mordercę zwanego w książce łowcą. Sprawa nabiera rozpędu, zainteresowanie wzrasta i zaczyna robić się naprawdę gorąco. Kto wygra tym razem? Łowca czy John Tallow?

Analizuję tą opowieść w głowie na wiele sposobów i za każdym razem kończy się podobnie. Coś mi tu nie pasuje, coś jest nie tak. Nie chodzi o to, że książka jest zła. W swoim gatunku jest wyjątkowa, a autor spisał się bardzo dobrze, oddając klimat typowy dla powieści detektywistycznej. "Wzorzec zbrodni" przesycony jest dialogami policjantów, a przez sporą jej część nie dzieje się nic szczególnego, jedynie Tallow toczy długie rozmowy ze swoimi przełożonymi, Batem i Scarly lub po prostu ze sobą.

Nie do końca satysfakcjonuje mnie taki sposób pisania - wszystkie wydarzenia istotne dla akcji książki rozgrywają się na samym końcu. Tylko skąd wziąć siłę by dotrwać do tego wielkiego zakończenia, kiedy spora część historii to niezbyt emocjonująca rzeczywistość policyjna, pełna przemyśleń głównego bohatera?

Być może dla mnie powieść detektywistyczna już na zawsze pozostanie jednym z tych mniej lubianych rodzajów kryminałów. Pozostaje mi to zakończenie, które - nawiasem mówiąc - jest naprawdę dobre, określić taką wisienką na detektywistycznym torcie, jakim jest "Wzorzec zbrodni". Jest nagrodą dla tych, którzy wytrwają do ostatnich stron tej opowieści i będą chcieli poznać prawdę. 

Ocena: 6/10

Wydawca: Sine Qua Non
Premiera: 4.10.14
Strony: 296

środa, 29 października 2014

WYNIKI konkursu z "Wzorcem zbrodni"!

Nadeszła pora na wyniki konkursu. Odpowiedzi nie było może wiele, ale to wcale nie oznacza, że łatwo było mi wyłonić jednego zwycięzcę. Polecane przez Was książki to same perełki, które prędzej czy później będę musiała przeczytać.


Nie chcę przedłużać, dlatego spieszę z informacją, że nowiutki, piękny egzemplarz "Wzorca zbrodni" trafi w ręce osoby, która w najbardziej oryginalny sposób przedstawiła polecany mi kryminał, czyli...



mam namyszy



Gratulacje! Do zwycięzcy frunie teraz wirtualny gołąb pocztowy z informacją o wygranej. Pozostałym osobom serdecznie dziękuję za udział w konkursie i za Wasze wspaniałe odpowiedzi. Zaglądajcie na bloga, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znów pojawi się jakaś książkowa zabawa i kolejna szansa na wygraną.

wtorek, 28 października 2014

Christina Baker-Kline "Sieroce pociągi"

Uwielbiam powieści inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Ta trafiła do mnie dzięki Natalii z Książką po łapkach. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz wciągnęłam się mocno w czytaną historię i zaczęłam obawiać się czytelniczego kryzysu. Szczęśliwie okazało się, że "Sieroce pociągi" całkowicie zawładnęły moimi myślami.


Molly jest typową reprezentantką tak zwanej trudnej młodzieży - od paru lat tuła się od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Kiedy przez miłość do czytania wpada w tarapaty, poznaje starszą panią, która już na zawsze zmieni jej życie opowieścią o swej burzliwej przeszłości. Różnica wieku między kobietami wynosi ponad siedemdziesiąt lat, lecz o dziwo dosyć szybko znajdują wspólny język.

Vivian jest nie tylko irlandzką imigrantką, ale także sierotą. W latach 20. ubiegłego wieku przybyła do Ameryki ze swoją rodziną w nadziei na lepsze życie, lecz bardzo szybko utraciła najbliższe sercu osoby. Odtąd, skazana na łaskę i niełaskę innych ludzi, próbuje znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wkrótce jedynymi śladami po jej prawdziwej tożsamości zostają rude włosy oraz naszyjnik z claddagh (serce w koronie trzymane przez dłonie, oznaczające odpowiednio: miłość, lojalność i przyjaźń).

Przyjaźń nawiązująca się pomiędzy z pozoru zupełnie różnymi charakterami dla Molly oznacza ratunek przed poprawczakiem i odskocznię od nieciekawej sytuacji w rodzinie zastępczej. Z kolei Vivian zyskuje nie tyle zwinną i młodą pomocnicę niezbędną przy porządkowaniu zagraconego strychu, co cierpliwą słuchaczkę, przed którą staruszka odsłania swoją zawiłą historię. Trudno powiedzieć, która z kobiet więcej na tym korzysta, natomiast pewne jest, że ich ścieżki skrzyżowały się w odpowiednim momencie. Jedna dorosła już do zmian, druga dojrzała do poważnych decyzji.

Historia opisana przez Christiną Baker-Kline jest fikcyjna, choć cały szkielet to prawdziwe wydarzenia w interpretacji autorki. Tytułowe pociągi z sierotami przemierzające Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, organizacja Children's Aid spełniająca rolę dzisiejszej opieki społecznej oraz agencji adopcyjnych czy fala irlandzkiej imigracji. To wszystko miało miejsce niemal sto lat temu. Choć bohaterowie są stworzeni na potrzeby tej powieści, to nie mam wątpliwości, że podobnych, wręcz identycznych historii było wtedy całe mnóstwo.

Mocną stroną tej książki jest na pewno styl Baker-Kline i jej talent do wciągania czytelnika w opowieść niemalże natychmiastowo. Od razu polubiłam tę powieść, a przewijające się przez nią postaci są niesamowicie realne. Samo przedstawienie rodziny, która uciekła z Irlandii od biedy i niedostatku jest tak prawdziwe i prawdopodobne, że od razu przywodzi mi na myśl wspomnienia Franka McCourta "Prochy Angeli/Popiół i żar" o jego dzieciństwie spędzonym w zabiedzonym Limerick i o krótkim pobycie w Nowym Jorku, we wcale nie lepszych warunkach.

Bohaterka "Sierocych pociągów" nie miała tyle szczęścia co McCourt i utraciła rodzinę, a chwilowo również pewność siebie i poczucie własnej wartości. Choć wycierpiała wiele, ostatecznie znalazła swoje miejsce na ziemi. A jak do tego doszła? No cóż.. Musicie przekonać się osobiście. Historia ta, choć typowo obyczajówkowa i zapewne przez wielu zaliczana do literatury "kobiecej", jest zdecydowanie ambitniejszym podejściem do fikcji literackiej. Autorka dużo lepiej od Maureen Lee ("Flora i Grace") poradziła sobie z tematyką sierot, wojny i zerwanych więzów. Polecam!

Ocena: 8/10

Wydawca: Czarna Owca
Premiera: 16.07.14
Strony: 372